Sunday, 23 March 2014

Wiosna nadal tylko w kalendarzu, a ja uzbrajam się w pszenicę...

Na Podlasie już bociany zaczęły przylatywać, oraz inne dzikie ptactwo. Kwiatki kwitną, wiosna unosi sie w powietrzu. A tutaj? Tutaj mieliśmy w nocy przymrozek, zapowiada się kolejny na dziś, w ciagu nia nieprzyjemne zimno i deszcz, chyba się pory roku pozamieniały ze sobą, wszystko stanęło do góry nogami na wyspie JKM i mamy zimę?...

Nic szczególnie interesującego się nie dzieje, pierwsze wykoty nastapią za jakieś dwa tygodnie, pierwsze wyźrebienie za nieco ponad dwa miesiące. Czas bardzo szybko pędzi, przyspiesza, a planowanie przeciągnięcia majdanu przez Europę jest już w fazie bardzo zaawansowanej.

Dziś dokupiłam trochę nasion, heirloom, co się po polsku trochę głupio tłumaczy jako dziedziczone nasiona, chodzi o rzadkie, bardzo stare odmiany, w tym lnicznik siewny (Camelina sativa) i pszenica płaskurka (Triticum turgidum), które w "normalnych" warunkach nie są juz uprawiane.
Pszenica starych odmian zawiera jedynie 28 chromosomów w porównaniu do nowoczesnej - zawierającej ich nieraz ponad 200! W związku z tym poziom glutenu jest bardzo niski i nie uczula. Nasionka przybędą z Irlandii, Kanady i USA, ponieważ tylko tam udało mi się znaleźć poszukiwane odmiany! Będziemy siać i testować.

to są "zeszłoroczne" bociany, które marzły w kwietniu na gnieździe w Klukowiczach

Saturday, 22 March 2014

Wiosna, ale czy aby na pewno?

Niby słońce świeci, ale ciepło to ani wczoraj, ani dziś nie było. W kurtce trzeba chodzić, bo zimny wiatr przeszywa na wskroś. Natomiast konie dostają już oparzenia słonecznego na jasnych pyskach, nawet te przebywające w stajni!
Guinness wyszedł dziś na padok po raz pierwszy od kastracji, wyszalał się za wszystkie czasy. Wypuścilismy zaraz źrebaki i prawie dwuletnią już Candy Girl, a Guinness po pewnym czasie zaczął swoje durnowate, ogierze zachowania, czyli podgryzanie koni po nogach i zadach. Sparky wkroczył do akcji, mimo że nie ma jeszcze roku, zaczął Guinnessa przeganiać od pozostałych koni, ścigając go ze stulonymi uszami i wściekłym pyskiem, a Guinness wiał tak szybko, jak mu dość krótkie nóżki pozwalały. Komicznie to wyglądało! Widać Sparky poczuł się odpowiedzialny za "swoje" stado. Szkoda, że zdjęć nie zrobiłam, ale baterię miałam w ładowarce, a ładowarkę u chłopa w samochodzie, który to chłop własnie wybył. Ładowarka z tej racji jest w aucie, jako że taka do gniazdka mi się spaliła ;-).

Tak więc wiosny za bardzo nie czuć, pojechaliśmy dziś do miasta, a tam - grad! Drobniutki i wiele go nie było, ale fakt, ze raczej powiało zimą. W każdym razie nabyłam dwa kolejne krzewy, jeżynę oraz loganberry, które to jest krzyżówką pomiędzy maliną i jeżyną, nabyłam z ciekawości i zobaczymy co z tego będzie :).
Zamówiłam dziś też ekologiczne nasiona z katalogu z Walii, prawdopodobnie jednak poczekają one do przyszłej wiosny albowiem nie dam rady pilnować sadzonek, krążąc pomiędzy wyspą a Podlasiem. Wśród nich są takie fajne odmiany jak pasiaste pomidory, bułgarskie ogórki (wspomnienie z dzieciństwa!) i fasolka Indian Cherokee.

Guinness, ponad rok temu

Thursday, 20 March 2014

Jak oczyścić organizm z rtęci?

Dziś znów pożyczony post, czyli cudzes jak mówiła moja babcia. Świetny artykuł, wart uwagi i dokładnego przeczytania!

Pozbawić się rtęci za pomocą … truskawek?

rt2
Dlaczego akurat truskawki? Bo truskawki jak mało owoców mają nasiona na zewnątrz. Pod mikroskopem widać, że każde malutkie nasionko truskawki jest podłączone do jej środka za pomocą wiązki włókien roślinnych, które działają jak klej na rtęć. I o tym za moment.

Hejstwo Państwu

My tu sobie gadu, gadu, a tam dzielna ekipa Adamsa (pisałam o tym TUTAJ) codziennie bada dziesiątki pokarmów pod kątem oczyszczania nas z trucizn w postaci metali ciężkich i właśnie ich przechwytywania. Pokarmy te mają niezwykłe właściwości powinowactwa do wychwytywania i wiązania metali ciężkich, a następnie wydalania ich z organizmu.

rt4
Dzisiaj zajmę się rtęcią. Rtęć jest nam dostarczana przez najhojniejszych tego świata pod dostatkiem. Filantropia rtęcią kwitnie i jesteśmy nią obdarowywani codziennie, w pracy, w domu, w szkole, nie wspominając już gabinetów dentystycznych, szczepionek ochronnych, GMO i pestycydów.

Generalnie rtęcią się nas raczy od rana do wieczora. Dlatego Droga Socjeta zapewne przyzna mi rację, że ważne jest, aby jakimś sposobem tę rtęć z siebie wyrzucać. Najlepiej najłatwiejszym.

rt88

Mike Adams prosi i ja zaraz za nim, że te info powinny być jak największej ilości ludzi udostępnione, gdyż pozbycie się rtęci z organizmu nie jest zbyt trudne, a z drugiej strony niesłychanie prozdrowotne. Informacja ta może chronić zdrowie i pomóc uratować życie, więc jest to poważna prośba, aby lista produktów spożywczych, które mogą nas łatwo od rtęci uwolnić rozprzestrzeniła się skutecznie.
Rtęć jest bardzo trująca, a jednocześnie jest najbardziej łatwym do przechwycenia metalem ciężkim. W każdych warunkach laboratoryjnych, rtęć jest dobrze znana jako “element pustki”, ponieważ przylega do rurek rozdzielczych i fiolek. Jeśli wiemy ile rtęci jest w fiolce z kwasem azotowym i wodą, to okazuje się, że pomiar wykazuje mniejszą ilość rtęci niż w rzeczywistości, bo rtęć, a raczej pałeczki rtęci przylegają do ścianek tego naczynia, który używaliśmy do badania.

Co ciekawe, okazuje się, że rtęć właśnie tymi swoimi paluszkami/pałeczkami lubi przyczepić się do niektórych włókien pokarmowych. W szczególności, badania Adamsa wykazały, że nierozpuszczalne włókna owocowe są bardzo skuteczne w przyciągnięciu rtęci podczas trawienia. Rtęć jest unikalna w tym względzie, ponieważ owe włókna są bardzo słabe w wiązaniu się z ołowiem, kadmem, arsenem i innymi metalami. Ale rtęci się trzymają jak klej.

rt
Jako część badań nad tym zjawiskiem, testowano wiele odmian błonnika, w tym włókna łuski psyllium, gumę guar, różne włókna roślinne i włókna owoców. Najbardziej skuteczny błonnik owocowy ze wszystkiego – wierzcie lub nie – były włókna truskawek. (Pełna lista od najlepszych do najsłabszych wychwytywaczy rtęci, poniżej)

Strawberry-Half-Close-Up-2


Czyli wniosek jest najprostszy, jedz truskawki, a zablokujesz rtęć w swojej diecie na ten moment. Truskawki, czy nawet liofilizowany proszek truskawkowy jest w stanie przechwycić 95% rtęci z jedzonych pokarmów. Tak oznajmił super dokładny i piekielnie drogi symulator żołądkowy. Natomiast sok z truskawek nie działa, bo pozbawiono go włókien błonnika. Dlaczego akurat truskawki? Bo truskawki jako niewiele owoców mają nasiona na zewnątrz. Pod mikroskopem widać, że każde malutkie nasionko truskawki jest podłączone do środka truskawki za pomocą wiązki włókien roślinnych. Włókna te, jak się okazuje, są bardzo silne i nie są łatwo przyswajalne podczas naszego trawienia.

Przechodzą one przez nas w dużej mierze nienaruszone, podobnie jak włókna łuski psyllium lub nierozpuszczalnych włókien roślinnych. Do tego, co jest już ciekawostką, włókna te są przezroczyste i praktycznie niewidoczne gołym okiem. To piszę dla sceptyków, którzy powiedzą, że widzieli przepołowioną truskawkę sto razy i nie widzieli tych włókien. Tymczasem w przewodzie pokarmowym, funkcjonują one jak gąbki/psy na rtęć, z zadziwiającą skutecznością.
Nawet lepiej niż zielone trawy.
To świetna wiadomość dla tych, którzy chcą zdrowych opcji żywieniowych, szczególnie, że podczas degustacji sushi, tuńczyka, czy innych ryb morskich,wystarczy zagryźć prowiant kilkoma truskawkami i z pewnością prawie cała rtęć z człowieka zostanie usunięta. W samolocie można mieć przy sobie liofilizowane truskawki w pudełeczku, albo łyknąć parę pastylek chlorelli.

SushiRolls1 raw
 

Jeśli nie lubisz truskawek, możesz użyć innych owoców, takich jak owoce cytrusowe, oczywiście surowe, a w następnej kolejności są jabłka i gruszki. Zaś masło orzechowe, jest nawet lepsze niż truskawki, ale masło orzechowe akurat odradzam Drogiej Socjecie chociażby z powodów, o których pisałam w poprzednim dzisiejszym poście.
Jednak prawda jest taka, że najwyraźniej konsystencja masła orzechowego stanowi lepki żel na rtęć. Ale dla wszystko jedzących, albo dla semiwegetarian (tacy połowiczni, co jedzą ryby) jest opcja kanapki z tuńczykiem i masłem orzechowym.

Jeszcze wyżej ponad masłem orzechowym stoi białko z konopi i to jak się okazało każdej marki i jest w stanie wychwycić, aż 98% rtęci.
Jest tylko jedna substancja potężniejsza niż truskawki, masło orzechowe i białko konopi. A nazywa się Chlorella, która jest w stanie wychwycić, aż 99% rtęci.

straw
Jak można chronić się przed rtęcią?

Jedz kilka świeżych truskawek do każdego podejrzanego posiłku.

Lub jeśli nie lubisz truskawek, nie chcesz omega-6 w maśle orzechowym, ani w białku konopi, to zjedz trochę chlorelli.

Jeśli nie masz niczego takiego pod ręką zjedz sałatkę i żuj ją naprawdę dokładnie, aby rozluźnić jej włókna, a tym samym zwiększyć ich przylepność do rtęci.

rt7
 

Badania wykazały, że spożywanie ryb lub owoców morza z oceanu może być bardzo toksyczne i niebezpieczne dla zdrowia, ponieważ ryby pochłaniają rtęć przez ścianki jelit. Ale jeść ryby lub owoce morza oceaniczne razem z truskawkami jest już bardzo bezpieczne, ponieważ praktycznie rtęć nie zostanie wchłonięta podczas trawienia. Truskawki sprawiają, że cały posiłek będzie dla nas bezpieczny.
Generalnie jedz całe, świeże owoce lub warzywa do każdego posiłku, a będziesz o wiele zdrowszy. Wszystko to wyjaśnia, dlaczego jak pan Adams od dzisiaj będę nosić truskawki liofilizowane, albo chlorellę ze sobą podczas podróży i w restauracji.

strawberry-field-homestead-1024x728A już za 2 miesiące zaczyna się truskawkowy raj. Źrodło:  Mike Adams, badania prowadzone styczeń – marzec 2014 r
Lista najlepszych produktów żywnościowych do wychwytywania rtęci z przewodu pokarmowego.
Chlorella : 99%
Konopie Białko: 98%
Masło orzechowe: 96%
Truskawki: 95%
Liści kolendry: 95%
Maliny: 92%
Kakao w proszku : 91%
Trawa pszeniczna: 90%
Kokosowe Zboże Granola: 89%
Jęczmień: 89%
Acai jagody: 88%
Mąka pszenna: 86%
Nori Proszek: 85%
Spirulina: 83%
Jagody: 83%
Mango: 73%
Musztarda: 72%
Sok Tropicana Orange: 54%
Kukurydza: 53%
Brązowy ryż: 53%
Sok Marchew z Pomarańczą: 34%
Buraki: 20%
Jabłko Ogórek Sok: 10%
Zeolity: 9%
Sukraloza: 3%
Red Bull: 0%
Z tego co widać red bulla odradzam, przynajmniej jako remedium na rtęć w ciele.
Pierwsze ukłony w dniu dzisiejszym. Nie wykluczam, że się jeszcze odezwę.
peps

Źródło:http://pepsieliot.wordpress.com/2014/03/19/pozbawic-sie-rteci-za-pomoca-truskawek/

Wednesday, 19 March 2014

Wiosna, panie sierżancie!

Tak jakby trawka wschodzi i wszystko rośnie, chociaż znów chłodnowato się zrobiło. Z Podlasia dochodzą mnie wieści również wiosenne, trochę niezwykłe jak na tę porę roku, no ale cóż - Kilmuszko powiedział swoje trzydziesci lat temu, więc nie ma się co dziwić ;-).

Z wiosną odkurzyłam warsztat i powstaje ikona za ikoną, akryl na płótnie - taka technika najbardziej mi odpowiada, a poza tym nie lubię być "kopistą" i tworzyć podobnie, jak inni - zawsze byłam indywidualistką, co przejawia się również tutaj.









Kwiatki sobie posadziłam, zeby czuć się chociaż trochę wiosennie:


Posadziłam też trochę krzewów, na razie w pojemnikach, ponieważ krzewy pojadą na Podlasie oczywiście. Będę je musiała jednak wcześniej porozsadzać, ponieważ na organicznym kompoście wyprodukowanym przez nasze konie, rosną jak wściekłe. Oto część z nich:

maliny i czerwona porzeczka, oraz lawenda

agrest, maliny, żurawina, czarna porzeczka, borówka

Jesienią też zbieraliśmy jabłka, które rosną na drzewkach na miedzy obok, są to półdzikie jabłonki o pysznych, niewielkich, słodko-kwaśnych owocach, które konie wręcz uwielbiają, a oprócz tego jabłka te nadają się świetnie na cydr i przetwory. Zasiałam w zeszłym roku kilka nasionek i mam efekty:

  

W sumie sześć roślinek, które będę niebawem rozsadzać i mam nadzieję, że przetrwają i zadomowią się na Podlasiu, by za kilka lat wydać owoce :-).

Poza tym "zdalnie" kieruję pierwszym tegorocznym remontem który niebawem się rozpocznie, remont dotyczy drewnianego chlewka, który zamieni się w stajnię dla ogierów pod strzechą!

Narcyzy i żonkile, posadzone przeze mnie we wrześniu na froncie domu, mają już wedle relacji, około 15 centymetrów wysokości! Przy okazji znów usłyszałam, ze mam bardzo dobrą ziemię, "zupełnie nie jak na Podlasiu", bo u znajomych te same kwiatki dopiero wyłażą na światło dzienne!

Oprócz tego, korzystając z kontuzji pleców i młodej mającej zastępstwo w stajni, mogę planować dalsze remonty i przeprowadzkę. Nie ma nic bez przyczyny, widocznie przerwa była konieczna ;-)

Monday, 17 March 2014

No i się przerobiłam

A jak, od machania widłami zapewne! Wczoraj mnie kręgosłup pobolewał, zasnęłam z bólem, obudziłam się takoż, a w stajni czekało mnie słanie.
Słanie, czyli gruntowne czyszczenie boksów i ścielenie nowej słomy - jakoś mi poniedziałkowo w krew weszło, zwyczajem jeszcze służewieckim.
Pomachałam widłami, w stajni i przy górze gnojowej, a góra wysoka prawie na dwa metry więc zarzucać tez trzeba z rozmachem, później świeżą słomę napchać do wielkiego wora i zarzucić na plecy - i w związku z tym później był efekt, czyli ja w domu rozłożona na płask na podłodze, dwa ostatnie boksy zrobiła już latorośl.
I znów ból karku, ze nie mozna prawie głowy przekręcić, ból w biodrze no i ciągnący ból w kręgosłupie, od szyi do połowy pleców.
Oj, dorobiłam się a na tych konikach wyścigowych przez lata bycia kamikadze! Teraz wszystko zaczyna wyłazić..

na pocieszenie dla siebie samej wrzucam obrazek z Podlasia ;-)


A jeszcze odnośnie przeprowadzki, osiądziemy owszem przed samą zimą zapewne, ale juz wcześniej zaczną przyjeżdżać konie, tylko ogrodzenie musi stanąć, tak więc we wrześniu myślę Leo już będzie brykał na Podlasiu ;-)

Sunday, 16 March 2014

Z wolna

Wiem już, że z róznych przyczyn zewnętrznych przeprowadzka nie nastąpi ani wiosną, ani latem. Nadal jest ziemia do dokupienia, ogrodzenie do postawienia, spory remont drewnianego chlewka i stodoły - które pomieszczą jedynie najwyżej osiem koni, co jest zupełnie niewystarczjące. Chlewek murowany, na którym połozylismy nowy dach, przeznaczony od początku dla stadka kóz, jest zbyt mały dla powiększonego już, nie stadka a stada, plus jeszcze konieczne jest pomieszczenie dla owiec i alpak. No cóż, będziemy działać, mam już "zaklepane" bale z ponad stuletniej, ogromnej stodoły, które posłużą do reperacji i budowy, plus bale które zostały po remoncie domu. Notabene dom w środku też trzeba doprowadzić do stanu użyteczności, ale to już małe piwo ;-)

Dziś telefonowałam do sołtysa w pewnej sprawie, okazuje się że moje tulipany, narcyzy i żonkile posadzone dokoła domu we wrześniu, zaczynają już pokazywać kolory :-) Śnieg dziś popadał, ale pogoda ma się wkótce poprawić.
Jakoś miło i błogo mi się na duszy zrobiło po tej rozmowie. Prawie, jakbym juz była w W.

Chłop z kolei martwi się o matkę, że dozna ona kolejnego udaru. Z pierwszego wyszła bez szwanku trzy lata temu, ale ma juz 79 lat, owdowiała kilka lat temu i grób męża, który odwiedza i pucuje co najmniej trzy razy w tygodniu, stanowi główny temat rozmów. Ostatnio też wspominała mi, że zawsze jak rozmawia ze zdjęciem zmarłego małżonka, to mówi, "niedługo się spotkamy".
Od jakiegoś czasu mam też pewne przeczucie... i chłop zdaje się też, chociaż o tym nie rozmawiamy, ale wystarczy że chłop mówi, że w razie czego on się wszystkim musi zająć bo rodzeństwo tego nie zrobi.

I tak się kilka rzeczy nakłada na siebie, mam uczucie że coś mnie jeszcze tu trzyma poza powyższym, ale co - tego nie umiem, na razie, odgadnąć. W każdym razie karty wyraźnie mówią, że mam coś przed oczami, czego nie dostrzegam.
No, pażywiom, uwidim.

Na razie, jak juz pisałam kilka dni temu, obrastam w książki i sprzęty.

Będziemy się starać o wypas na gminnym pastwisku dla kilku klaczy, od kwietnia do końca października. Płaci się określoną sumę od konia i zwierzęta idą na siedem miesięcy na dobrą trawę. Karmić nie trzeba i sprzątać też nie trzeba.
Akurat u nas ostatnie tegoroczne wyźrebienie przypada na początek sierpnia, więc źrebak będzie odpowiednio wyrośnięty przed długą podróżą. Chciałabym też zakocić cztery kozy bardzo dobrym kozłem, a tutaj kozy zaczynają mieć ruję dopiero w okolicach października.

Podejrzewam więc, że ostatecznie osiądziemy przed zimą. Pewnych spraw nie da się przeskoczyć.


...Połączenie internetowe tak dziś marne, że ledwo udało mi się opublikować post, po ponad godzinę trwających próbach ;-) Znak? ;-)



Friday, 14 March 2014

Dwie ciekawostki dotyczące Polski


W 1989 r. Michaił Gorbaczow zaproponował na spotkaniu w Moskwie Wojciechowi Jaruzelskiemu zwrot Ziem Wschodnich w dwóch wersjach.
Pierwsza: zwrot Wilna, Lwowa i Krzemieńca;
Druga - okręg grodzieński z puszczą białowieską i dawne woj. Lwowskie z zagłębiem naftowym. Powodem tej propozycji było unieważnienie umów jałtańskich i chęć wzajemnego zrzeczenia się roszczeń o odszkodowania.
Wkrótce Jaruzelski przyjął propozycje Gorbaczowa w imieniu Polski. Kiedy sprawa dotarła do Warszawy, panowie Geremek, Michnik, Kuroń i Mazowiecki pojechali w pośpiechu do Moskwy i prawie na klęczkach wybłagali Gorbaczowa, aby tego nie czynił. Jakich wpływów użyli nikt nie wie, w końcu Gorbaczow przystal na ich prośby. Konsul generalny ZSRR w Krakowie p. Serdaczuk mówił o tym w obecności prof. Edwarda Prusa. Również potwierdził to poseł z Litwy do sejmu ZSRR Jan Ciechanowicz w rozmowie ze Stanisławem Sadowskim z Toronto. Podała to również prasa nowojorska. Opublikowano to w Podstawach Narodowych Nr 4 (2) 2006 r






Państwo polskie istniało na długo przed rokiem 966. Dlaczego oficjalna historia kłamie?


Polska nie powstała wraz z chrztem

zakazana historia Polski 

Cytuję: “Obejrzałem sobie animację produkcji zachodniej prezentującą zmiany map Europy na przestrzeni wieków i zrozumiałem, jak groźne jest twierdzenie, iż Polska powstała dopiero wraz ze chrztem Mieszka
Badania genetyczne wykazują wielowiekową obecność Słowian na ich ziemiach od Łaby po Wołgę, najstarsza mutacja – haplogrupa wywodząca się z naszych ziem szacowana jest na ponad 10 000 lat, ale nawet chcąc oprzeć się na dokumentach pisanych możemy wskazać „Historię wojen” Prokopiusza z Cezarei z roku 512 n.e. mówiącą o germańskich Helurach, którzy przeszli ze swych siedzib nad Dunajem przez ziemie Sklawinów. Tu warto wspomnieć, że Rzymianie wszelkie ludy zamieszkujące na terenach Środkowej Europy określali terminem Germanie, a ziemie przez nich zamieszkiwane Germanią.
Dość cennym dla opisania przedchrześcijańskiej historii naszych ziem jest dokument szpiegowski sporządzony około roku 844 dla króla wschodnich Franków Ludwika II Niemieckiego, czyli ponad 120 lat przed chrztem Mieszka. Dokument ten zawiera listę ludów zamieszkujących na wschód od państwa wschodnich Franków, wraz z podaniem liczby osad i grodów. Dokument ten pozwala nam się zorientować o sile gospodarczej związków zamieszkujących nasze ziemie.
I tak dla przykładu Goplanie posiadali około 400 grodów, lud określany jako Thafnezi, zamieszkujący prawdopodobnie gdzieś na Mazowszu posiadał 257 grodów, Thandesi, lud zamieszkujący nad Obrą podbity przez Mieszka, 200 grodów. Miloxi, zamieszkujący Wielkopolskę – ziemie rodowe Piastów, 67 grodów, w sumie na terenach dzisiejszej Polski Geograf Bawarski wymienia ponad 1200 grodów, a mówimy o czasach na 100 lat przed Mieszkiem. To nie były puste tereny, po których tylko wilk i niedźwiedź grasował, to były prężne organizacje, które można porównywać do państw. Podlegały one dalszym łączeniom, podbojom. Właśnie z tych organizmów wzięły się dzisiejsze krainy takie, jak Mazowsze, Wielkopolska, Małopolska, Śląsk, które w średniowieczu określano ziemiami. Do boju stawało rycerstwo ziemi Mazowieckiej..

Pozostałości wałów ziemno-drewnianych na Ostrowiu Lednickim 

Mówiąc o grodach, warto wspomnieć o naszej myśli fortyfikacyjnej. Gród książęcy na Ostrowiu Lednickim otoczony był 9-13 metrowej wysokości wałem ziemno-drewnianym o konstrukcji skrzynkowej. (to wysokość dzisiejszych 3-4 kondygnacyjnych budynków). Było to obwarowanie ówczesnymi metodami walki nie do zdobycia. Mury kamienne można było podkopać, kruszyć ogniem, nasze rozwiązanie było odporne na podkopy, na ogień i jeśli atakujący nie sforsowali bram (jak to miało miejsce podczas najazdu księcia czeskiego Brzetysława, który zdobył i zniszczył Ostrów Lednicki) warownia nie była do zdobycia.


 Konstrukcja wałów ziemno-drewnianych, skrzyniowa, rekonstrukcja Biskupin

Taka była siła gospodarcza ludu, którego ówcześnie określało się jako Lachów, co po dziś dzisiejszy pozostało w potocznym języku Ukraińców, Białorusinów czy też Rosjan.
Słowianie Zachodni
Kolejnym tematem który jakoś nie może przebić się przez nasze podręczniki szkolne to sprawa Słowian Zachodnich. Między Odrą w Łabą istnieją dwa silne związki plemienne, serbołużyczanie i Wieleci, których podbój i wynarodawianie, określane dziś jako chrystianizacja, trwa po rok 1200. Popatrzmy na mapę prezentującą ich ziemie z czasów Mieszka.

historia Slowian

Czy też mapę orientacyjną prezentującą główne organizacje państwowe na ziemiach Słowian Zachodnich z przełomu IX / X w.

poczatki panstwa polskiego

Tak jeszcze dla ciekawostki pokażę mapę okolic dzisiejszego Berlina z roku ok. 1150, spokojnie przez jeszcze 50 lat w stosunku do mapy tereny te będą zamieszkiwali Szprewianie, lud słowiański. Kopanica, dziś dzielnica Berlina pada ok. roku 1200. A są to czasy rozbicia dzielnicowego w Polsce, Leszka Białego, Mieszka III Starego, Bolesława Kędzierzawego czy Kazimierza II Sprawiedliwego.

 Mapa terenów dzisiejszego Berlina, ziemie Szperwian, stan na rok 1150

Polska nie powstała wraz z chrztem, Polska to długi proces, na który składała się praca kolejnych pokoleń, budowniczych, rolników, rzemieślników, wojów, władców i poddanych. Chrzest, a w zasadzie nie chrzest, a dokument Dagome iudex, w którym Mieszko oddaje Polskę we władanie papieżowi, stając się jego lennikiem wpisuje Polskę w orbitę krajów chrześcijańskich. krajów których obecność na mapie raczy widzieć zachodnia Europa. Stąd właśnie dopiero wtedy w historii podręcznikowej pojawia się Polska, stąd nikt nie chce pamiętać, że ziemie Słowian rozciągają się aż po Łabę. No ale historię przecież piszą ci, co wymordowali bohaterów.
Autor: Zawisza Niebieski, na portalu Neon24.pl
Źródło: http://zawisza.neon24.pl/post/106900,polska-nie-powstala-wraz-z-chrztem

Żródło tekstu: http://kefir2010.wordpress.com/2014/03/09/panstwo-polskie-istnialo-na-dlugo-przed-rokiem-966-dlaczego-oficjalna-historia-klamie/

Tuesday, 11 March 2014

Z prądem

Ostatnio czuję się trochę jak koń oczekujący na otwarcie bramki w maszynie startowej. Dobrze wiem, jak taki koń się czuje, tak więc mogę w pełni się utożsamiać.

Mam również przeczucie że coś się wydarzy i nastąpi nieoczekiwany zwrot akcji. Co się wydarzy i jaki to będzie zwrot - nie mam pojęcia, jednakże wiem że moja intuicja nigdy mnie nie zawiodła i mogę na niej polegać całkowicie. Na razie miewam sny o zagubieniu i odnalezieniu, ucieczce i powrocie. Karty radzą odpuścić i płynąć z prądem, co zresztą tak czy inaczej czynię.

Nic na siłę. Nie ma co walczyć z przeznaczeniem. W związku z tym mam duże wątpliwości, czy jeszcze latem uda mi się zjechać na Podlasie - ale co się odwlecze to nie uciecze. Czuję, że jeszcze trochę czasu muszę spędzić na wyspie - dlaczego? Nie wiem. Czas pokaże.

W oczekiwaniu, czynię przygotowania, gromadząc książki i sprzęty, które później będą esencją życia i działalności. Chociażby taka maselnica.
A odnośnie książek, jeszcze we wrześniu jadąc do Polski, zabrałam całą ich masę, aby poszły na przechowanie w Warszawie. Zdaje się że było ich dobrze ponad 300kg ponieważ zepsułam winę, która ma udźwig 450kg, a ja słoniem nie jestem ;-)))
I później te ponad 300 kilogramów książek trzeba było zatargać na siódme piętro ;-))


Tuesday, 4 March 2014

Moje życie. Część 5: Służewiec, stajnia Widzów

W stajni Jaroszówka przejadło mi się nieco, jak pamiętam za sprawą tłumów amatorów, jakie to zwalały się w soboty na przejażdżki. Chociaż towarzystwo było fajne, zawsze preferowałam mniejszą ilość ludzi dokoła, i, jak już wcześniej wspomniałam, od zawsze byłam trochę odludkiem.

Przeniosłam sie więc do stajni Rzeczna, kierowanej przez niezapomnianego Arkadiusza Goździka. Pracowali w niej wówczas między innymi Andrzej Kowalewski "Johan" i nieżyjący już Janek Patejuk, a dżokejem był Bolek Mazurek. Stajnia była dość kameralna, atmosfera fantastyczna. Pamiętam jak załoga grywała w karty przy śniadaniu, a Bolek zawsze przy tym wołał "zes...ł się goły za róg stodoły!".

Po pewnym czasie musiałam udać się do biura, do działu techniczno-selekcyjnego, aby przepisać się ze stajni Jaroszówka do stajni Rzeczna. Takie były wówczas wymogi, każde przeniesienie musiało być zaaprobowane przez biuro, zapisane w kartotece i wpisane oraz opatrzone pieczątką i podpisem w legitymacji jeźdźca amatora.

Poszłam więc, dział mieścił się na piętrze, zaraz za schodami, w pokoju numer 12 lub 11. W pokoju urzędowali panowie Andrzej Szydlik, zastępca kierownika działu techniczno-selekcyjnego, którego szefem był Tadeusz Milanowski, oraz Krzysztof Wolski, handikaper.
Wtedy to zobaczyłam, a raczej podejrzałam kątem oka z papierach wyciągniętych przez p.Szydlika, że na stajnię Jaroszówka jest zapisanych 96 czy 97 amatorów!... Na moją prośbę o przepisanie do stajni tr.Goździka, p.Szydlik krótko powiedział: nie. A dlaczego? Niech pani się spyta pana Sałagaja.

Tu powinnam dodać, że Andrzej Szydlik za specjalnie lubiany nie był, jako biurowy słuzbista.

Wyjaśniłam sytuację panu Aldkowi Goździkowi i wróciłam do stajni Sałagaja, gdzie usłyszałam: albo jeździsz u mnie, albo nigdzie nie będziesz jeździła.
Tisze jedziesz, dalsze budziesz, nie dyskutowałam, przychodziłam na przejażdżki jakby nigdy nic. Aż do któregoś dnia, w marcu lub kwietniu 1993 roku, kiedy zobaczyłam, że do stajni tr.Bogdana Ziemiańskiego przyjmują się jakieś początkujące amatorki.
B.Ziemiański amatorów nie miał przez jakiś czas, o ile pamiętam chodziło o to, że nieco wczesniej koń złamał nogę na treningu pod pewną dziewczyną i amatorzy zostali pogonieni ze stajni.

Któregoś dnia wybrałam się więc do stajni Widzów, była to sobota. Porozmawiałam z panem Bogdanem, powiedział żebym poszła do biura w tygodniu, przepisać się na jego stajnię.

Znów biuro: panie Szydlik, chciałabym się przenieść do stajni pana Bogdana Ziemiańskiego. - Ależ oczywiście, pani Aldono.
Wpis w papierach został dokonany, w legitymacji "St.Widzów", opatrzony datą, podpisem i pieczątką "Z-ca Działu Techniczno-Selekcyjnego PTWK A.Szydlik".

Pierwszego dnia dostałam konia na kłusa tylko. Wszyscy pojechali na tor, a ja na Mozyrze telepałam się na kółku przed stajnią, na to kółko trener mówił - park. Teraz ma tam stajnię Krzyś Ziemiański.

Przejeżdżała moja była stajnia, i Rumen Ganczew Panczew wołał, jak ci się w głowie zakręci to do nas wrocisz! - Nie wrócę Rumen! - odkrzyknęłam.

Wrócili z toru, ja z kółka, siodłamy kolejna przejażdżkę, dostałam jakiegoś araba, chyba był to siwy Cewar. Wszyscy znów pojechali na tor, a ja zostałam na kółku, na stępo-kłusa. Moze ktoś by sie przejmował, ale nie ja. Jakoś fajnie się tam czułam, na miejscu.

Koniuszym był wówczas niezapomniany, nieżyjący już Jurek "Dżeks" Gabszewicz.

Następnego dnia pan Bogdan spytał mnie: a byłaś w maszynie startowej? Umiesz startować? - Tak.
Dostałam tego dnia cztery przejażdżki, dwa młode folbluty i dwa młode araby na tor wyścigowy, miały one po raz pierwszy w życiu wejść do prawdziwej maszyny starowej. Pamiętam, że miałam folblutkę Szuanę i arabkę Woltyżerkę - później stały się one moimi ulubieńcami.

Stajnia obejmowała trzy połączone budynki. w kształcie litery L (teraz dwa od frontu są połączone w jedną stajnię). Pracował niejaki Kazik Żabka (nazwisko jak najbardziej autentyczne), który, jak to wyścigowcy, lubił sobie chlapnąć, nieraz do przesady. Przychodził rano do stajni i chował się przed trenerem, bo nie chciał jeździć. Trener za Żabką, a Żabka do drugiej stajni, trener do drugiej stajni a Żabka myk, od podwórka, do stajni arabów. I tak się ganiali. A rano jak trener złapał Żabkę dziabniętego, przy podpisywanu listy, słuzbowym tonem mówił: panie Żabka, pan jest pijany, proszę mi natychmiast iść do domu! - I wpisywał czerwone kółko na liście. Zawsze za nieobecność było czerwone kółko, ludzie często nawalali, trener wstawiał kółka, a potem brał listy do domu, przepisywał i kółka znikały. Chociaż potrafił krzyczeć na ludzi, tak naprawdę miał dobre serce.

Pracował u nas "Dziunek" czyli Janek Kołakowski i pamiętam, że ze mną jechał swój pierwszy w życiu galop, na arabskiej, gniadej klaczy Pobudka. Trochę słabo mu to wyszło, jechał zygzakiem i później śmielismy się, że Pobudka Dziunka obudziła.

Jeźdźcem stajennym był praktykant dzokejski Krzysiek Banach, stałego dzokeja nie było. Później był u nas Tomek Rejek, który na arabskim ogierze Esauł wygrał swój setny wyścig i został dzokejem. Zmienił się i koniuszy, Dżeks poszedł pracować do końskiego szpitala a przyszedł do nas Krzyż, za dżokeja był równiez Sylwek Pulc przez jakiś czas i odchodziły cyrki nie z tej ziemi - jak Tomek wspomniał, Sylwek był jajcarzem jakiego swiat nie widział.
Koniuszym do samego końca był później wcześniejszy pracownik stajni, Andrzej Sokólski zwany kiedyś "Dziadkiem" a od iluś tam lat "Lodziarzem", z racji białej czapki.

Moja ulubiona Szuana została sprzedana po aukcji i odeszła. Zmienił barwy równiez Szarlatan, by pod opieką Doroty Kałuby rozwinąć skrzydła.

Również zmieniła się nazwa stajni, po prywatyzacji która nastąpiła 1 stycznia 1994 roku, stajnia przyjęła nazwę Vilnius, od imienia fantastycznego konia, którego p. Bogdan trenował. Pozostały biało-czerwone barwy.

A ja już wiedziałam, że moje miejsce na ziemi jest między grzywą a ogonem.

Andrzej Kowalewski i Janek Patejuk (for. z arch.A.Kowalewskiego)
1993. Z ulubioną dwulatką Szuaną (Five Star Camp-Szuba po Babant)
Ostatnie spotkanie z panem Aldkiem Goździkiem, październik 2010
Na ogierze arabskim MA El Panhos w 2005 roku, w treningu B.Ziemiańskiego
B.Ziemiański jako dzokej, w 1974 roku. Zdjęcie z Warszawskiego Informatora Kulturalnego (WIK)





ciąg dalszy już jest, to saga emigracyjna ;-)


Monday, 3 March 2014

Mój Służewiec. Część 9

Zdaje się, że co najmniej kilka osób stęskniło sie za opowieściami Waldka i Tomka ;)). Oto kolejna część!


                                                                                        *   *   *



Zakończyłem na Smużce i od niej wypada zacząć. Piękna, skarogniada, mocnej budowy, biała łysina i skarpety. Zad mocny jak u Jenifer Lopez. Nadzieja stajni  - ale na jej drodze stają dwie super klacze Stanisława Dzięciny: Jurystka i Iranda. Z Jurystką nigdy się nie spotkała, natomiast porządek Iranda- Smużka lub odwrotnie, wiele razy dał kasę mocniejszym graczom.  Iranda wygrała Derby, natomiast Smużka szykowała się wtedy do Preis von Europa.
I przyszedł ten dzień, Kolonia: mocne ogiery i ona. Bliskie 5 miejsce nie powtórzone do dziś przez żadną polską klacz, a startowały później Dżamajka i Kombinacja.
Kolejny wyjazd za granicę, Oaks dla klaczy i stało się, noga pękła i polska hodowla traci świetną potencjalną  matkę.
I teraz o pewnym kurduplu od Pytii po Mehari, zgrabnym niezbyt rosłym – na imię mu było Pawiment i wkrótce miał rozsławić polską hodowlę. W Polsce dane mu było potykać się z klaczą- legendą, Konstelacją -  z różnym skutkiem, ale te dwa konie królowały na torze. Derby wygrała Konstelacja dość szczęśliwie, po drobnym błędzie jeźdźca, który dziś to potwierdza. Porządek Pawiment- Konstelacja można było obstawiać w ciemno, nigdy obsuwu nie było.
Pawiment zostal wydzierżawiony do Niemiec i w barwach niemieckich dwukrotnie, rok po roku, Preis von Europa wygrywa. Zostaje zapisany do Łuku Triumfalnego i zajmuje 5 miejsce: żaden koń polskiej hodowli nigdy później tyle na zagranicznej arenie nie osiagnął i nie osiągnie. W hodowli niezbyt się sprawdził, dając kurduple bardzo przeciętne.
Zenek Lipowicz wyjechał z żoną Jolantą i chorym synem Alikiem do Stanów, a my mimo upływu czasu i świetnych koni derbow wygrać nie mogliśmy - aż wreszcie pojawila się w stajni ona: piękna, harmonijnie zbudowana, od Sarabandy po Mehari: Sekwoja. Z dwuletnich startów utkwił mi głęboko w pamięci jeden: debiut Sekwoja, druga byla Dzitwa strzegomskiej hodowli.
I stało się pewnej lipcowej niedzieli: Sekwoja wygrywa derby, wszyscy promieniejemy i głowy w górze nosimy. Wreszcie po tylu latach czekania! Warto było wierzyć. W późniejszych latach ta linia jeszcze mocno zaznaczy się w wyścigowym świecie.

Przez te lata przez stajnię przewinęły się takie jeździeckie talenty jak Wojciech Ryniak, Antoni Butkiewicz, Benedykt Rode, Jurek Ochocki, Bocer, Czerwiński,  Tylicki, i tylko dwóch koniuszych, obecnie dwóch służewieckich emerytów: Józio Diuwe i Zdzislaw Czarniecki, których bardzo cenię do dziś, często razem wspominamy tamte cudowne lata. A konie które jeszcze pamiętam to świetny Ścibor brat Sekwoi, Surdut z tej samej lini, Czempiń od Cerkarii - więcej nie pamiętam.
Stajnię objął Jerzy Jednaszewski i moja przygoda ze stajnią dobiegła końca. Na kilka lat zniknąłem z krajobrazu Służewca. Ożeniłem się, syn mi się urodził i zostałem najmłodszym w Polsce rzemieślnikiem. Miałem 28 lat i zacząłem wyścig o kasę - niczego przecież do tej pory nie osiagnąłem.

(Waldi)







Wróciłem z Wiednia w lutym 1989 roku, to jeszcze były czasy, gdy pracowników innych niż dżokeje, do stajni kierował dział techniczno-selekcyjny. Sam miałem chęć wrócić do trenera Sałagaja, bo wiadomo - na dobrych koniach jeździ się dużo lepiej, ale trener wtedy stanowił już nierozłączna parę z Rumenem Ganczewem Panczewem i miejsca dla mnie tam już nie było. Selekcja skierowała mnie do stajni sąsiadujacej z trenerem Sałagajem, a była to stajnia pani trener Małgosi Łojek. Na pierwszą rękę jeździł tam wtedy Wojtuś Ryniak. Za bardzo tego okresu już nie pamiętam, ale w trakcie sezonu zostałem przeniesiony do stajni Ludwika Bujdensa, który nie miał w tym okresie stałego jeźdźca na pierwszą rękę. W tamtym okresie byłem jeszcze z Bomisem, wspominanym w poprzednim odcinku, w bardzo dobrych stosunkach, a on był przyjacielem trenera Bujdensa. Teraz z perespektywy czasu patrząc to musze przyznać, że jednak lepiej współpracuje się z trenerem, który nie jest zainteresowany grą, a trener Bujdens taki nie był. Grający trener, albo przynajmniej taki który rozdaje wiele typów, za niepowodzenia koni w wyścigach często zwala winę na dżokeja, a to niestety nie zawsze jest zgodne z prawdą. Do takich trenerów, z którymi miałem okazję współpracować zaliczyłbym: Sałagaja, Bujdensa, Turczyna i Szczęsnego.

Z trenerem Bujdensem róznie mi się układało, ale do najlepszych ta współpraca nie należała, właśnie ze względu na grę. Skończyła się po okresie około roku tym, że przestałem pasować do układu i po którymś wyścigu Bujdens poszedł do komisji technicznej (sędziowie wyścigowi, przyp.A.S.) i powiedział, że nie wykonałem jego dyspozycji (chodzi o to, że inaczej w wyścigu przeprowadziłem konia niz on sobie tego życzył) i nie dokładałem starań aby zająć jak najwyższe miejsce. Moje tłumaczenia na nic się nie zdały i zostałem spieszony na 20 dni wyścigowych (zakaz jazdy w gonitwach w okresie 20 dni wyścigowych, przyp.A.S.). W tej sytuacji wiadomo było, że nasza współpraca została zakończona i zostałem przeniesiony niby karnie do trenera Bogdana Ziemiańskiego. Karnie mówiło się dlatego, że nikt nie chciał tam pracować sam z siebie. Trener Bogdan Ziemiański to był trochę dziwny człowiek, na pewno miał wspaniałe serce  i bardzo kochał swoją pracę i zwierzęta. Pomimo tego że miał gołębie serce to kogoś nie przyzwyczajonego, bardzo łatwo potrafił wyprowadzić z równowagi, poprzez swoje uwagi. To co się nie podobało pracownikom, to brak dobrej organizacji w pracy, przez co często stajnia pracowała najdłużej ze wszystkich.Trener miał można rzec różne oblicza, był zupełnie innym człowiekiem z dala od stajni i wyścigów, a gdy przekraczał ich próg stawał sie strasznym służbistą. Do dziś krąży o tym pełno historii. Postaram się coś na ten temat teraz napisać.

Chyba najwięcej trener Ziemiański współpracował z dżokejem Sylwestrem Pulcem, który świetnie potrafił się z nim dogadywać. Sylwek jak wiadomo to był dość rozrywkowy gość i często zdarzało mu się przyjść do pracy w stanie nazwijmy to po spożyciu. Pewnego dnia trener wraz z dżokejem spotkali się zaraz po wyjściu z mieszkań, idąc do pracy całą drogę wesoło rozmawiali i sobie żartowali w najlepsze, i nic nie wskazywało że może się to zaraz zmienić. Niestety gdy tylko przekroczyli próg stajni, trener Ziemiański zmienił tembr glosu i mówi do Sylwka: panie Pulc, pan jest pijany i proszę natychmiast iść do domu! Biedny Sylwek musiał zrobić w tył zwrot i jego praca w tym dniu była skończona.
Innym razem Sylwek opowiadał, że dostał dyspozycje, aby w wyścigu jechał na 3-4 pozycji, mówi ze po wyścigu trener przychodzi do niego i pyta się: panie Pulc, jak panu kazalem jechać? - No kazał mi pan jechać na 3-4 miejscu.  - A jak pan jechał? - No jechałem cały czas 3. - Ale przeciez kazałem panu jechac 3-4, odpowiada mu z wyrzutem trener. Ciężko czasem było wykonać dyspozycje pana trenera i po wyścigu trener mial taką manierę, że przychodził na dżokejkę i z daleka obserwował wyścig mówiąc sobie coś pod nosem, za chwilę podchodził pod sam telewizor i znów coś gadał, nie wiadomo było czy do siebie czy do jeźdźca, po czym znów odchodził dalej i cały czas mruczał sobie pod nosem. Trzeba było być nad wyraz spokojnym i opanowanym, aby nie doszło do awantury. Wystarczyło jedno ostrzejsze słowo i mogło dojść do sprzeczki.

Pewnego razu, gdy byłem lekko podminowany po jego uwagach po wyścigu, mowie do trenera: jak będzie mi tak dogadywał po wyścigu to ja zawału serca przez pana dostanę! Na co trener Ziemiański oddał mi szybką ripostę: a jak pan przyjeżdża 3 albo 4 to ja tez mogę dostać zawału! Nasza wymiana zdań na tym się skończyła, ale do końca sezonu miałem już spokój, trener przed wyścigiem przestał wydawać mi dyspozycje jak mam jechać, a po wyścigu też tylko przeważnie stawał z daleka od telewizora i mamrotał sobie tylko pod nosem i nie dochodziło już do żadych spięć.

Nie byłem nigdy z trenerem Bogdanem Ziemiańskim za granicą, a mówiono że wtedy to był fantastyczny człowiek i zawsze w jego towarzystwie było bardzo wesoło. Miał on w sobie taką umiejętność, że gdy z kogoś żartował i zwracał sie do niego, umiał zachować pełną powagę, i człowiek nie wiedział czy on mówi serio, czy sobie robi jaja.

Tak jak pisałem wcześniej, praca była dość słabo zorganizowana i często robiliśmy przez to do godziny 13 albo i dłużej. W czasie gdy pracowałem u trenera Ziemiańskiego, to mieszkałem może 80 metrów od stajni, to czasem zajrzała moja małżonka żeby przekonać się kiedy skończę.
Kiedyś owies do stajni przywoziło się trzy razy w miesiącu, przeważnie koło 10, 20 i w końcu miesiąca. Stajnie, a było ich około 18, dzieliły się na dwa dni, bo w jeden nie dało by się tego zrobić. My z reguły przywoziliśmy go jako ostatni. Kończąc pracę przystajenną czekaliśmy już tylko aż chłopaki dojadą z owsem. Przyszła wtedy moja żona spytać się na którą zrobić obiad, powiedziałem że to jeszcze chwilkę potrwa. Za chwilkę trener Ziemiański widząc że to jeszcze potrwa, spojrzał na zegarek i przy wszystkich głośno powiedział: panie Kluczyński, niech pan już idzie, bo się panu kotlety spalą na patelni.
Trenera kochały wszystkie kotki w okolicy, bo zawsze przynosił im dużo dobrego jedzonka, a i każdy z nich został przy tym solidnie wygłaskany.


Te dwa sezony wyścigowe nie były dla mnie zbyt udane, w sumie wygrałem w tych trzech stajniach 54 wyścigi przez dwa lata i odsiedziałem 20 dni na płocie.
To co mnie spotkało na wyścigach najlepszego dopiero miało nadejść, ale o tym już w następnym odcinku.

(Tomek)


Stawkę prowadzi Mieczysław Mełnicki na kl.Smużka


1985. Niezapomniany og.Vilnius pod Mieczysławem Mełnickim. Drugi z prawej tr.Bogdan Ziemiański (foto z arch.A.Kaczmarczyk)