Showing posts with label konie. Show all posts
Showing posts with label konie. Show all posts

Saturday, 21 June 2014

Stoję, czuję się świetnie

Siedzę raczej, samopoczucie jak wyżej. Daję znać że jeszcze mnie nigdzie nie wywiało na razie i przy okazji przepraszam że nie zaglądam na zaprzyjaźnione blogi ostatnio, ale dzieje się sporo i jeszcze więcej... Opracowuję pewne dwa dość duże projekty, do tego kilka (a może kilkanaście?) pomniejszych, aż latorośl dziś stwierdziła że jej by głowa pękła od tego wszystkiego. Żeby nie pękła, mam pięć zeszytów-notatników.
Duże projekty będą niedługo musiały ujrzeć światło dzienne, a ponieważ czas ucieka nieubłaganie w przeogromnym tempie, siedzę, ślęczę i ... projektuję ;-)) Jak skończę, to pewnie będzie czas jechać do Polski w celach gospodarczych, a jak wrócę to mam kolejna wycieczkę, tym razem do Walii, no a potem już ruszamy z przeprowadzką. Koleżanka-przewoźnik z sześciokonnym koniowozem załatwiła kolegę z samochodem na dwanaście koni, więc nie będziemy się rozdrabniać na raty, ale wszystkie konie pojadą hurtem. W związku z czym termin zaczyna się robić bardziej elastyczny, tzn końcówka sezonu pastwiskowego.
Wogóle to na moim polu, na którym w zeszłym roku rosły kartofle uprawiane przez sąsiada, w magiczny sposób pojawiła się trawa ;-)). Sama się raczej tak ładnie nie wysiała i chyba wiem kogo mogę o tę magię podejrzewać ;-))


Sunday, 15 June 2014

Co piszczy w trawie?

Wiele nie piszczy, bo i trawy jak na lekarstwo, przynajmniej u nas. Z wydarzeń dni ostatnich: mały Hawk odparzył się pod ogonkiem i musiałam go tam potraktować sudokremem, bo go zadek bolał okrutnie i sprawy toaletowe sprawiały niejaką trudność. Słońce z kolei poparzyło pysk, więc biedny "My Little Pony" obolały po obu końcach teraz stoi siłą rzeczy w stajni.
Tu zdjęcie jak stał z Guinnessem, który to w zimie zacznie się przygotowywać do roli kucyka dla dzieci do jazdy:


Kozy połowicznie zasuszyłam, doję tylko wieczorem - a to z racji faktu, iz w przyszłym miesiącu jadę do Polski i chłopu zostanie gospodarka pod opieką, zasuszyłabym całkiem, tyle że chłop mlekiem kozim się zapija, a tu muszę zaznaczyć że sama niejako miałam na początku opory pamiętając, że mleko kozie kozą z deczka waniajet! A tu miła niespodzianka mnie spotkała, mleko od naszych kóz tym się różni od krowiego, że jest smaczniejsze... A ani specyficznego zapaszku, ani posmaczku nie ma.

Jeszcze w tym miesiącu kolejne kozie wykoty, a niebawem tez przybędzie innych mieszkańców, wkrótce jadę po jagnięta rasy Llanwenog, a za jakieś dwa tygodnie - po koźlęta brytyjskie alpejskie, tak więc po przerwie znów będziemy mieli te śliczności brykające w zagrodzie!

Czekamy też na nowego źrebaka, który ma się urodzić w pierwszej połowie lipca - to juz będzie w sumie 17 koni i wcale nie jest powiedziane że na tym koniec ;-).

Wieczorem na blogu angielskim będzie nowy post o kozach, jeśli ktoś ma ochotę poczytać :-).

Saturday, 7 June 2014

Misja wykonana!

Doszły zamówione na internecie pasty odrobaczające dla koni, więc zabrałam się za rutynowe działanie. Wszyscy dostali swoją działkę, pozostało mi sześć strzykawek dla klaczy na pastwisku gminnym. Miałam nadzieję, ze nie będzie problemu, no ale Kamphora jako szefowa stada uniemozliwiła mi zadanie częściowo, tzn dwulatki dały sobie załozyć kantary i grzecznie zjadły co im wepchałam do pysków, Paleface równiez, dała sobie tez zrobić kopytka które już wymagały ostrugania, natomiast Magic i Lucky, zapatrzone w bossa, nie dały się dotknąć.
Myślałam że szlag mnie na miejscu trafi, wcześniej przez własną głupotę zdjęłam Kamphorze kantar - mając na względzie jej bezpieczeństwo, bo zaczepić o drzewo chociażby jest łatwo, a odczepić się trudniej - no i w rezultacie mogłam sobie popatrzeć, jak unikała kontaktu i w końcu odwróciła się zadem i poszła, mając mnie kompletnie gdzieś.

Jeszcze z czasów pracy w stadninie w Newmarket miałam zapas tabletek ACP, w których czynnym środkiem jest acepromazyna, a ma dziłanie uspokajające (te same tabletki, o których pisałam że Angole lubia je wtykać koniom kiedy po przerwie idą pod siodło). Doszłam więc do wniosku, wóz albo przewóz, pojechałam dziś rano z córką karmić, wrzuciłam do wiaderka z żarciem Kamphory tabletki i po kilku minutach latorośl zdołała jej powoli i spokojnie załozyc kantarek sznurkowy (łatwiej się mieści w kieszeni, a widząc kantar Kamphora robi zwrot w tył). Ulga, bo juz myslałam zeby wołać jakiegoś weterynarza z zoo, żeby strzelał środkiem usypiającym :P. Poważnie. Niewtajemniczonym w Kamphorę muszę objasnić, że jest to koń który jak nie chce, to się połamie, zabije, ale nie zrobi tego, czego się od niej wymaga. Nawiasem mówiąc mało brakowało żeby mnie posłała do szpitala-kilka razy w ciągu ponad siedmiu lat. Po tatusiu ma, a tatuś po swoim tatusiu - w hodowli koni pełnej krwi nie zwraca się uwagi na charakter, a wręcz im koń wrednijszy, tym lepiej biega w wyścigach. I to jest fakt.

Lekko otumanioną Kamphorę córka poprowadziła kilkaset metrów dalej pod dom teściowej, a ja zadzwoniłam po chłopa, że "MAMY JĄ!!!!" i może przyjechać z przyczepą, spróbujemy załadować.
W międzyczasie Kamphora juz doszła do siebie, dwie minuty jej to zabrało, jak chłop przyjechał to już nie było mowy o załadowaniu, więc - nie po raz pierwszy - podjęłam szybką decyzję - idę na piechotę z wariatką. Kilka kilometrów, szybkim krokiem bo oczywiście Kamphora stępa iść nie chce nigdy, capluje (podkłusowywuje), zresztą ja też szybko chodzę z natury (lata temu ktos mnie w żartach nazwał siostrą Korzeniowskiego), zajęło nam to dwadziescia kilka minut, przez miasteczko, jedna starsza pani się zachwyciła po drodze Kamphorą, jaka ona piękna, mówi, podziękowałam, dobrze że nie wie, jaka wredna do tego!

Szczęśliwie z racji soboty nie było dużego ruchu, doszłyśmy do domu, a w zastępstwie Kamphory na pastwisko pojechała Jeannette ze źrebakiem, one się z Kamphorą nienawidzą i zawsze walczą o przywództwo - ale Jeannette jako szefowa jest duzo lepsza, jak mi łamały ogrodzenie i szły na łąkę sąsiada to nie było problemu żeby podejść i zaprowadzić do domu, a reszta klaczy szła za nią.

Cos mi się zdaje, że Kamphorę musze na dobre odseparować od stada, bo inaczej nic dobrego z tego nie wyniknie...

Zdjęć z dziś brak, za to są filmiki.

I - wsciekła Kamphora na podwórku teściowej.


II - idziemy na wycieczkę! Na mnie nie patrzeć bo ważę jakies 85kg (ale formę mam!)


III - dochodzimy do stajni. Jak widać nie tylko kantarek uciskowy ale i kolec w pysku, w razie czego!!!



PS po południu pojechalam zobaczyć jak się miewa reszta koni na gminnym pastwisku - zobaczywszy mój samochód, przyleciały galopem. Nie byłoby to mozliwe z Kamphorą.

Wednesday, 4 June 2014

Konie, konie...

...zanudzę Was do cna! ;-)



folbluty po drugiej stronie rzeczki

wredniacka trójca, czyli Kamphora, Magic i Paleface ;-)

Irish Gold czyli Paleface

Lucky

szefowa, czyli Kamphora




Kamphora, Chanel, Candy Girl

Candy Girl u wodopoju


Dark Magic


...Oraz filmiki, które już były na facebooku i google +, dla tych, co jeszcze nie widzieli:







Odnośnie filmiku z karmieniem, na fanpage bloga na facebooku pewna pani stwierdziła w niebywale inteligentnym komentarzu, że karmię z jednego wiaderka, oskarżając mnie przy tym o brak wyobraźni i profesjonalizmu! Sic! Uśmiałam się setnie, widocznie owa pani ma pojęcie o koniach czysto teoretyczne - jedna osoba karmiąca z jednego wiaderka sześć sporych kobył - nawet ktoś o średnim poziomie inteligencji doszedłby do wniosku, że to całkiem niemożliwe... ;-))))

No, żeby nie było że tylko konie, to Wam jeszcze zezłoszczoną Izzy zaprezentuję ;-))


Sunday, 1 June 2014

Dzień konia

Dzisiaj zapakowaliśmy sześć klaczy do przyczep i zawieźliśmy na gminne pastwisko (common), gdzie pozostaną przez następne trzy miesiące - aż do wyjazdu do Polski, kiedy to zostaną zapakowane do koniowozu prosto z pastwiska.
Chłopaki wyszli na padok, a ja się czuję jakbym miała dzieci w szkole z internatem - zdecydowanie za cicho tutaj!

deszcz przestał padać, słońce wyszło...


Jeannette z potomkiem







pierwsze kobyły szaleją z radości

drugim transportem przyjechały Kamphora z Chanelle

i ruszyły!...

nad rzeką znalazły swoje stado


stado w komplecie!


Sunday, 18 May 2014

Sjesta

Wściekłe upały panują od kilku dni, taka pogoda od ładnych paru lat na wyspie że albo deszcz i zimno, albo słońce i gorąco, nic pośredniego. Męczące, generalnie sprawę ujmując. W związku z tym poranny obrządek kończymy szybciutko przed ósmą rano, a wieczorny zaczynamy nie wcześniej niż o siódmej. W międzyczasie jest czas na czytanie książki, planowanie, myślenie, planowanie... Od samego rana, do zaśnięcia, moje myśli znajdują się na Podlasiu, dziś na przykład usiadłam z planami, linijką i kalkulatorem i wymierzyłam ile potrzeba będzie siatki na ogrodzenie, co mam jeszcze dokupić w Anglii, czego nie dostanę w Polsce - w tym przypadku metalowe bramy o poprzecznych drążkach, których używa się na polach i pastwiskach, a przez które nic nie przelezie, i są bardzo trwałe i wygodne w użytku. Mamy dwie, w stajni i na padoku, jeszcze przynajmniej jedna jest konieczna.

W międzyczasie w starych warszawskich papierach w mieszkaniu po Babci znalazły się Jej wspomnienia z czasów ciężkiej komuny, kiedy to była prześladowana przez SB - tak więc mamy już dokładnie wyjaśnioną sprawę, dlaczego jej nazwisko istnieje na liście Wildsteina, chociaż wcześniej to było przez nas podejrzewane, ale przez Babcię ukrywane bardzo starannie.
Poza tym znalazł się papierek z czasów mojej podstawówki, kiedyś takie opinie wydawano, na jaką dalszą naukę dziecko się nadaje po szkole podstawowej, tak więc ja się nadawałam do liceum ogólnokształcącego (gdzie zresztą trafiłam), a opinia o moim umyśle: analityczno-syntetyczny, co całkiem by się zgadzało bo analizuję i analizuję, od rana do nocy, a chyba nawet i we śnie...

Z tych analiz wychodzi jedna jeszcze sprawa, podpowiedziana mi przez Czytelniczkę o inicjałach takich samych jak moje, która w grudniu skontaktowała się ze mną przez facebook ;-). Droga Czytelniczko, wielkie dzięki za podpowiedź, wszystko się szykuje i jest na dobrej drodze! :-) Ujawnienie nastąpi niebawem z wielkim hukiem ;-)


sjesta w pełni, dziś o 3 po południu!

"dają coś?!! już się wyspałam, wstaję!!!:

Wednesday, 14 May 2014

JEST!!!!! :)))

Długo wyczekiwany, pierwszy źrebak po Leo w naszej stadninie! Urodził się tuż po 12 w południe, "czućkę" (jak mówiła Babcia) co do płci miałam od początku, wiedziałam że to będzie ogierek - nawet imię dostał kilka miesięcy temu - Lion's Yard. Jest kasztankiem z czterema skarpetami i łysiną - życzyłam sobie takiego ogierka juz dawno temu, nawet prawie jednego kupiłam w zeszłym roku!






W dodatku przyszedł na świat w dniu urodzin niezyjącego już Teścia, który był hodowcą i zamiłowanym koniarzem. Lubił konie w dobrym starym typie, wysokie i ciężkie - taki będzie mały ogierek.


Sunday, 11 May 2014

Zawijam kiecę i za chwilę lecę!

Wiem, że ze dwie czy trzy osoby czekają, aż się pojawię na dobre na Podlasiu ;-), tak więc jestem zobowiązana podawać jak najświeższe wiadomości ;-).

Wiadomość z ostatniej chwili!

W osobie własnej pojawię się pod koniec lipca... a od drugiej połowy sierpnia pojawiać się zaczną nieparzystokopytne ;-) Po przeanalizowaniu róznych opcji, zdecydowalismy się na transport 6- konnym koniowozem, co jest opcją tańszą i wygodniejszą dla koni niż przyczepa lub koniowóz + przyczepa, na tak długiej trasie (niemal dwa tysiące kilometrów). Tym bardziej, że jechać będą głównie klacze we wczesnym okresie ciąży, roczniaki oraz źrebięta.

W związku z powyższym mamy miejsca w transporcie łączonym, na trasie Warszawa - Wielka Brytania, terminy do uzgodnienia, albowiem jesteśmy bardzo elastyczni i niezależni, wszystko do ustalenia z przewoźnikiem, Agnieszką.
To może tutaj wrzucę skopiowany tekst z EcoGypsy, bo ładnie mi się całkiem napisało ;-)

Transport łączony koni do Wielkiej Brytanii

W związku z przenosinami EcoGypsy na Podlasie zapraszamy do skorzystania z okazji transportu łączonego na trasie Warszawa – Wielka Brytania. Do dyspozycji każdorazowo sześć miejsc w bardzo wygodnym koniowozie, kierowca – konwojent z wieloletnim, międzynarodowym doświadczeniem!
Terminy są do uzgodnienia, od drugiej połowy sierpnia. Zapraszamy serdecznie do bezpośrednego kontaktu z przewoźnikiem, p.Agnieszką: tel. 508 558 022
oraz http://transportkonia.pl/

Do zobaczenia wkrótce!

http://eco-gypsy.com/transport-laczony-koni-do-wielkiej-brytanii/


Leo już się cieszy, a ja jeszcze bardziej :)

Saturday, 3 May 2014

Przyspieszenie

Nie dość że czas odczuwalnie przyspiesza, to i ja również. Ale zacznijmy od początku ;-)

Od zawsze zapach kreosotu kojarzył mi się z torami kolejowymi i dzieciństwem, a co za tym idzie dworcem Waszawa Śródmieście, Otwock i Józefów... i jakimis innymi jeszcze.
Tak było do wtorku.
W poniedziałek chłop stwierdził że pomaluje stajnię od zewnątz, ponieważ nie była odświeżana od dwóch lat, a chłopa - estetyka i pedantyka, to raziło oczywiście (jak i trawka, i chwaścik wyłażące tu i ówdzie na podwórku). Chłop również oszczędny, nieraz do przesady, więc z braku laku zdecydował się wykorzystac to, czego miał resztkę. Kreosot...

Chałupa jest tuż koło stajni, a sypialnia najbliżej, jakieś 5 metrów, może mniej. Śpię zawsze przy otwartym oknie, bo inaczej budzę się w nocy z braku tlenu.
Owej nocy tlenu miałam wystarczająco, a do tego gęste opary kreosotowe. Rezultat? Wstałam dopieo o 11 rano, a wstać z łózka po nienormalnie późnym obudzeniu się próbowałam przez niespełna dwie godziny. Próbowałam, bo byłam tak marna, że łóżko mnie "ciągnęło" i w głowie się kręciło. Oto, czym mnie chłop nafaszerował: http://ec.europa.eu/polska/news/110727_kreozot_pl.htm

obrazek poglądowy, okno od sypialni - pierwsze od strony stajni...

Chłop mnie dobił kompletnie, bo z czterech stron otaczają nas pola oraz łąka, wszystko obficie pryskane, mnie to tylko wystaczy, żeby każdego roku zdychać wiosną i wczesnym latem:

tego samego dnia - sąsiad prowadzi opryski.... aaaaa...!!!!!

I jak tu żyć, panie prezydencie?...!!! Nie da się, zamordują mnie w tej Anglii, wykończą, otrują!!! Mimo iz kilka dni minęło od malowania stajni, czuję ból w płucach, zalegającą w nich wydzielinę, dusi mnie, mam dziwny smak w ustach, słabo się czuję i mam zawroty głowy przebywając na podwórku.

Nawet słitfocia z rąsi dziś powstała w paszarni:

z dzióbkiem!!!!


I ty, Brutusie, przeciwko mnie?...!!!

Chłop nie odczuwa wogóle, widocznie przyzwyczajony od dzieciństwa do chemicznych oparów środków czyszczących stosowanych z upodobaniem i w nadmiarze przez rodzicielkę. A mnie się dziwi, przeciez to nie smierdzi?...
Nie, tylko ja pewnie rozhisteryzowana baba jestem!

Tak więc owego nieszczęsnego 30 kwietnia Anno Domini 2014 postanowiłam, że nie ma co zwlekać, trzeba działac, i od razu po postawieniu ogrodzenia, jeszcze latem, zaczną na Podlasie wyjeżdżać pierwsze konie. Bo jak mnie szkodą opary, to zwierzętom na pewno też.

Oczywiście chłop był mądry, zadzwonił do mieszalni farb w Newmarket i facet powiedział ze nie, kreosot koniom nie szkodzi, oni sprzedają stadninom do malowania ogrodzeń...
Anglik Anglikowi, to gorzej jak jedna baba drugiej babie...

W kazdym razie we wrześniu mam ostatnie zamówione jagnięta i koźlęta do odebrania, mam nadzieję że sprawy papierkowe potrwają krócej niz normalne dwa miesiące w tym wypadku - co jest bardzo realne - i szybciutko reszta zjedzie na Podlasie.

Żeby nie było całkiem katastroficznie, oto trochę sielanki z dala od oparów:

Leo zapewne trafi na Podlasie jako jeden z pierwszych koni


Leo i Billy, czyli Van Gogh

PS jeśli ktos ma ochotę dodać mnie na Facebooku, gdzie troche więcej się dzieje niz tutaj ostatnio, to proszę się nie krępować: profil FB

Saturday, 12 April 2014

Strzyżono i dojono

Dziś rano urodziły się znów bliźnięta, koziołek i kózka, niestety koziołek był martwy - a szkoda, bo spory chłopak i już miałby przyszły dom, albowiem koziołek brytyjski toggenburski jest u mnie już dawno zamówiony przez Klientkę w Polsce.
Kózka, odrzucona przez matkę, została zaadoptowana przez kozę, która urodziła bliźniaczki przedwczoraj, i ma się znakomicie. Przybrana mama zdążyła już ją wyprowadzić na mało legalny spacer na wybieg alpak. Kolejne wykoty mamy dopiero w maju i czerwcu. Dziesiejsza "porodówka" z racji niechęci do własnego dziecka zaczęła być zdajana, niestety z powodu braku zamrażalnika (który z kolei jest spowodowany brakiem stałego dopływu prądu) nie możemy zatrzymać siary. Trudno się mówi, korzystają koty i młody kozioł burski - według zaleceń specjalistów, przynajmniej tych brytyjskich, kozły z przeznaczeniem do rozrodu powinny otrzymywać mleko do około dziewiątego miesiąca życia.

Wczoraj zabrałam się za strzyżenie owiec, na razie ręczne albowiem kasa jest potrzebna gdzie indziej i uznałam że w tym momencie wydatek na maszynkę do strzyżenia, nie będący pierwszą potrzebą, zostanie odłozony na później, na czas kiedy przyjdzie strzyc alpaki (czerwiec). Zresztą w przyszłym roku będzie więcej delikwentów do ogolenia!
Opitoliłam biednego barana Timmiego, przyciąwszy go w kilku miejscach które zaraz zostały zdezynfekowane, na szczęście udało mi się ominąć baranie klejnoty i ogonek!!! Mam nadzieję że Timmy wybaczy mi upublicznienie fotki po bardzo marnym owczym fryzjerze! Dopiero się uczę, i to z książek, a w zyciu nie widziałam strzyżenia owiec na żywo.
W każdym razie zapach wełny, czy raczej lanoliny, przywołał cudowne wspomnienia z wczesnego mego dzieciństwa, kiedy to wyjeżdżaliśmy zimową porą na wczasy w Bukowinie Tatrzańskiej, mieszkając w góralskich chałupach. Teraz już wiem dokładnie, czym te chałupy pachniały. Przypomniałam sobie gaździnę, która pozwoliła mi poubijać przez chwilę masło. Pewnie jest ona teraz staruszką, a masło kupuje w supermarkecie...

Notabene owce kupiłam wyłącznie z myślą robienia ocieplenia domu, oraz pasienia z końmi (niedojady likwidują), no ale poszło dalej... i będziemy prząść ;)

I jeszcze dwa słowa o młodym pokoleniu, latorośl dziś nie dość że wydoiła wieczorem kozę, to umie już cofnąć pickupa na przyczepę, i z przyczepą jechać. A pickup jest zabudowany, i do tego dość długi, bo czteroosobowe mitsubishi (chłopa, bo mój pickup staruszek jest krótki, trzyosobowy, też mitsubishi). No i skrzynia biegów manualna, a młoda sobie radzi, jakby jeździła autem całe życie. Zresztą, pierwsze jej auto jakie poprowadziła to była ... trzyipółtonowa ciężarówka :) Jako matka, dumna jestem i blada, że jedynaczka się nie marnuje!

Timciu, bardzo przepraszam... ;)

wełniane odrzuty, będą na ocieplenia domu

z jednego rocznego barana - worek wełny

po wypraniu

jak to nazywają? słit focia z rąsi? ;)

przybrana córka pącze się pod nogami, urodzona córka próbuje wejść do paśnika, zamiast pod ;)
no i doimy juz na cztery ręce, latorośl znalazła swoje powołanie!

źrebak juz niedługo...

kwietniowym wieczorem w stadninie EcoGypsy...