Showing posts with label Służewiec. Show all posts
Showing posts with label Służewiec. Show all posts

Tuesday, 4 March 2014

Moje życie. Część 5: Służewiec, stajnia Widzów

W stajni Jaroszówka przejadło mi się nieco, jak pamiętam za sprawą tłumów amatorów, jakie to zwalały się w soboty na przejażdżki. Chociaż towarzystwo było fajne, zawsze preferowałam mniejszą ilość ludzi dokoła, i, jak już wcześniej wspomniałam, od zawsze byłam trochę odludkiem.

Przeniosłam sie więc do stajni Rzeczna, kierowanej przez niezapomnianego Arkadiusza Goździka. Pracowali w niej wówczas między innymi Andrzej Kowalewski "Johan" i nieżyjący już Janek Patejuk, a dżokejem był Bolek Mazurek. Stajnia była dość kameralna, atmosfera fantastyczna. Pamiętam jak załoga grywała w karty przy śniadaniu, a Bolek zawsze przy tym wołał "zes...ł się goły za róg stodoły!".

Po pewnym czasie musiałam udać się do biura, do działu techniczno-selekcyjnego, aby przepisać się ze stajni Jaroszówka do stajni Rzeczna. Takie były wówczas wymogi, każde przeniesienie musiało być zaaprobowane przez biuro, zapisane w kartotece i wpisane oraz opatrzone pieczątką i podpisem w legitymacji jeźdźca amatora.

Poszłam więc, dział mieścił się na piętrze, zaraz za schodami, w pokoju numer 12 lub 11. W pokoju urzędowali panowie Andrzej Szydlik, zastępca kierownika działu techniczno-selekcyjnego, którego szefem był Tadeusz Milanowski, oraz Krzysztof Wolski, handikaper.
Wtedy to zobaczyłam, a raczej podejrzałam kątem oka z papierach wyciągniętych przez p.Szydlika, że na stajnię Jaroszówka jest zapisanych 96 czy 97 amatorów!... Na moją prośbę o przepisanie do stajni tr.Goździka, p.Szydlik krótko powiedział: nie. A dlaczego? Niech pani się spyta pana Sałagaja.

Tu powinnam dodać, że Andrzej Szydlik za specjalnie lubiany nie był, jako biurowy słuzbista.

Wyjaśniłam sytuację panu Aldkowi Goździkowi i wróciłam do stajni Sałagaja, gdzie usłyszałam: albo jeździsz u mnie, albo nigdzie nie będziesz jeździła.
Tisze jedziesz, dalsze budziesz, nie dyskutowałam, przychodziłam na przejażdżki jakby nigdy nic. Aż do któregoś dnia, w marcu lub kwietniu 1993 roku, kiedy zobaczyłam, że do stajni tr.Bogdana Ziemiańskiego przyjmują się jakieś początkujące amatorki.
B.Ziemiański amatorów nie miał przez jakiś czas, o ile pamiętam chodziło o to, że nieco wczesniej koń złamał nogę na treningu pod pewną dziewczyną i amatorzy zostali pogonieni ze stajni.

Któregoś dnia wybrałam się więc do stajni Widzów, była to sobota. Porozmawiałam z panem Bogdanem, powiedział żebym poszła do biura w tygodniu, przepisać się na jego stajnię.

Znów biuro: panie Szydlik, chciałabym się przenieść do stajni pana Bogdana Ziemiańskiego. - Ależ oczywiście, pani Aldono.
Wpis w papierach został dokonany, w legitymacji "St.Widzów", opatrzony datą, podpisem i pieczątką "Z-ca Działu Techniczno-Selekcyjnego PTWK A.Szydlik".

Pierwszego dnia dostałam konia na kłusa tylko. Wszyscy pojechali na tor, a ja na Mozyrze telepałam się na kółku przed stajnią, na to kółko trener mówił - park. Teraz ma tam stajnię Krzyś Ziemiański.

Przejeżdżała moja była stajnia, i Rumen Ganczew Panczew wołał, jak ci się w głowie zakręci to do nas wrocisz! - Nie wrócę Rumen! - odkrzyknęłam.

Wrócili z toru, ja z kółka, siodłamy kolejna przejażdżkę, dostałam jakiegoś araba, chyba był to siwy Cewar. Wszyscy znów pojechali na tor, a ja zostałam na kółku, na stępo-kłusa. Moze ktoś by sie przejmował, ale nie ja. Jakoś fajnie się tam czułam, na miejscu.

Koniuszym był wówczas niezapomniany, nieżyjący już Jurek "Dżeks" Gabszewicz.

Następnego dnia pan Bogdan spytał mnie: a byłaś w maszynie startowej? Umiesz startować? - Tak.
Dostałam tego dnia cztery przejażdżki, dwa młode folbluty i dwa młode araby na tor wyścigowy, miały one po raz pierwszy w życiu wejść do prawdziwej maszyny starowej. Pamiętam, że miałam folblutkę Szuanę i arabkę Woltyżerkę - później stały się one moimi ulubieńcami.

Stajnia obejmowała trzy połączone budynki. w kształcie litery L (teraz dwa od frontu są połączone w jedną stajnię). Pracował niejaki Kazik Żabka (nazwisko jak najbardziej autentyczne), który, jak to wyścigowcy, lubił sobie chlapnąć, nieraz do przesady. Przychodził rano do stajni i chował się przed trenerem, bo nie chciał jeździć. Trener za Żabką, a Żabka do drugiej stajni, trener do drugiej stajni a Żabka myk, od podwórka, do stajni arabów. I tak się ganiali. A rano jak trener złapał Żabkę dziabniętego, przy podpisywanu listy, słuzbowym tonem mówił: panie Żabka, pan jest pijany, proszę mi natychmiast iść do domu! - I wpisywał czerwone kółko na liście. Zawsze za nieobecność było czerwone kółko, ludzie często nawalali, trener wstawiał kółka, a potem brał listy do domu, przepisywał i kółka znikały. Chociaż potrafił krzyczeć na ludzi, tak naprawdę miał dobre serce.

Pracował u nas "Dziunek" czyli Janek Kołakowski i pamiętam, że ze mną jechał swój pierwszy w życiu galop, na arabskiej, gniadej klaczy Pobudka. Trochę słabo mu to wyszło, jechał zygzakiem i później śmielismy się, że Pobudka Dziunka obudziła.

Jeźdźcem stajennym był praktykant dzokejski Krzysiek Banach, stałego dzokeja nie było. Później był u nas Tomek Rejek, który na arabskim ogierze Esauł wygrał swój setny wyścig i został dzokejem. Zmienił się i koniuszy, Dżeks poszedł pracować do końskiego szpitala a przyszedł do nas Krzyż, za dżokeja był równiez Sylwek Pulc przez jakiś czas i odchodziły cyrki nie z tej ziemi - jak Tomek wspomniał, Sylwek był jajcarzem jakiego swiat nie widział.
Koniuszym do samego końca był później wcześniejszy pracownik stajni, Andrzej Sokólski zwany kiedyś "Dziadkiem" a od iluś tam lat "Lodziarzem", z racji białej czapki.

Moja ulubiona Szuana została sprzedana po aukcji i odeszła. Zmienił barwy równiez Szarlatan, by pod opieką Doroty Kałuby rozwinąć skrzydła.

Również zmieniła się nazwa stajni, po prywatyzacji która nastąpiła 1 stycznia 1994 roku, stajnia przyjęła nazwę Vilnius, od imienia fantastycznego konia, którego p. Bogdan trenował. Pozostały biało-czerwone barwy.

A ja już wiedziałam, że moje miejsce na ziemi jest między grzywą a ogonem.

Andrzej Kowalewski i Janek Patejuk (for. z arch.A.Kowalewskiego)
1993. Z ulubioną dwulatką Szuaną (Five Star Camp-Szuba po Babant)
Ostatnie spotkanie z panem Aldkiem Goździkiem, październik 2010
Na ogierze arabskim MA El Panhos w 2005 roku, w treningu B.Ziemiańskiego
B.Ziemiański jako dzokej, w 1974 roku. Zdjęcie z Warszawskiego Informatora Kulturalnego (WIK)





ciąg dalszy już jest, to saga emigracyjna ;-)


Monday, 3 March 2014

Mój Służewiec. Część 9

Zdaje się, że co najmniej kilka osób stęskniło sie za opowieściami Waldka i Tomka ;)). Oto kolejna część!


                                                                                        *   *   *



Zakończyłem na Smużce i od niej wypada zacząć. Piękna, skarogniada, mocnej budowy, biała łysina i skarpety. Zad mocny jak u Jenifer Lopez. Nadzieja stajni  - ale na jej drodze stają dwie super klacze Stanisława Dzięciny: Jurystka i Iranda. Z Jurystką nigdy się nie spotkała, natomiast porządek Iranda- Smużka lub odwrotnie, wiele razy dał kasę mocniejszym graczom.  Iranda wygrała Derby, natomiast Smużka szykowała się wtedy do Preis von Europa.
I przyszedł ten dzień, Kolonia: mocne ogiery i ona. Bliskie 5 miejsce nie powtórzone do dziś przez żadną polską klacz, a startowały później Dżamajka i Kombinacja.
Kolejny wyjazd za granicę, Oaks dla klaczy i stało się, noga pękła i polska hodowla traci świetną potencjalną  matkę.
I teraz o pewnym kurduplu od Pytii po Mehari, zgrabnym niezbyt rosłym – na imię mu było Pawiment i wkrótce miał rozsławić polską hodowlę. W Polsce dane mu było potykać się z klaczą- legendą, Konstelacją -  z różnym skutkiem, ale te dwa konie królowały na torze. Derby wygrała Konstelacja dość szczęśliwie, po drobnym błędzie jeźdźca, który dziś to potwierdza. Porządek Pawiment- Konstelacja można było obstawiać w ciemno, nigdy obsuwu nie było.
Pawiment zostal wydzierżawiony do Niemiec i w barwach niemieckich dwukrotnie, rok po roku, Preis von Europa wygrywa. Zostaje zapisany do Łuku Triumfalnego i zajmuje 5 miejsce: żaden koń polskiej hodowli nigdy później tyle na zagranicznej arenie nie osiagnął i nie osiągnie. W hodowli niezbyt się sprawdził, dając kurduple bardzo przeciętne.
Zenek Lipowicz wyjechał z żoną Jolantą i chorym synem Alikiem do Stanów, a my mimo upływu czasu i świetnych koni derbow wygrać nie mogliśmy - aż wreszcie pojawila się w stajni ona: piękna, harmonijnie zbudowana, od Sarabandy po Mehari: Sekwoja. Z dwuletnich startów utkwił mi głęboko w pamięci jeden: debiut Sekwoja, druga byla Dzitwa strzegomskiej hodowli.
I stało się pewnej lipcowej niedzieli: Sekwoja wygrywa derby, wszyscy promieniejemy i głowy w górze nosimy. Wreszcie po tylu latach czekania! Warto było wierzyć. W późniejszych latach ta linia jeszcze mocno zaznaczy się w wyścigowym świecie.

Przez te lata przez stajnię przewinęły się takie jeździeckie talenty jak Wojciech Ryniak, Antoni Butkiewicz, Benedykt Rode, Jurek Ochocki, Bocer, Czerwiński,  Tylicki, i tylko dwóch koniuszych, obecnie dwóch służewieckich emerytów: Józio Diuwe i Zdzislaw Czarniecki, których bardzo cenię do dziś, często razem wspominamy tamte cudowne lata. A konie które jeszcze pamiętam to świetny Ścibor brat Sekwoi, Surdut z tej samej lini, Czempiń od Cerkarii - więcej nie pamiętam.
Stajnię objął Jerzy Jednaszewski i moja przygoda ze stajnią dobiegła końca. Na kilka lat zniknąłem z krajobrazu Służewca. Ożeniłem się, syn mi się urodził i zostałem najmłodszym w Polsce rzemieślnikiem. Miałem 28 lat i zacząłem wyścig o kasę - niczego przecież do tej pory nie osiagnąłem.

(Waldi)







Wróciłem z Wiednia w lutym 1989 roku, to jeszcze były czasy, gdy pracowników innych niż dżokeje, do stajni kierował dział techniczno-selekcyjny. Sam miałem chęć wrócić do trenera Sałagaja, bo wiadomo - na dobrych koniach jeździ się dużo lepiej, ale trener wtedy stanowił już nierozłączna parę z Rumenem Ganczewem Panczewem i miejsca dla mnie tam już nie było. Selekcja skierowała mnie do stajni sąsiadujacej z trenerem Sałagajem, a była to stajnia pani trener Małgosi Łojek. Na pierwszą rękę jeździł tam wtedy Wojtuś Ryniak. Za bardzo tego okresu już nie pamiętam, ale w trakcie sezonu zostałem przeniesiony do stajni Ludwika Bujdensa, który nie miał w tym okresie stałego jeźdźca na pierwszą rękę. W tamtym okresie byłem jeszcze z Bomisem, wspominanym w poprzednim odcinku, w bardzo dobrych stosunkach, a on był przyjacielem trenera Bujdensa. Teraz z perespektywy czasu patrząc to musze przyznać, że jednak lepiej współpracuje się z trenerem, który nie jest zainteresowany grą, a trener Bujdens taki nie był. Grający trener, albo przynajmniej taki który rozdaje wiele typów, za niepowodzenia koni w wyścigach często zwala winę na dżokeja, a to niestety nie zawsze jest zgodne z prawdą. Do takich trenerów, z którymi miałem okazję współpracować zaliczyłbym: Sałagaja, Bujdensa, Turczyna i Szczęsnego.

Z trenerem Bujdensem róznie mi się układało, ale do najlepszych ta współpraca nie należała, właśnie ze względu na grę. Skończyła się po okresie około roku tym, że przestałem pasować do układu i po którymś wyścigu Bujdens poszedł do komisji technicznej (sędziowie wyścigowi, przyp.A.S.) i powiedział, że nie wykonałem jego dyspozycji (chodzi o to, że inaczej w wyścigu przeprowadziłem konia niz on sobie tego życzył) i nie dokładałem starań aby zająć jak najwyższe miejsce. Moje tłumaczenia na nic się nie zdały i zostałem spieszony na 20 dni wyścigowych (zakaz jazdy w gonitwach w okresie 20 dni wyścigowych, przyp.A.S.). W tej sytuacji wiadomo było, że nasza współpraca została zakończona i zostałem przeniesiony niby karnie do trenera Bogdana Ziemiańskiego. Karnie mówiło się dlatego, że nikt nie chciał tam pracować sam z siebie. Trener Bogdan Ziemiański to był trochę dziwny człowiek, na pewno miał wspaniałe serce  i bardzo kochał swoją pracę i zwierzęta. Pomimo tego że miał gołębie serce to kogoś nie przyzwyczajonego, bardzo łatwo potrafił wyprowadzić z równowagi, poprzez swoje uwagi. To co się nie podobało pracownikom, to brak dobrej organizacji w pracy, przez co często stajnia pracowała najdłużej ze wszystkich.Trener miał można rzec różne oblicza, był zupełnie innym człowiekiem z dala od stajni i wyścigów, a gdy przekraczał ich próg stawał sie strasznym służbistą. Do dziś krąży o tym pełno historii. Postaram się coś na ten temat teraz napisać.

Chyba najwięcej trener Ziemiański współpracował z dżokejem Sylwestrem Pulcem, który świetnie potrafił się z nim dogadywać. Sylwek jak wiadomo to był dość rozrywkowy gość i często zdarzało mu się przyjść do pracy w stanie nazwijmy to po spożyciu. Pewnego dnia trener wraz z dżokejem spotkali się zaraz po wyjściu z mieszkań, idąc do pracy całą drogę wesoło rozmawiali i sobie żartowali w najlepsze, i nic nie wskazywało że może się to zaraz zmienić. Niestety gdy tylko przekroczyli próg stajni, trener Ziemiański zmienił tembr glosu i mówi do Sylwka: panie Pulc, pan jest pijany i proszę natychmiast iść do domu! Biedny Sylwek musiał zrobić w tył zwrot i jego praca w tym dniu była skończona.
Innym razem Sylwek opowiadał, że dostał dyspozycje, aby w wyścigu jechał na 3-4 pozycji, mówi ze po wyścigu trener przychodzi do niego i pyta się: panie Pulc, jak panu kazalem jechać? - No kazał mi pan jechać na 3-4 miejscu.  - A jak pan jechał? - No jechałem cały czas 3. - Ale przeciez kazałem panu jechac 3-4, odpowiada mu z wyrzutem trener. Ciężko czasem było wykonać dyspozycje pana trenera i po wyścigu trener mial taką manierę, że przychodził na dżokejkę i z daleka obserwował wyścig mówiąc sobie coś pod nosem, za chwilę podchodził pod sam telewizor i znów coś gadał, nie wiadomo było czy do siebie czy do jeźdźca, po czym znów odchodził dalej i cały czas mruczał sobie pod nosem. Trzeba było być nad wyraz spokojnym i opanowanym, aby nie doszło do awantury. Wystarczyło jedno ostrzejsze słowo i mogło dojść do sprzeczki.

Pewnego razu, gdy byłem lekko podminowany po jego uwagach po wyścigu, mowie do trenera: jak będzie mi tak dogadywał po wyścigu to ja zawału serca przez pana dostanę! Na co trener Ziemiański oddał mi szybką ripostę: a jak pan przyjeżdża 3 albo 4 to ja tez mogę dostać zawału! Nasza wymiana zdań na tym się skończyła, ale do końca sezonu miałem już spokój, trener przed wyścigiem przestał wydawać mi dyspozycje jak mam jechać, a po wyścigu też tylko przeważnie stawał z daleka od telewizora i mamrotał sobie tylko pod nosem i nie dochodziło już do żadych spięć.

Nie byłem nigdy z trenerem Bogdanem Ziemiańskim za granicą, a mówiono że wtedy to był fantastyczny człowiek i zawsze w jego towarzystwie było bardzo wesoło. Miał on w sobie taką umiejętność, że gdy z kogoś żartował i zwracał sie do niego, umiał zachować pełną powagę, i człowiek nie wiedział czy on mówi serio, czy sobie robi jaja.

Tak jak pisałem wcześniej, praca była dość słabo zorganizowana i często robiliśmy przez to do godziny 13 albo i dłużej. W czasie gdy pracowałem u trenera Ziemiańskiego, to mieszkałem może 80 metrów od stajni, to czasem zajrzała moja małżonka żeby przekonać się kiedy skończę.
Kiedyś owies do stajni przywoziło się trzy razy w miesiącu, przeważnie koło 10, 20 i w końcu miesiąca. Stajnie, a było ich około 18, dzieliły się na dwa dni, bo w jeden nie dało by się tego zrobić. My z reguły przywoziliśmy go jako ostatni. Kończąc pracę przystajenną czekaliśmy już tylko aż chłopaki dojadą z owsem. Przyszła wtedy moja żona spytać się na którą zrobić obiad, powiedziałem że to jeszcze chwilkę potrwa. Za chwilkę trener Ziemiański widząc że to jeszcze potrwa, spojrzał na zegarek i przy wszystkich głośno powiedział: panie Kluczyński, niech pan już idzie, bo się panu kotlety spalą na patelni.
Trenera kochały wszystkie kotki w okolicy, bo zawsze przynosił im dużo dobrego jedzonka, a i każdy z nich został przy tym solidnie wygłaskany.


Te dwa sezony wyścigowe nie były dla mnie zbyt udane, w sumie wygrałem w tych trzech stajniach 54 wyścigi przez dwa lata i odsiedziałem 20 dni na płocie.
To co mnie spotkało na wyścigach najlepszego dopiero miało nadejść, ale o tym już w następnym odcinku.

(Tomek)


Stawkę prowadzi Mieczysław Mełnicki na kl.Smużka


1985. Niezapomniany og.Vilnius pod Mieczysławem Mełnickim. Drugi z prawej tr.Bogdan Ziemiański (foto z arch.A.Kaczmarczyk)

Friday, 14 February 2014

Mój Służewiec. Część 8. Mafia wyścigowa





 "Dobrze, jak chcecie trochę sensacyjnie, to będzie o mafiach wyścigowych. Co prawda nie mam na ten temat zbyt dużo wiadomości, ale tym co wiem,  postaram się z wami podzielić.

Na początek jeszcze dwie historyjki z Wiednia, o których zapomniałem ostatnio napisać.
Gdy się jechało na większe zakupy to trzeba było wybierać się samochodem, szczególnie jak jechało się do HUMY. Był to wielki sklep, tak na oko to conajmniej wielkości Galerii Mokotów. Pojechaliśmy z panią Tereską jej osiemdziesiatką. Zrobiliśmy wielkie zakupy, każde z nas miało pełny koszyk, podchodzimy do samochodu, i okazało się że ze kluczyki zatrzasnęły się w bagażniku. Co było robić, ja usiadłem na krawężniku i pilnowałem koszyków, a pani Tereska taksówką pojechala do domu po zapasowe.

Z Józiem Krzyżem mieliśmy jeździć kłusa na kółku znajdującym się na torze roboczym. Pan Józio dosiadał rosłego kasztana, pamiętam że nazywał się Thachevon (pisownia może być błędna). W pewnym momencie kasztan ostro zawinął (skręcił w miejscu, przyp.A.S.) i pan Józio wyfrunął z siodełka. Na szczęście koń mu nie uciekł i dał radę na niego wsiąść. Gdy dojeżdżaliśmy do tego samego miejsca, nie zdążyłem powiedzieć żeby uważał, a pan Józio znów witał się z ziemią. Koń daleko nie uciekł i po złapaniu pan Józio znów się na niego wdrapał. Ruszyliśmy, teraz już trochę wcześniej, trochę śmiejąc się ostrzegałem go, żeby uwazał w tym samym miejscu. Moje ostrzeżenia na nic się nie zdały, bo kasztan zawinął jeszcze mocniej i już bez pana Józia pognał do stajni.



Złote czasy dla dżokei, żeby zrobić nielegalnie sporo dodatkowej kasy, były na pewno wcześniej, zanim ja zacząłem jeździć. Podobno kiedyś za wysiadkę czyli za to, że nie mieścilo się w pierwszej dwójce, można nawet było dostać sztabkę zlota. Aby nikt do mnie nie miał  pretensji, nie będę podawal nazwisk dżokei.
Gdy okradziono kiedyś mieszkanie bardzo znanego byłego dżokeja to mówiono, że wlaśnie sporo sztabek zlota mu zniknęło. Gdy ja jeździłem, przypominam sobie cztery osoby, które ustawiały wyścigi. Byli to dwaj bracia K., z których jeden to wlaśnie "Pershing", a jego brat to Rysiek, ksywka "Poparzony" (dlaczego- nie mam pojęcia). Z tymi dwoma panami oprócz tego co wcześniej pisalem, to można powiedzieć, nie wchodziłem w żadne układy. Nie spotykałem się z nimi i nie rozmawialem na temat ustawiania wyścigów, mogło się zdarzyć że spotykałem się z propozycją wysiadki, która wyszła z ich strony, ale proponowała mi to osoba postronna. Z powodu jednej takiej sytuacji miałem później sporo problemów.
Miałem kiedyś takiego kolegę Jacka, z którym czasem razem chodziliśmy na ryby nad staw na Wyczółkach (jeszcze zanim zacząłem jeździć wyścigi), to byl taki trochę cwaniaczek. Pewnego razu przyszedl do mnie, wywołał mnie z dżokejki (miejsce gdzie szykujemy się do wyscigów i ważymy się przed i po gonitwie) i powiedzial, że Pershing dał 200 dolarów, ktore mogę sobie zatrzymać, jesli zgodzę się nie wjeżdżać do porządku (czyli nie być ani pierwszy, ani drugi). Pogonilem Jacusia, powiedziałem ze się nie zgadzam i żeby oddal pieniążki. Ten cwaniaczek postanowił sobie jednak zrobić inaczej, liczyl na łut szczęścia, że może jadąc na los nie uda mi sie zająć jednego z dwóch pierwszych miejsc, i wtedy pieniążki zatrzyma dla siebie. W tej chwili nie wiem jak to ocenić, czy na swoje szczęście czy nieszczęście (z powodu przyszłych kłopotów) ostro jadąc udalo mi się wywalczyć drugie miejsce, bijąc trzeciego konia o krótki łeb. Jakież bylo moje zdziwienie, gdy następnego dnia uslyszalem, że Pershing ma do mnie straszne pretensje, że nie wykonałem poleconego zadania, wtedy nie wiedzialem jeszcze, że Jacuś zwinął szmal i przepadł. Przez kolegów, z którymi utrzymywal częsty kontakt, kazał mi oddać pieniądze, których nie wziąłem. Podobno mowił jeszcze, że wziąłem te pieniadze i zagralem za nie to, co przyszło, i zarobiłem w sumie dużo więcej. Jeszcze dluższy czas słyszałem, że ma do mnie o to pretensje, aż któregos dnia gdy szedłem na wyścigi, w miejscu gdzie obecnie jest parking dla dzokei i trenerow, wyrósl przede mną sam Pershing. Naskoczyl na mnie z pretensjami i zamierzyl się pięścią, dobrze że nie w twarz tylko w brzuch, całe szczęście że się odpowiednio przygiąłem i za bardzo mnie nie zabolało, a podobno umiał się bardzo dobrze bić.
Widząc że to nie przelewki, porozmawiałem później z kolegą dżokejem, który był z nim w świetnych stosunkach i poprosiłem go, aby wyjasnił mu, jak dokładnie było. Dopiero po tym dał mi wreszcie spokój, a Jacuś na wyścigach jeszcze się doczekał, przy następnej okazji gdy probował kogoś oszukać, rozebrano go do majtek i skarpetek, i tak musiał wracać do domu.

Dokładnie jakie były stosunki między braćmi K. to nie wiem, ale mówiono że często każdy z nich wyścig uklada po swojemu i czasem grają przeciw sobie.


Jeszcze przed wyjazdem do Wiednia poznalem Wlodka Szczygla pseudo "Bomis", od nazwy sklepu z częściami samochodowymi w Raszynie o tej wlaśnie nazwie (sklep chyba jeszcze istnieje do dziś). Wlodek był w świetnych stosunkach z trenerami Salagajem i Bujdesem (może jeszcze z jakimiś, ale tego już nie pamiętam). Znał też trochę dżokei i też próbowal ustawiać wyścigi. Przez pewien czas nawet mu doradzałem jak ma to robić, aby miało to ręce i nogi, bo wiadomo że sami ustawiacze chcieliby, aby dwa pierwsze na celowniku meldowaly się konie najmniej grane w totalizatorze, a to jest po prostu niemożliwe. "Bomis" oprócz wcześniejszych rozmów często umawiał się z dżokejami, że da im znak, co mają robić w wyścigu (to znaczy albo jechać jak do pożaru, albo tak, aby się nie łapać do porządku), gdy będą przejeżdżać na koniu, on zawsze stał na wysokości bomby i programem lub dłońmi, każdemu dawał odpowiedni znak.
Czasami często ciężko im było wytlumaczyć, że to co sobie zakładają, nie jest wogóle możliwe. Pamiętam taki wyścig koni półkrwi trenowanych we Wrocławiu, które akurat biegały w Warszawie. Uparli się żeby grać 1-2, ja jechałem wtedy na klaczy o wdzięcznej nazwie "Moneta" pod numerem siódmym. Mówię, czego wy tu szukacie, tu musi być 6-7, nic innego. Ale się uparli, i prosili: weź spróbuj. Myślę, to półkrewki, może się uda, ale skąd: wygrałem jak chciałem, druga była 6 i zapłacili jeszcze jak za zboże. Po tym na jakiś czas przylgnęła do mnie ksywka "Moneta".

Przyszedł czas, że nasze stosunki z Włodkiem trochę się popsuły, z powodu sytuacji trochę odwrotnej, miałem wyścig na arabie od Sałagaja wygrać, a inny dżokej miał być "nigdzie". Ale czasami tak się zdarza że i koń ma gorszy dzień, i ten mój jak na zlość tego dnia nie chciał nic lecieć, za to wygrał ten koń, który miał być „nigdzie”. Dżokej, który go dosiadał aby się bronić zaczął jechać na mnie, mowił do nich: wiecie, co on na nim "robił". Pracowałem wtedy u Bujdensa i za jakiegoś następnego araba on poleciał na mnie do komisji (zameldował Komisji Technicznej, czyli sędziom wyścigowym, przyp.A.S.) i powiedział że się nie starałem i pojechałem inaczej, niż mi kazał. Nie była to prawda, tylko szukali na mnie jakiegoś haka. Komisja dała wiarę trenerowi nie mnie i zostałem ukarany na 20 dni spieszenia (zakaz jazdy w gonitwach przez 20 dni wyścigowych, przyp.A.S.), i od razu karnie przeniesiony do stajni trenera Bogdana Ziemiańskiego (to często byla taka zsyłka, bo tam przeważnie nikt sam nie chciał iść pracować).
Wtedy miałem dobry okres, bo obserwowałem, jakie cynki daje Bomis dżokejom i wiedziałem co z tego moze wyjść. Konczyło się tak, że ich gra nie wchodzila, a ja po korekcie odbierałem niezłą kasę.

Bomis zginął tragicznie, wpadając swoim polonezem 2000 na tira, chodziły sluchy, że doprowadzili go do ostateczności. Podobno gdy grał w ruletkę dosypali mu czegoś do picia i gdy się nie kontrolował sporo przegrał, i zaciagnął długi, takie z których już nie mógł wyjść. Ale jak było naprawdę, tego dokładnie już się nie dowiemy.


Jeszcze inna osoba ustawiającą wyścigi był "Borys”, Bułgar z Sopotu. Jego znali chyba wszyscy. Gdy zjeżdżaliśmy do Sopotu na wyścigi, u niego w lokalu przesiadywali wszyscy trenerzy i dżokeje. Borys podobno na wyścigach przegrał samolot, tak w cudzysłowiu, czyli tyle kasy, ile trzeba wydać na samolot. Tak jest jak się zna za dużo osób i ma się za dużo wiadomości, i nie potrafi się ich wtedy wykorzystać.

Z Borysem było czasem śmiesznie, pamiętam parę razy: 3 w nocy, dzwonek do drzwi. Otwieram, patrzę, stoi kolega dżokej i mówi, dawaj ubieraj się, jedziemy do Novotelu, bo Borys czeka. Co było robić, chciał nie chciał, trzeba bylo jechać.
Ostatnio dawno w Sopocie nie byłem, ale w miejscu gdzie Borys miał swoją smażalnię wybudowano coś innego i podobno ma teraz jakiś malutki punkcik w gorszym miejscu.

Dobrze ustawiony dżokej czasem potrafił za jednego konia chapnąc 3 albo 4 ustawiaczy, a w tamtych czasach dolar miał zupelnie inną, dużo większą wartość.


Pamiętam pierwszy dzień sezonu, byłem u Bujdensa, miałem jechać na siwym Vendelinie. Był bitym faworytem, a miały biegać tylko 4 konie. Przychodzą do mnie, dawali 500 dolarów, ja mówię, co wy żeście powariowali, co ja z nim mogę zrobić, przecież nie dam rady go schować, muszę wygrać. Dali spokoj, odpuścili i wiecie że ledwo na siłę dopchali mnie na drugie miejsce. To myślę sobie tak, jak następnym razem przyjdą, to wezmę za niego chociaż 200 dolarów. Na szczęście następnym razem nikt nie przyszedł, tor się troche zmienił bo sporo popadało, co Vendelinowi bardzo pasowało, i wygralem o 5 długości. Gdybym wziął, byłyby okropne kłopoty.


Z czasem ustawiacze zaczęli się wykruszać, Pershing trafił do aresztu, Poparzony przestał przychodzić, Bomis zginął, Borys zbiedniał, a wyścigi zaczęły się prywatyzować. Konie zaczęły od 1994 roku przechodzić stopniowo w prywatne ręce. Gdy jazda dżokeja się nie podobała, to właściciele nie życzyli sobie, aby jeździł na ich koniach. Od tego mniej więcej czasu wyścigi zaczęły się robić coraz uczciwsze, bo dżokeje bardziej musieli dbac o opinię, a i nie było osób, które proponowały pieniądze za wysiadkę, choć pełno graczy nadal uważa, ze dzokeje kradną, przeszłość stale ciągnie się za Służewcem.


Gdy skonczyło się wysiadanie z koni, nastąpił okres trucia koni, aby w wyścigu nie zaistniał. Robiono to w taki sposób, że włamywano się do stajni w noc poprzedzającą wyścig i podawano koniom specjalne środki. Czasem, jeśli miano dojście do nieuczciwych osób ze stajni, to im płacono za podanie koniom tych preparatów.


Szkoda, że ta zła opinia ciągnie się za dżokejami, a to już dawna przeszłość, teraz jeśli zdarzają się podejrzane jazdy to raczej spowodowane są jakimiś błędami, czy to jeźdźca, czy nieodpowiednio dobranymi dyspozycjami, lub tak jak w zeszłorocznym przypadku Antona (Turgayeva, przyp.A.S.) na Ancely, chęcią spełnienia prośby rzeczywistego (nie słupa) trenera konia (słup - trener z licencją, na którego zapisuje konia osoba, która de facto przygotowuje konia do wyścigu, a licencji trenerskiej nie posiada, przyp.A.S.).
Sposoby są jeszcze inne, bywało tak, że zakręcano koniom wodę, aby nie mogły pić i odkręcano przed wyścigiem, aby spagniony się tak opił, by nie miał siły biec.

Jeśli jeszcze sobie coś przypomnę, to dodam w następnych odcinkach."

(Tomek) 



ciąg dalszy nastąpi....

Sunday, 9 February 2014

Mój Służewiec. Część 7



Nie sposób nie wspomnieć też o wyścigowym klubie rozrywki i jego zespołu „Trzy podkowy”. Byla to grupa big-beatowa o tradycyjnym składzie instrumentalnym: dwie gitary, perkusja i piękna solistka - a była nią Ewunia Szczepaniak, chyba córka trenera. Jej kluczowym utworem była „Czerwona jarzębina” .  Zabawy taneczne odbywały się w klubie dosyć często. Postanowiliśmy – my, ludzie z bloków, wziąć udział w jednej z nich. Wprowadził nas Michał Tkacz, pracownik wyścigów. Gdy weszliśmy, dziesiątki podpitych oczu spoczęły na naszych facjatach: byliśmy obcy i chyba traktowano nas jako intruzów.  
W trakcie imprezy atmosfera wrogości wobec nas narastała. W pewnym momencie nawalony Tkacz, przecież ich człowiek, zerwał w klubie firankę - a oni tylko czekali na pretekst. Rozległ się okrzyk: „walimy bloki!” i zaczęło się. Wyszliśmy na zewnątrz - chyba ze dwadzieścia osób, zakotłowało się potwornie, ale szanse nasze wobec przewagi liczebnej były niewielkie. Wśród napastników wyróżniał się prowokator, wredny rudzielec A.Rafałowicz. Szans nie mieliśmy, ale w którejś chwili nierówny pojedynek musiał się zakończyć. Leżałem wpółprzytomny pod drzewem, a pomocy udzielił mi nikt inny, jak Józio Kokosiński.
Byłem obolały i poturbowany,  ale poprzysiągłem sobie zemstę. Wtedy Mokotów stanowił jedną rodzinę i zwołać 200 osób nie było większym problemem.
Nazajutrz zebraliśmy się w dużą grupę, zbrojąc się na Wyścigi. Rozpoczął się wściekły nasz atak, który nie miał nic wspólnego z zemstą, bo obrywali niewinni ludzie - główni sprawcy gdzieś zniknęli. W ruch poszły stajenne grabie i widły, waliliśmy gdzie popadlo. Jak już w sposób zwierzęcy byliśmy rozładowani, rozeszliśmy się do domów. Wyścigowcy bali się chodzić do sklepu, który znajdował się na blokach. Wkrótce zachciało nam się powtórki, ale oni byli przygotowani i dostaliśmy straszliwe smary. Po pewnym czasie sprawa ucichła i mogliśmy chodzić na konie. W dzisiejszych czasach byłoby to niemożliwe, gdyż przyjaźnimy się z chłopakami z wyścigów i wspieramy się nawzajem.
Był jeszcze jeden „tuńczyk”, który moim zdaniem zasługuje na wzmiankę. Byl to Oliwin po Tuny od Olcha, konik piękny, harmonijnej budowy ciała. Oglądało się go z przyjemnością, ale tak jak Ibisowi Kadyks, to Oliwinowi znowu stanął na drodze po najwyższe laury, koń z Golejewka, zwycięzca Mokotowskiej, Dargin. Hegemonia Golejewka trwała i nie sposób było ją przerwać. Klacze po Tunym odchodzily do Iwna na matki, a w Iwnie stał już cenny nabytek, ogier czołowy Mehari. W połączeniu z genami Tunyego ...efekt niesamowity, cała masa świetnych koni. Mieliśmy po nim w stajni konie, które od razu wyróżniały się wyglądem - poza jedynym mniejszym konikiem, który z linii matki teoretycznie miał najsłabszy rodowód. Ale jak czas pokazał, była to tylko teoria.
Mowa oczywiście o koniu od Pytii po Mehari, epokowym Pawimencie. Konik rozwijał się prawidłowo, urósl nieco, ale symptomów klasy jeszcze wtedy widac nie bylo. 
https://mail.google.com/mail/u/1/images/cleardot.gif
Była też piękna kobyłka po Mehari od Synogarlica, ciemna, mocno zbudowana Smużka.

(Waldi)



Pewnego pięknego listopadowego poranka wyladowałem na wiedeńskim dworcu kolejowym, na którym już czekała na mnie żona trenera Stefana Bigusa, pani Tereska. Zapakowaliśmy moje bagaże do audi 80 i pojechalisśmy na stary tor wyścigowy Freudenau, położony przy samym parku Prater. Tak na oko wszystko wyglądało dość fajnie, było pełno stajenek z różną ilością boksów. Przewaznie były to małe stajenki po trzy, cztery, czasem sześć lub osiem koni. W samym środku było duże kółko (około 250-300 metrów obwodu),  slużące do kłusowania.
Mieszkania znajdowały się nad stajniami, niektóre były dość ładne i funkcjonalne, jak to trenera. Mnie zaś dostało się strasznie lipne, składające się z dwóch sporych pokoi w kiepskim stanie bez wyposażenia i wygód. Normalnie nie było tam żadnego ogrzewania, trzeba było samemu ogrzewać albo grzejnikiem elektrycznym lub takim na olej opałowy, a to generowało duże koszta. Okna były też w kiepskim stanie i nie wiem, czy nie pamiętały jeszcze czasów sprzed urodzenia mojego taty. Toaleta taka drewniana jedna wspólna na korytarzu, i tylko jeden kranik z zimną wodą. Żeby się wykąpać, trzeba było szukać pomocy u kolegów którzy mieli wyższy standard.
Tor treningowy składał się z dwóch odcinków, jeden na którym można było jeździć niby w koło, bo kształt miał bardzo nieregularny, był dość wąski i nie można na nim było mijać koni z innych stajni. Raz, gdy jeszcze o tym nie wiedziałem, zrobilem taki niedozwolony numer (po polsku, jak to w naszym zwyczaju, krzyknąłem „Małe!”) i zacząłem wyprzedzać konie trenera Schweigerta. Później była z tego niezła awantura. Ten tor był wpasowany w środek toru wyścigowego, a obok często przechodzili ludzie, którzy grali w golfa.
Drugi tor to odcinek pod lasem, idący trochę łukiem, na końcu którego trzeba było się zatrzymywać - ten był polożony na zewnątrz przeciwległej do celownika prostej.
Gdy wyjeżdżałem z kraju, miałem na koncie czterdzieści wygranych i wydawało mi się, że ze mnie już jest super jeździec. Niestety bardzo szybciutko zostałem sprowadzony na ziemię, okazało się, że nawet po robocie to ja prawie jeszcze nic nie umiem. Trener wziąż mnie ostro w obroty, udzielał wskazówek i non stop korygował błędy, które popełniałem.
W dość szybkim tempie byłem zmuszony załapać, o co naprawdę chodzi w tej jeździe treningowej. Za to później, aż do momentu w którym uszkodziłem sobie więzadła w kolanie (czyli jakieś 11-12 lat później) koń nie był mnie w stanie zrzucić, no chyba że się ze mną wywrócił, tak nauczyłem się dobrze trzymać. Konie były dość trudne do jazdy, zupełnie inne niż na Służewcu, moze dlatego, że nie było maszyn do stępowania koni, które podobno mają na konie działanie uspokajające. Po każdej przejażdżce konia przeważnie odstępowywało się w ręku. W tamtym czasie maszynę miał tylko trener Falewicz, Bigus zaczął ją stawiać dopiero jak ja już wyjeżdżałem spowrotem do kraju.
Sama praca była bardzo ciężka. Zima podobna do tej w Warszawie. Gdy pogoda na to pozwalała, bo w dzień świeciło słońce i robiło się cieplej, i tor przez to nadawal się do kentrowania, to rano tylko robiliśmy boksy i przychodziliśmy spowrotem na 11 i dopiero robiliśmy przejażdżki, po których od razu robiliśmy obrządek i kończyliśmy pracę. Za to latem praca była kompletnie niepodobna do tej znanej nam ze Służewca. O godzinie 5.30 trzeba juz było być obrobionym i gotowym na przejażdżki. Aby zdążyć, musialem być  w stajni już koło 4. Miałem do roboty siedem boksów w aż trzech stajniach, a boksy trzeba było robić bardzo dokładnie. Trener sam ponosił koszty zakupu słomy i siana, dlatego bardzo nas kontrolował.
Boks musiał być zrobiony bardzo dokladnie, podczas kontroli trener nie mógł znaleźć nawet jednego końskiego bobka, a wszystko mokre musialo być dokladnie wygrabione i na te mokre miejsca trzeba było wrzucić pył spod siana. Mnie trener skontrolowal ze dwa razy i dał spokój widząc, że wszystko jest ok. Ale to dokladne poprawianie zostalo mi do dzisiaj, nie umiem po prostu zrobić boksu byle jak, przeważnie trwa to trochę dlugo i niektórzy z tego powodu mnie poganiają. Inaczej miał pan Józio Krzyż (który kiedyś był koniuszym u trenera Janikowskiego), jemu trener wywalał całą taczkę na ziemię i jeszcze raz kazał przebierać  to, co Krzyż chciał wyrzucić, bo zawsze było tam dużo suchej słomy.
Przejażdżki często trwały do 13, z jedną krótką przerwą na śniadanie. Kto nie jechał na ostatnią przejażdżkę miał za zadanie robić porządki wokół stajni. Na koniec zostawało tylko karmienie, do którego też trzeba było mieć głowę, tyle różnych preparatów stało na półce. Pan Józio mowił, że żeby to dobrze zrobić, trzeba mieć w głowie komputer, choć wtedy chyba jeszcze komputerów nie było. Dlatego przeważnie karmieniem zajmował się trener. Po południu, normalna robota trwała około dwóch godzin, po czym pracujący Austriacy szli do domu, a my, często z Józiem Siwonią, chodziliśmy zakladać koniom różne bandaże i kompresy, bo w ostrym treningu ze zdrowiem koni bylo sporo problemów. Jeśli tego się nie robilo, to z trenerem szło się kuć. Z reguly pracę kończyliśmy koło 21 i czlowiek był wykończony, dlatego zawsze się śmialem, że nawet jakby położyła się koło mnie miss świata, to pewnie odwrociłbym się na drugą stronę i smacznie bym spał.
Wolnych dni od pracy też nie bylo, w sumie przez 15 miesięcy, przez które tam pracowałem, miałem tylko 2 dni wolnego. Jeden w Nowy Rok, bo bylem tak pijany, że nie dałbym rady wstać (do 22 malowałem farbą olejną okna w mieszkaniu, bo miala do mnie przyjechać żona, i przez to w godzinę, do 23, tak się wstawiłem whisky, że nawet sam moment zmiany roku przespałem w fotelu), a drugi miałem wolny po zlamaniu ręki. Bo już następnego dnia przychodzi do mnie trener i mówi, a ty co nie przychodzisz do pracy? Na to ja pokazuję na lewą rękę w gipsie, a on w śmiech i mówi, ale nogi i prawą rękę masz zdrowe, to dawaj będziesz bral konie po przejażdżce i pochodzisz z nimi stępa. To tyle miałem w sumie wolnego.

Co do tego peknięcia ręki, bylo to już niedlugo przed samym sezonem, nieszczęśliwie stało się na dwa dni, zanim mialem zawrzeć ubezpieczenie od wypadków. Parę szylingów z tego powodu mi przepadło. W lewej dłoni pękła mi kosteczka prowadząca do palca serdecznego, na skutek gwaltownego zahamowania przez młodą kobyłkę, która dopiero uczyła się kentrować. Nawet nie spadlem, tylko dłonią uderzylem w szyję tej kobyłki. W podobny sposób, tylko na forkentrze przed wyścigiem zlamałem tę samą kostkę, ale w drugiej dłoni, gdy pracowałem już u Jerzyka (Jerzego Jednaszewskiego, przyp.A.S.).

Opieka lekarska to dla mnie byl jakiś kosmos, zupelnie coś innego niż w Polsce. Powiedziano gdzie mam się udać, i przed każdym pokojem byl monitor, wchodzilo się, gdy wyswietlało się nazwisko. Po zabiegu mówiono, którą mam iść linią, a przeważnie bylo ich cztery, każda w innym kolorze i prowadzila gdzie indziej. Tam gdzie ona prowadzila znów byl monitor, i tak bylo zawsze.
Co do samych wyścigów to początek sezonu, z powodu ręki mi uciekł a szkoda, bo wiadomo że jak ktoś dobrze pojechal na dobrym koniu to i jechał następny raz. W ten sposób przepadla mi jazda na Lov Lady, taka malutka 149cm ciemnogniada kobylka, która później została wybrana koniem roku, bo biegała kapitalnie i to na wszystkich dystansach. Tylko do Derby jej nie zgłoszono, bo dla austriackich koni był jakiś dziwny przepis, że trzeba bylo je zglaszać już conajmniej rok wcześniej, a ona poprzez swoje warunki nie wróżyla dobrego biegania w dystansie.
W sumie co tu gadać, technikę dosiadu jeźdźcy tamtejsi mieli o wiele lepszą niż polscy dżokeje, którzy mogli przewyższać ich za to doświadczeniem i jazdą z głową. U nas jeszcze wszyscy jeździli stopy wkladąjac głęboko w strzemiona, za granicą było to nie do pomyślenia, mogli tak jeszcze jeździć dżokeje starsi wiekiem, ale cala młodzież trzymala strzemionka na czubkach palców.
Wtedy poznalem przyszlego championa Niemiec - Andreasa Suboricsa, który był synem piekarza z Wiednia, zresztą bardzo sympatycznego, w przeciwieństwie do swojego syna. Piekarz był też właścicielem Dżulio - konia polskiej hodowli, który w następnym roku, gdy już mnie nie było, wygrał austriackie Derby.
Młody Suborics wraz z kolegą Peterem Hueglem (któremu kontuzja stopy nie pozwoliła zrobić dużej kariery), juz gdy jechali pierwsze wyścigi w życiu technikę mieli taką, że aż zielenialem z zazdrości. No cóż ja, można powiedzieć samouk, którego nikt tego nie uczyl, ani który nie mial gdzie podejrzeć świetnych dżokei - wtedy nie było jeszcze internetu  - prezentowałem styl, który nie mógł się podobać. Dlatego kariery w Wiedniu nie zrobiłem, przejechalem w sumie 15 wyścigów, z czego wygrałem raz na Ince von Pachern, co było najwiekszą wypłatą z góry w sezonie. Bukmacherzy placili za jej zwycięstwo 33 do 1, a totalizator 306 za 10 szylingów. Najbardziej szkoda mi trójki, bo chcialem ją zagrać. Miałem taki plan, dwa konie z naszej stajni, na drugim jechal Edi Hitsch, który z nami pracował, i dwóch faworytów zamieszać we wszystkich kombinacjach. Kosztowaloby to 240 szylingów. Ale Edi mi powiedział że jak biega osiem koni, to muszę być ósmy -  i zrezygnowałem. Tak się zlozylo, że bity faworyt wypadl z trójki -  byl czwarty, ja wygrałem o leb od drugiego faworyta a Edi byl trzeci, wyplata byla ponad 15tys 800 szylingów.

Tak jak dzisiaj na to patrzę to podejrzewam, że moja kobylka mogła dostać jakieś wspomaganie, czy to dozwolone jak na przyklad Hemo 15, które często teraz u nas na Służewcu podaje się koniom, czy może niedozwolone, tego nie wiem. W każdym bądź razie dużo się wtedy mówilo że trenerzy sporo tam dopingują, bo w niższych rangą wyścigach kontroli nie było prawie wcale, a często wygrywały konie nie liczone. Trenerzy też często tam grali, co było widać, bo nie trzeba było się z tym kryć.
Pierwszy raz tez widzialem taki przypadek, że koń biegał dwa wyścigi w ciągu jednego dnia. Właścicielem i jednocześnie trenerem tego konia byl jugosłowiański kowal, który w sumie przygotowywał sobie 2 czy 3 koniki.
W pierwszym wyścigu konik ten zajął czwarte miejsce, a po trzech godzinach, gdy biegał w szóstym wyścigu, dobrze rozgrzany nie dał szans przeciwnikom.
Pierwszy raz też w telewizji mogłem obejrzeć amerykanskie Derby i później Breeders Cup. Derby pamiętam do dziś, bo Winnigs Colors, siwa kobyłka, wygrała ten wyścig pod Gary Stevensem z miasta do miasta (prowadząc od startu do celownika, przyp.A.S.).
Sam tor austracki był trudny do jazdy, bo prosta była jeszcze dłuższa niż w Warszawie, i miał dość ostre zakręty. Później jeszcze chyba w 1996 lub 1997 roku jechałem na nim w Derby na Tombaku ze stajni Krzysia Ziemiańskiego. Bylem szósty, choć nie byla to zbyt udana jazda, bo trochę po prostej za bardzo wyniosło mnie w duże koło, choć o miejsce bliżej byłoby bardzo ciężko, bo odleglości między końmi były spore. Miałem wtedy przyjemność jechać z dobrymi dżokejami z Anglii, na pewno jechał brat Pata Ederyego Paul i jeszcze jeden dzokej z czołówki, ale nazwiska nie kojarzę, musiałbym zajrzeć do programu, ale mam go w domu w Polsce. Te Derby sponsorował wlasciciel Magna, który później wybudował tor w Ebeisdorfie, na który przeniosły się austriackie wyścigi.
Bardzo ciężko też się jeździło wyścigi po prostej 1300 metrów, trzeba mieć dużo doświadczenia aby dobrze rozłozyć siły konia podczas takiego wyścigu.

Wiedziałem, że dla mnie to nie jest odpowiednie miejsce, a i bardzo tęskniłem za rodziną, dlatego pod koniec stycznia przyjechał mój tata, z którym samochodem wróciłem do Warszawy.


PS. Mam prośbę, ponieważ nie wiem, czy ktoś czyta te moje wspomnienia, bo komentarzy coraz mniej, a zajmuje mi to sporo czasu, ponieważ komputerowiec ze mnie żaden i przy stukaniu jednym paluszkiem schodzi mi się co najmniej 2 godziny, a jeszcze w innym czasie trzeba sobie wszystko ulożyć, dlatego prosiłbym o to, by dać znać czy warto pisać dalej. Jeśli ktoś nie chce się ujawniać niech pisze jako anonimowy pod odcinkiem, lub daje like pod opublikowanym artykułem na fejsie. Dzięki.

(Tomek) 


Jerzy Jednaszewski na og.Dargin (Mehari-Dorada)

Tomek i Krzysiek Ziemiański

Tomek na kl.Modelka ze stajni Jerzego Jednaszewskiego

komentować, lajkować prosimy!... bo nam się Tomek zbuntuje i ciągu dalszego nie będzie...