Showing posts with label Polska. Show all posts
Showing posts with label Polska. Show all posts

Saturday, 21 June 2014

Stoję, czuję się świetnie

Siedzę raczej, samopoczucie jak wyżej. Daję znać że jeszcze mnie nigdzie nie wywiało na razie i przy okazji przepraszam że nie zaglądam na zaprzyjaźnione blogi ostatnio, ale dzieje się sporo i jeszcze więcej... Opracowuję pewne dwa dość duże projekty, do tego kilka (a może kilkanaście?) pomniejszych, aż latorośl dziś stwierdziła że jej by głowa pękła od tego wszystkiego. Żeby nie pękła, mam pięć zeszytów-notatników.
Duże projekty będą niedługo musiały ujrzeć światło dzienne, a ponieważ czas ucieka nieubłaganie w przeogromnym tempie, siedzę, ślęczę i ... projektuję ;-)) Jak skończę, to pewnie będzie czas jechać do Polski w celach gospodarczych, a jak wrócę to mam kolejna wycieczkę, tym razem do Walii, no a potem już ruszamy z przeprowadzką. Koleżanka-przewoźnik z sześciokonnym koniowozem załatwiła kolegę z samochodem na dwanaście koni, więc nie będziemy się rozdrabniać na raty, ale wszystkie konie pojadą hurtem. W związku z czym termin zaczyna się robić bardziej elastyczny, tzn końcówka sezonu pastwiskowego.
Wogóle to na moim polu, na którym w zeszłym roku rosły kartofle uprawiane przez sąsiada, w magiczny sposób pojawiła się trawa ;-)). Sama się raczej tak ładnie nie wysiała i chyba wiem kogo mogę o tę magię podejrzewać ;-))


Sunday, 15 June 2014

Co piszczy w trawie?

Wiele nie piszczy, bo i trawy jak na lekarstwo, przynajmniej u nas. Z wydarzeń dni ostatnich: mały Hawk odparzył się pod ogonkiem i musiałam go tam potraktować sudokremem, bo go zadek bolał okrutnie i sprawy toaletowe sprawiały niejaką trudność. Słońce z kolei poparzyło pysk, więc biedny "My Little Pony" obolały po obu końcach teraz stoi siłą rzeczy w stajni.
Tu zdjęcie jak stał z Guinnessem, który to w zimie zacznie się przygotowywać do roli kucyka dla dzieci do jazdy:


Kozy połowicznie zasuszyłam, doję tylko wieczorem - a to z racji faktu, iz w przyszłym miesiącu jadę do Polski i chłopu zostanie gospodarka pod opieką, zasuszyłabym całkiem, tyle że chłop mlekiem kozim się zapija, a tu muszę zaznaczyć że sama niejako miałam na początku opory pamiętając, że mleko kozie kozą z deczka waniajet! A tu miła niespodzianka mnie spotkała, mleko od naszych kóz tym się różni od krowiego, że jest smaczniejsze... A ani specyficznego zapaszku, ani posmaczku nie ma.

Jeszcze w tym miesiącu kolejne kozie wykoty, a niebawem tez przybędzie innych mieszkańców, wkrótce jadę po jagnięta rasy Llanwenog, a za jakieś dwa tygodnie - po koźlęta brytyjskie alpejskie, tak więc po przerwie znów będziemy mieli te śliczności brykające w zagrodzie!

Czekamy też na nowego źrebaka, który ma się urodzić w pierwszej połowie lipca - to juz będzie w sumie 17 koni i wcale nie jest powiedziane że na tym koniec ;-).

Wieczorem na blogu angielskim będzie nowy post o kozach, jeśli ktoś ma ochotę poczytać :-).

Sunday, 1 June 2014

Dzień konia

Dzisiaj zapakowaliśmy sześć klaczy do przyczep i zawieźliśmy na gminne pastwisko (common), gdzie pozostaną przez następne trzy miesiące - aż do wyjazdu do Polski, kiedy to zostaną zapakowane do koniowozu prosto z pastwiska.
Chłopaki wyszli na padok, a ja się czuję jakbym miała dzieci w szkole z internatem - zdecydowanie za cicho tutaj!

deszcz przestał padać, słońce wyszło...


Jeannette z potomkiem







pierwsze kobyły szaleją z radości

drugim transportem przyjechały Kamphora z Chanelle

i ruszyły!...

nad rzeką znalazły swoje stado


stado w komplecie!


Sunday, 18 May 2014

Sjesta

Wściekłe upały panują od kilku dni, taka pogoda od ładnych paru lat na wyspie że albo deszcz i zimno, albo słońce i gorąco, nic pośredniego. Męczące, generalnie sprawę ujmując. W związku z tym poranny obrządek kończymy szybciutko przed ósmą rano, a wieczorny zaczynamy nie wcześniej niż o siódmej. W międzyczasie jest czas na czytanie książki, planowanie, myślenie, planowanie... Od samego rana, do zaśnięcia, moje myśli znajdują się na Podlasiu, dziś na przykład usiadłam z planami, linijką i kalkulatorem i wymierzyłam ile potrzeba będzie siatki na ogrodzenie, co mam jeszcze dokupić w Anglii, czego nie dostanę w Polsce - w tym przypadku metalowe bramy o poprzecznych drążkach, których używa się na polach i pastwiskach, a przez które nic nie przelezie, i są bardzo trwałe i wygodne w użytku. Mamy dwie, w stajni i na padoku, jeszcze przynajmniej jedna jest konieczna.

W międzyczasie w starych warszawskich papierach w mieszkaniu po Babci znalazły się Jej wspomnienia z czasów ciężkiej komuny, kiedy to była prześladowana przez SB - tak więc mamy już dokładnie wyjaśnioną sprawę, dlaczego jej nazwisko istnieje na liście Wildsteina, chociaż wcześniej to było przez nas podejrzewane, ale przez Babcię ukrywane bardzo starannie.
Poza tym znalazł się papierek z czasów mojej podstawówki, kiedyś takie opinie wydawano, na jaką dalszą naukę dziecko się nadaje po szkole podstawowej, tak więc ja się nadawałam do liceum ogólnokształcącego (gdzie zresztą trafiłam), a opinia o moim umyśle: analityczno-syntetyczny, co całkiem by się zgadzało bo analizuję i analizuję, od rana do nocy, a chyba nawet i we śnie...

Z tych analiz wychodzi jedna jeszcze sprawa, podpowiedziana mi przez Czytelniczkę o inicjałach takich samych jak moje, która w grudniu skontaktowała się ze mną przez facebook ;-). Droga Czytelniczko, wielkie dzięki za podpowiedź, wszystko się szykuje i jest na dobrej drodze! :-) Ujawnienie nastąpi niebawem z wielkim hukiem ;-)


sjesta w pełni, dziś o 3 po południu!

"dają coś?!! już się wyspałam, wstaję!!!:

Sunday, 11 May 2014

Zawijam kiecę i za chwilę lecę!

Wiem, że ze dwie czy trzy osoby czekają, aż się pojawię na dobre na Podlasiu ;-), tak więc jestem zobowiązana podawać jak najświeższe wiadomości ;-).

Wiadomość z ostatniej chwili!

W osobie własnej pojawię się pod koniec lipca... a od drugiej połowy sierpnia pojawiać się zaczną nieparzystokopytne ;-) Po przeanalizowaniu róznych opcji, zdecydowalismy się na transport 6- konnym koniowozem, co jest opcją tańszą i wygodniejszą dla koni niż przyczepa lub koniowóz + przyczepa, na tak długiej trasie (niemal dwa tysiące kilometrów). Tym bardziej, że jechać będą głównie klacze we wczesnym okresie ciąży, roczniaki oraz źrebięta.

W związku z powyższym mamy miejsca w transporcie łączonym, na trasie Warszawa - Wielka Brytania, terminy do uzgodnienia, albowiem jesteśmy bardzo elastyczni i niezależni, wszystko do ustalenia z przewoźnikiem, Agnieszką.
To może tutaj wrzucę skopiowany tekst z EcoGypsy, bo ładnie mi się całkiem napisało ;-)

Transport łączony koni do Wielkiej Brytanii

W związku z przenosinami EcoGypsy na Podlasie zapraszamy do skorzystania z okazji transportu łączonego na trasie Warszawa – Wielka Brytania. Do dyspozycji każdorazowo sześć miejsc w bardzo wygodnym koniowozie, kierowca – konwojent z wieloletnim, międzynarodowym doświadczeniem!
Terminy są do uzgodnienia, od drugiej połowy sierpnia. Zapraszamy serdecznie do bezpośrednego kontaktu z przewoźnikiem, p.Agnieszką: tel. 508 558 022
oraz http://transportkonia.pl/

Do zobaczenia wkrótce!

http://eco-gypsy.com/transport-laczony-koni-do-wielkiej-brytanii/


Leo już się cieszy, a ja jeszcze bardziej :)

Saturday, 3 May 2014

Przyspieszenie

Nie dość że czas odczuwalnie przyspiesza, to i ja również. Ale zacznijmy od początku ;-)

Od zawsze zapach kreosotu kojarzył mi się z torami kolejowymi i dzieciństwem, a co za tym idzie dworcem Waszawa Śródmieście, Otwock i Józefów... i jakimis innymi jeszcze.
Tak było do wtorku.
W poniedziałek chłop stwierdził że pomaluje stajnię od zewnątz, ponieważ nie była odświeżana od dwóch lat, a chłopa - estetyka i pedantyka, to raziło oczywiście (jak i trawka, i chwaścik wyłażące tu i ówdzie na podwórku). Chłop również oszczędny, nieraz do przesady, więc z braku laku zdecydował się wykorzystac to, czego miał resztkę. Kreosot...

Chałupa jest tuż koło stajni, a sypialnia najbliżej, jakieś 5 metrów, może mniej. Śpię zawsze przy otwartym oknie, bo inaczej budzę się w nocy z braku tlenu.
Owej nocy tlenu miałam wystarczająco, a do tego gęste opary kreosotowe. Rezultat? Wstałam dopieo o 11 rano, a wstać z łózka po nienormalnie późnym obudzeniu się próbowałam przez niespełna dwie godziny. Próbowałam, bo byłam tak marna, że łóżko mnie "ciągnęło" i w głowie się kręciło. Oto, czym mnie chłop nafaszerował: http://ec.europa.eu/polska/news/110727_kreozot_pl.htm

obrazek poglądowy, okno od sypialni - pierwsze od strony stajni...

Chłop mnie dobił kompletnie, bo z czterech stron otaczają nas pola oraz łąka, wszystko obficie pryskane, mnie to tylko wystaczy, żeby każdego roku zdychać wiosną i wczesnym latem:

tego samego dnia - sąsiad prowadzi opryski.... aaaaa...!!!!!

I jak tu żyć, panie prezydencie?...!!! Nie da się, zamordują mnie w tej Anglii, wykończą, otrują!!! Mimo iz kilka dni minęło od malowania stajni, czuję ból w płucach, zalegającą w nich wydzielinę, dusi mnie, mam dziwny smak w ustach, słabo się czuję i mam zawroty głowy przebywając na podwórku.

Nawet słitfocia z rąsi dziś powstała w paszarni:

z dzióbkiem!!!!


I ty, Brutusie, przeciwko mnie?...!!!

Chłop nie odczuwa wogóle, widocznie przyzwyczajony od dzieciństwa do chemicznych oparów środków czyszczących stosowanych z upodobaniem i w nadmiarze przez rodzicielkę. A mnie się dziwi, przeciez to nie smierdzi?...
Nie, tylko ja pewnie rozhisteryzowana baba jestem!

Tak więc owego nieszczęsnego 30 kwietnia Anno Domini 2014 postanowiłam, że nie ma co zwlekać, trzeba działac, i od razu po postawieniu ogrodzenia, jeszcze latem, zaczną na Podlasie wyjeżdżać pierwsze konie. Bo jak mnie szkodą opary, to zwierzętom na pewno też.

Oczywiście chłop był mądry, zadzwonił do mieszalni farb w Newmarket i facet powiedział ze nie, kreosot koniom nie szkodzi, oni sprzedają stadninom do malowania ogrodzeń...
Anglik Anglikowi, to gorzej jak jedna baba drugiej babie...

W kazdym razie we wrześniu mam ostatnie zamówione jagnięta i koźlęta do odebrania, mam nadzieję że sprawy papierkowe potrwają krócej niz normalne dwa miesiące w tym wypadku - co jest bardzo realne - i szybciutko reszta zjedzie na Podlasie.

Żeby nie było całkiem katastroficznie, oto trochę sielanki z dala od oparów:

Leo zapewne trafi na Podlasie jako jeden z pierwszych koni


Leo i Billy, czyli Van Gogh

PS jeśli ktos ma ochotę dodać mnie na Facebooku, gdzie troche więcej się dzieje niz tutaj ostatnio, to proszę się nie krępować: profil FB

Tuesday, 8 April 2014

"Nadejszła wiekopomna chwiła" czyli pierwsza z wielu rocznic

Słowami Kaźmierza Pawlaka, z trzeciej części trylogii pt "Kochaj albo rzuć", bo wiekopomna chwila rzeczywiście nadeszła.

Dokładnie rok temu, 8 kwietnia - gdybym wierzyla w przypadki, powiedziałabym: nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności - ale jako w przypadki nie wierzę absolutnie: tak więc 8 kwietnia roku zeszłego, droga zaprowadziła nas do starego drewnianego domku, tuż przy samej granicy Polski, w cichej wiosce z brukowaną drogą i bocianim gniazdem. Na blogu było opisane.


Dom już jest po remoncie, z nowym dachem ze strzechy słomianej, wymienionymi balami i przebudowanym kominem, jeden chlewek przeszedł remont, drugi własnie zaczyna... Idziemy pomału, ale systematycznie do przodu, co prawda plany kompletnej przeprowadzki późną wiosną lub wczesnym latem tego roku nieco się przesunęły, ale oboje z Chłopem jesteśmy zdeterminowani, by osiąść w tym roku. A jak wiadomo - jeśli czegoś się naprawdę chce, to się to osiąga. Plan jest, a plan jest niezbędny, bo gdyby chodziło wyłącznie o przeprowadzkę, to planu nie potrzeba, przy przeprowadzce wystarczy zapakować pickupa, albo dwa pickupy, dwie przyczepy, i hajda przez Europę. Jedyne 1800 kilometrów z promem po drodze.

Plan jest niezbędny do przewiezienia:
- stada koni
- stada kóz
- stadka owiec
- jeszcze mniejszego stadka alpak
nie wspominając psów i kotów, bo kury oddam sąsiadowi, a kaczki zostały pożarte przez lisa juz jakiś czas temu.
(Właśnie się zastanawiam czy mam jakieś inne zwierzęta, ale chyba nie?...)

Jednkże mając Przyjaciół, można ich poprosić o pomoc :-) I już plany dotyczące Wielkiej Przeprowadzki wydają się być znacznie lżejsze!...


W zeszłym tygodniu, przypomniawszy sobie o Wielkiej Rocznicy, zaświtało mi w głowie że 8 kwietnia to nie tylko data dotycząca naszego znalezienia się w małej wiosce i podjęcia Decyzji, to również dość ważna data z innego powodu...
Z puszki zawierającej końskie paszporty w dużej ilości, wyciągnęłam leżący na wierzchu paszport Kamphory - i okazało się, że dobrze pamiętałam:



Przypadek? ;-) Dzięki Kamphorze wyszłam z depresji, dzięki Kamphorze zostałam managerem stadniny, dzięki Kamphorze poznałam Chłopa... W dniu urodzin Kamphory znalazł mnie Dom... Czy ta klacz znalazła się w moim życiu za sprawą przypadku? ;-) Ja mam swoje zdanie na ten temat, a kto chce, niech wierzy... w co chce ;-)

Dziś znów urodziny Kamphory, a Chłop właśnie dziś przekonał się od samego rana, że na dwie pewne osoby liczyć nie ma co, bo się zachowały po świńsku. Żeby było ciekawiej, osoby zupełnie ze sobą nie powiązne. I mówi mi Chłop, żeby nie zwierzęta, to on już by mógł jechać - bo Chłopa i tak tu prawie nic nie trzyma.


Sunday, 16 March 2014

Z wolna

Wiem już, że z róznych przyczyn zewnętrznych przeprowadzka nie nastąpi ani wiosną, ani latem. Nadal jest ziemia do dokupienia, ogrodzenie do postawienia, spory remont drewnianego chlewka i stodoły - które pomieszczą jedynie najwyżej osiem koni, co jest zupełnie niewystarczjące. Chlewek murowany, na którym połozylismy nowy dach, przeznaczony od początku dla stadka kóz, jest zbyt mały dla powiększonego już, nie stadka a stada, plus jeszcze konieczne jest pomieszczenie dla owiec i alpak. No cóż, będziemy działać, mam już "zaklepane" bale z ponad stuletniej, ogromnej stodoły, które posłużą do reperacji i budowy, plus bale które zostały po remoncie domu. Notabene dom w środku też trzeba doprowadzić do stanu użyteczności, ale to już małe piwo ;-)

Dziś telefonowałam do sołtysa w pewnej sprawie, okazuje się że moje tulipany, narcyzy i żonkile posadzone dokoła domu we wrześniu, zaczynają już pokazywać kolory :-) Śnieg dziś popadał, ale pogoda ma się wkótce poprawić.
Jakoś miło i błogo mi się na duszy zrobiło po tej rozmowie. Prawie, jakbym juz była w W.

Chłop z kolei martwi się o matkę, że dozna ona kolejnego udaru. Z pierwszego wyszła bez szwanku trzy lata temu, ale ma juz 79 lat, owdowiała kilka lat temu i grób męża, który odwiedza i pucuje co najmniej trzy razy w tygodniu, stanowi główny temat rozmów. Ostatnio też wspominała mi, że zawsze jak rozmawia ze zdjęciem zmarłego małżonka, to mówi, "niedługo się spotkamy".
Od jakiegoś czasu mam też pewne przeczucie... i chłop zdaje się też, chociaż o tym nie rozmawiamy, ale wystarczy że chłop mówi, że w razie czego on się wszystkim musi zająć bo rodzeństwo tego nie zrobi.

I tak się kilka rzeczy nakłada na siebie, mam uczucie że coś mnie jeszcze tu trzyma poza powyższym, ale co - tego nie umiem, na razie, odgadnąć. W każdym razie karty wyraźnie mówią, że mam coś przed oczami, czego nie dostrzegam.
No, pażywiom, uwidim.

Na razie, jak juz pisałam kilka dni temu, obrastam w książki i sprzęty.

Będziemy się starać o wypas na gminnym pastwisku dla kilku klaczy, od kwietnia do końca października. Płaci się określoną sumę od konia i zwierzęta idą na siedem miesięcy na dobrą trawę. Karmić nie trzeba i sprzątać też nie trzeba.
Akurat u nas ostatnie tegoroczne wyźrebienie przypada na początek sierpnia, więc źrebak będzie odpowiednio wyrośnięty przed długą podróżą. Chciałabym też zakocić cztery kozy bardzo dobrym kozłem, a tutaj kozy zaczynają mieć ruję dopiero w okolicach października.

Podejrzewam więc, że ostatecznie osiądziemy przed zimą. Pewnych spraw nie da się przeskoczyć.


...Połączenie internetowe tak dziś marne, że ledwo udało mi się opublikować post, po ponad godzinę trwających próbach ;-) Znak? ;-)



Friday, 24 January 2014

Moje życie. Część 1: Historia rodziny


Okazało się, że seria emigracyjna swą popularnością przerosła moje najśmielsze oczekiwania - ot, tylko chciałam uzmysłowić tym co na emigracji jeszcze nie byli, że zycie w Polsce wcale niekoniecznie jest aż takie złe, - w zasadzie miał być to jeden, jedyny post - a skończyło się na całej piętnastoodcinkowej serii!... - tak więc w związku z powyższym cofnę się do samych początków i będzie coś w rodzaju autobiografii przedemigracyjnej :).
Żeby wszystko miało ręce i nogi, zacząć muszę od absolutnych początków, albowiem nie byłoby mnie bez mych korzeni. 
Poza tym już klika osób pytało o powód, a tu znajdziecie wyjaśnienie, co tak naprawdę skłoniło mnie aby osiąść na Podlasiu, dwieście metrów od granicy państwa...


Genealogię rodziny udało się ustalić wstecz aż do XII- XIV wieku; w międzyczasie unia polsko-litewska połączyła oba narody, dzięki unii krewskiej, za sprawą ślubu brata mego przodka.

Litwini przyjmowali chrzest w kościele katolickim i jedynie ów mój przodek stanął okoniem i pozostał przy prawosławiu.
W międzyczasie staliśmy się Polakami.

Ostatnim właścicielem ziemskim był Kacper, którego majątek został zarekwirowany za udział w Powstaniu Listopadowym, czyli wojnie polsko-rosyjskiej.

Całkowicie polska historia rodziny zaczyna się właściwie dopiero przed drugą wojną światową, bo chociaż pradziadek urodzony był w Augustowie, prababcia w Gomieli, poznali się w Petersburgu i wedle dokumentów byli Polakami, to mimo wszystko żyli daleko za Bugiem.

Wogole poznanie sie prababci i pradziadka to wręcz romantyczna historia,  prababcia Jadwiga kiedys, nie wiem w jakich okolicznosciach, zauwazyla na drzwiach wizytowke-plakietke z nazwiskiem pradziadka. I pomimo iz go nie znala zupelnie, ogarnelo ja przeczucie, iz zostanie on jej mężem! (nawiasem mowiac, bardzo silna i niezawodna intuicja nadal dziala w rodzinie...)

W latach trzydziestych, nie powiem w tórym roku dokładnie, albowiem dokumenty leżą w szufladzie w Warszawie a ja notatek żadnych nie posiadam, prababcia, jako wdowa z trojgiem dzieci, przyjechała jako repatriantka do Białowieży.

Pradziadek był z wykształcenia prawnikiem i przez pewien czas piastował pozycję naczelnika sądu w Grodnie - do czasu nadejścia bolszewików, kiedy to zmuszony został osiąść wraz z rodziną w ostępach leśnych.
Z tych czasów pamiętam babcine opowiadania o wilkach podchodzących pod dom i o psie pradziadka, wyżle noszącym imię - nomen omen - Banita.

Rodzina przemieszczała się nader często, co ocenić można choćby po miejscach urodzenia dzieci: Alina Urszula w 1911 w Klincy (Клинцы) w brianskiej oblasti, babcia Aldona Zuzanna w 1915 w Nowozybkowie (Новозыбков) a ich brat Olgierd Henryk - w 1921 w osadzie Bor (Бор) koło Niznego Nowogrodu.


Pradziadek Mieczyslaw zginął w tragicznych okolicznościach, tonąc w Niemnie podczas ratowania syna. Grób nie istnieje, został przez bolszewikow wraz z całym polskim cmentarzem, zrównany z ziemią.


prababcia Jadwiga

pradziadek Mieczysław


Mieczysław i Olgierd Henryk nad Niemnem

Przyjechała więc prababcia z dziećmi do Białowieży, następnie był epizod poznański gdzie mieszkały już dwie jej siostry, samotne, bezdzietne kobiety, w mieszaniu zakupionym przez ich ojca.

Następnie rodzina przyjechała do Warszawy, by osiąść już na dobre, Alina Urszula studiowała biologię, Aldona Zuzanna - polonistykę, a Olgierd Henryk przygotowywał się do zawodu lekarza.


Nadeszła druga wojna światowa, w Powstaniu Warszawskim prababcia, ps. Hieronima, przemycała granaty owinięte w chusteczki, babcia i jej siostra (ps.Lala) były łączniczkami i sanitariuszami a Olgierd objął rolę lekarza.




Olgierd zmarl w listopadzie 1944 roku w Pruszkowie-Tworkach (pochowany na tamtejszym cmentarzu wojskowym); byl powstancem (w oddziale Kilińskiego), jego pseudonim w AK to Dr.Olgierd. Tu kilka wspomnien na Jego temat:

Akurat miała przejść pod barykadą, rzucili granat jej przed nogami, zabili na miejscu. Boże, jak myśmy rozpaczały… Przecież to była straszna tragedia… Taka dzielna, energiczna dziewczyna, pełna inicjatywy, koleżeńska. Zostaliśmy bez kierowniczki. Doktor Olgierd Skirgiełło popatrzył na nas wszystkie, przyjrzał się. Byłam najstarsza między tymi młodymi dziewczętami. On mówi: „Siostra Krystyna zostanie tutaj, będzie się opiekowała izbą chorych, salą szpitalną i jeszcze, co będzie potrzeba”. Powiedziałam: „Rozkaz”. I już. Dokładnie nie pamiętam, ale chyba to było 11 sierpnia.

  Myśmy mu okłady robili z oleju lnianego. Doktor Olgierd Skirgiełło czuwał nad tym, co mógł, to robił. Chłopiec rano dostał gorączki. Doktor mówi: „Trzeba go zanieść do szpitala maltańskiego”. [Poszliśmy]




Olgierd Henryk


Babcia Aldona Zuzanna rowniez uczestniczyla w Powstaniu;
zdjęcie z czasów okupacji


 a po wojnie byla jedną z pierwszych stewardess LOT-u:

 Z uwagi na częste w tamtym okresie rejsy z vip-ami, w 1947 roku w PLL LOT zorganizowano Oddział Stewardes, a pierwszymi z nich i organizatorkami oddziału były Zofia Glińska, Barbara Raczyńska, Halina Zakrzewska i Aldona Skirgiełło.

babcia Aldona Zuzanna
Następnie, jako absolwentka polonistyki i pedagogiki, została nauczycielką języka polskiego w warszawskich liceach i technikach.
Zmarla w Warszawie.

Alina Urszula, najstarsza z rodzeństwa, biolog, późniejszy profesor zwyczajny w dziedzinie mykologii na Uniwersytecie Warszawskim  (pl.wikipedia.org/wiki/Alina_Skirgiełło). Brala udzial w Powstaniu pod pseudonimem Lala (www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy/Alina_Skirgiello).

Alina Urszula


Jadwiga, Alina, Aldona i Olgierd zostali również wspomnieni w książce Macieja Kledzika "Królewska 16", opowiadającej o Powstaniu Warszawskim.



Dziadek ze strony mamy, Wacław, był podchorążym Wojska Polskiego, pilotem 217 Eskadry Bombowej podczas II Wojny Światowej; zestrzelony przez hitlerowcow, i osadzony w Oflagu. Po wojnie pilot linii lotniczych LOT.
Zmarł w 1997 roku w Zakopanem.

Wacław

Mama moja, Aldona, po ukończeniu anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim kontynuuje tradycję rodzinną jako stewardessa, już dwudziesty siódmy rok!

z Mamą z Zakopanem; obok nasz pies Remi

I w powyższej rodzinie, pewnego lipcowego poranka, przyszła na świat Aldona numer 3... Urodziła się o 5 rano i tak jej zostało już na całe życie - poranny z niej ptaszek!

ciąg dalszy nastąpi...

Wednesday, 22 January 2014

Post scriptum czyli siłą rzeczy część 15...

Nie obędzie się bez tego, ponieważ jako został niedosyt, wyrażony gęsto w komentarzach, tak więc wyjścia nie mam, dopisać muszę ciąg dalszy.


Chłop na Polskę kręcił nosem, co to za kraj, jak tyle ludzi stamtąd przyjeżdża do UK pracować, więc go zaciągnęłam na wycieczkę. Samochodem, a jak, więc tylko było "a czy daleko jeszcze", 500km z hakiem do Warszawy, nie, niedaleko ;-). W końcu chłop dojechał, odpoczął, poszedł na miasto i szczęka mu opadła. Z zachwytu.
Każdemu teraz mówi, że Warszawa to miasto nie z tej ziemi! Autentycznie jest zachwycony.

Po jakimś czasie zaciągnęłam chłopa znowu, tym razem nie tylko do stolycy ale na wschód, to było w zeszłym roku kiedy na wiosnę był snieg a bociany na gniazdach wyglądały bardzo smutno, bo żaby nie skakały po śniegu i nie było co jeść.
Chłop poznał przy okazji Ewę i Anię z Kresowej Zagrody, gdzie bardzo mu się spodobało :-). Najbardziej mu się chyba spodobał indyk ;-)

Chłop mimo wszystko cały czas nie był przekonany do Polski i Podlasia i już mu się nudziło i chciał wracać do Warszawy.

Do pewnego domu na samym pograniczu zaprowadziło nas przeznaczenie, a jakżeby inaczej, historia jest opisana tu: Znaczy się, znaleźli my swoje miejsce!...
Chłopa słowa, jak wysiadł z samochodu w owej wiosce, tuż przy rzeczonej chałupie, były: "Ja bym mógł tu mieszkać!..."
Zdaje się że sam się zdziwił tym co powiedział.

Dalsza część jest już historią ;-))

Chłop owszem przeprowadzi się bardzo chętnie, ale czasem za duzo martwi się przyziemnymi sprawami - jakby nie widział że czego się dotknę, to idzie jak po maśle.
Notabene mam kolejkę kupców po konie, których w tym momencie nie mam na sprzedaż, mam kolejkę po kozy, które jeszcze się nie urodziły, chętnych na wczasy ekologiczne (nie mylic z agroturystyką), więc tylko działać!
Chłop ma tę wadę, że lubi wszystko rozważać dokładnie, zastanawiać się kilka razy a ja nauczona doświadczeniem wiem, że jak jest szansa to trzeba ją łapać w locie!...

Ale robię swoje, mając to szczęście że jestem od chłopa kompletnie niezależna finansowo, he he he.



A dla fanów czterokopytnej Kamphory mam ciekawą wiadomość, niewykluczone iż będzie ją mozna oglądać na żywo i w akcji ;-) Tylko trzeba się będzie jesienią wybrać na warszawski Służewiec ;-)

Kamphora pochodzi z całkiem niezłej rodziny żeńskiej, gdzie ósmą jej matką jest znakomita Selene, matka między innymi słynnych ogierów Hyperion, Pharamond i Sickle.
Sama Selene, urodzona w 1919 roku, w stadninie 17go Lorda Derby, wygrała zdaje się osiem razy na jedenaście startów.
Jej córka All Moonshine wygrała tylko raz, ale urodziła wiele znakomitego potomstwa.
Jedną z jej córek była Eyewash, zwyciężczyni między innymi Lancashire Oaks i zasłuzyła się w hodowli, dając zwycięzców.
Jednym z nich była Varinia, która z kolei została matką klaczy Varishkina, zwyciężczyni wyścigu grupowego.

Później już tylko Sheer Innocence, Bobanlyn, Bobanvi i Kamphora.

Jedną z córek Eyewash, oprócz Varinii, była Fidlededee, i od tej klaczy w czwartym pokoleniu wywodzi się słynna Sariska, zwyciężczyni m.in. Oaks, będąca kilka lat temu w treningu w Newmarket.

All Moonshine
Selene

Hyperion w Newmarket

Hyperion w stadzie

Pomnik Hyperiona stoi w centrum Newmarket, przed Jockey Clubem na High Street:



A od jutra... wspomnienia ze Służewca, praca zbiorowa! Oprócz mnie pisać będą były dżokej i całkiem aktualny właściciel koni wyścigowych.

W międzyczasie będę wplatać swoje trzy grosze, a zacząć muszę od bardzo wczesnego dzieciństwa :-).

Tak więc... ciąg dalszy nastąpi!!!


Wednesday, 8 January 2014

Krótka historia emigracji, czyli Kamphora się obnaża (częściowo)

Miałam juz wątku emigracyjnego nie ciągnąć, ten post miał być o czymś zupełnie innym ale jednak "muszę, bo inaczej się uduszę". Nie lubię opowiadać o sobie, ale w tym wypadku uważam to za zło konieczne ;-).


Jak wiele osób czytających bloga wie, przez większość życia pracowałam na wyścigach konnych, na warszawskim Słuzewcu, gdzie trafiłam w 1988 roku, najpierw jako jeździec amator, i zostałam na długie, długie lata - aż do emigracji na początku 2006 roku.
Praca moja lekka nie była, równo z chłopakami dźwigałam worki z owsem, baliki słomy i siana (oj wrzynały się te sznurki w dłonie!), wyrzucałam gnój, zagrabiałam piaskowe kólka do kłusowania, podrzucałam piach pod maszyną stępową ("karuzelą") - mokry piach, zmieszany z gnojem wcale lekki nie jest. Nigdy nie uznawałam dla siebie taryfy ulgowej z racji bycia kobietą (raczej babochłopem!). Oprócz tego jeździłam, przeważnie trudne, nieprzyjemne konie, od pięciu do ośmiu, a zdarzało się i czternaście czasami. Do pracy musiałam dojechać, tramwajem ze Śródmieścia, a później dojść na piechotę do stajni, jakieś 15 minut szybkim krokiem. Na ogół dwa razy dziennie, na 6 rano do południa, i później na 16 do 18. Czasem zdarzało się pracować tylko na rano, co było błogosławieństwem - choć nie zawsze. W jednej ze stajni pracowałam przez kilka miesięcy za 400zł. Miesięcznie. Tylko jeździłam, ale to i tak były psie pieniądze, stać mnie było na markaron z Biedronki, i ...na makaron z Biedronki.

rozładowując kilka ton siana

Ostatnia pracą przed emigracją była praca u świętej pamięci trenera Bogdana Ziemiańskiego, do którego wróciłam po kilku latach (w sumie w tej stajni spędziłam ponad 12 lat). Starszy pan, urodzony we Lwowie zawsze mnie lubił i był moim najlepszym pracodawcą. Nie najlepszym pracodawcą w Polsce, ale ogólnie. Miałam własciwie wolna rękę w trenowaniu koni, które były mi przydzielone do jazdy, zdołałam doprowadzić do zwycięstwa szwedzkiego araba Bimaala, w moje urodziny w 2005 roku i to był wybuch roku w końskim totalizatorze - ten koń nigdy wczesniej i nigdy później nie zarobił chyba zadnych pieniędzy. Pamiętam ukochaną folblutkę, kasztanowatą Terekię - wygrała chyba trzy razy i zawsze plasowała się na płatnym miejscu. Bardzo lubiłam na niej jeździć i zawsze szłysmy na tor treningowy w pojedynkę, bez innych koni.

na Bimaalu. Gdzieś mam jego zdjęcie z wygranej

tu akurat na wałachu Ranissimo, ze stajni Grześka Wróblewskiego (tego od Wielkiej Pardubickiej)

Nie tylko z tego powodu, miałam poważanie i szacunek nie tylko u innych pracowników, lecz równiez u trenerów, czy właścicieli koni.
Cholernie byłam szczęśliwa, kochałam moją pracę. Moje zycie było takie, jak chciałam.

z ukochanym ogierem Inwestorem, niedługo przed wyjazdem

Kiedy trener uległ wypadkowi (młody koń kopnął go w klatkę piersiową), miałam wolną rękę w prowadzniu stajni, pełne zaufanie. Nie zawiodłam.
W tym czasie zdecydowalismy się na emigrację, która chodziła nam od pewnego czasu po głowie. My, czyli ja i mój były narzeczony. Otrzymaliśmy znakomite propozycje pracy w znanych stajniach w Irlandii, UK, USA i Nowej Zelandii - nie miałam zamiaru wyjeżdżać do kraju, którego języka nie znałabym biegle w mowie i pismie. USA równiez było w miarę rozważaną opcją ponieważ od 1997 roku mieszka tam moja mama.
Wybralismy UK ponieważ jest najbiżej Polski. Emigracja miała być na kilka lat, żeby odłozyć pieniądze na gospodarstwo w Polsce.
Ostatniego naszego dnia w Polsce, 6 marca 2006 roku, Krzysiek, syn p.Bogdana (Krzysiek Ziemiański jest równiez trenerem koni wyścigowych), przywiózł ojca, wciąż nie czującego się najlepiej, do stajni. Pożegnaliśmy się, a ja najbardziej pamiętam jak stałam we wrotach stajni, patrzałam na pana Bogdana wsiadającego do Krzyśka samochodu, i ryczałam jak bóbr.
Przypominając sobie tę scenę mam nadal łzy w oczach.

z Bogdanem Ziemiańskim, pierwszy urlop z UK, czerwiec 2006


Następnego dnia wsiedlismy w samolot, wylądowalismy w Luton, stamtąd autobus do Birmingham gdzie odebrało nas nasze szefostwo.
Mieszkanie - w przyczepie, zwanej w Polsce domkiem holenderskim czyli mobile home, trzy mile do pracy, żadnych rachunków, nawet zapasy zarcia na dwa tygodnie! Do raju trafiliśmy czy jak?!
Praca: w nienormalnych godzinach, od 7.30 do 1.30 i później od 3.30 do 6 wieczorem. Dlatego tak późno start rano, żeby pan trener łaskawie się wyspał - i tak nieraz o 8 rano przychodził na kółko kłusowe z zatartym łbem i czerwony na mordzie (bo sobie lubił chlapnąć). Gdzie mu do przedwojennej elegancji pana Bogdana, który w lecie o 5 rano jechał rowerem do stajni!!!

No i tak pracowalismy, a raczej rypalismy, ja jeszcze dawałam radę psychicznie chociaż jak skończyliśmy pracę o 1.20 po południu to szliśmy wydłubywać mech i trawkę spomiędzy kostek bruku na podwórku, a jak w deszczu kończylismy o 3 południu to nie było problemu i nadgodzin płaconych też nie było. Nie mówiąc o tym że człowiek był cholernie głodny a za pół godziny trzeba było... znów zacząć pracować, pucować koniki żeby się błyszczały jak, za przeproszeniem, psu jajca.
Notabene w Polsce wieczorem rzucało się gnój pod pojnik na rano do zebrania, dawało siano, karmiło i szło do domu.

A jak w weekendy pracowalismy na zmiany, bo co drugi tydzień była wolna sobota po południu i cała niedziela, więc tylko połowa całej załogi szła, to trzech Pakistańczyków pracowało przy klaczach i wałachach a mój były i ja oporządzaliśmy ogiery, w takiej samej ilości jak te wałachy i klacze. Wredne, chamowate i agresywne bydlaki. Jeden taki przy czyszczeniu tylko patrzał gdzie mam nogę, zeby na mojej stopie złośliwie postawić kopyto i oprzeć cały ciężar ciała.
U ogierów jak szło się korytarzem to trzeba było uważać i iść dokładnie środkiem, bo tylko wściekłe pyski ze sulonymi uszami wychylały się z boksów i próbowały złapac zębami.
No, zostałam doceniona. Bo i konie też miałam do jazdy takie, na których Anglicy nie chcieli jeździć a z Pakistańczyków te konie robiły wiatraki.
Była taka półsiostra Kamphory, skarogniada Aquilegia. Wszystkich ponosiła, jak ją dostałam i nauczyłam nosić nisko łeb, na długiej wodzy, to zaraz mi ją zabrali bo juz była grzeczna.
Później nie dawała nikomu wejść do boksu do siodłania, atakowała, kopała, gryzła. Dostałam ją spowrotem.
Był Flash, ogier z ubytkiem w pysku. Nosił się, nieraz poniósł, wędzidło mu się przeciągało. Załozyłam inne, wąsate, zrelaksowałam, spokojnie kentrował na długiej akcji. Dali go do jazdy Angielce, która wczesniej nie dawała sobie z nim rady.
Naprawdę mnie doceniali.

Aquilegia przed jednym z wyścigów. Prowadzi ją Pakistańczyk Adnan Hassan, to juz kolejna historia...


30 września 2006 uległam wypadkowi w stajni, podczas siodłania, w wyniku czego miałam zablokowane kolano a ból taki że mozna wyć. Wypadek wydarzył się o 10.30. Od zony trenera usłyszłam, ze mój facet zabierze mnie do szpitala po pracy.
Siedziałam w kantynie, czas wlókł sie niemiłosiernie, z bólu wzięłam papierosy od kolegi i zaczęłam palić chociaż rzuciłam lata wczesniej. Na jednej nodze skacząc, dostałam się pod drzwi domu trenera i zapytałam jego zony, czy mogą M. zwolnić wcześniej bo ja juz nie wytrzymuję z bólu, muszę jechać do szpitala. Jaka była odpowiedź? Zgadniecie? Tak, zgadliście, usłyszałam twarde "Po pracy!!!".

Po pracy pojechalismy do pobliskiego szpitala - nie znałam wtedy systemu opieki zdrowotnej w UK, bo i skąd, a i nikt mnie nie raczył poinformować - lokalny szpital nie miał A&E czyli wypadkowego oddziału.
Przyjęli mnie. Kolano boli? No tak, spuchnięte. Przykładaj sobie lód, usłyszałam, i damy ci opaskę.
Ale ja muszę w poniedziałek iść do pracy, pracuję przy koniach wyścigowych, a kolana nie mogę ani zgiąć ani wyprostować!!! (To była sobota, wolny weekend)
- Tak więc przykładaj sobie lód i trzymaj nogę w górze.
Dostałam tez ulotkę o obrażeniach kolana (sic!!!). Ktoś mi powiedział, że na pierwsze siedem dni to zwolnienie z pracy mogę sobie sama wypisać.

Jak sobie wyobrażacie, następnego dnia czyli w niedzielę, nie było lepiej. Pojechalismy więc do tego samego szpitala.
Tym razem jakaś bardziej zorientowana pielęgniarka powiedziała że to z pewnością łękotka (tu nauczyłam się nowego słowa: cartilage!) i że powinnam wrócić w środę, kiedy w szpitalu będzie lekarz. Pielęgniarka dała mi kule inwalidzkie, żeby łatwiej mi było kustykać ze zgiętą nogą której nie mogłam wyprostować.
Niech jej Bóg błogosławi.

Wróciłam w środę. Lekarz powiedział: Tak, to łękotka. Przyjdź we wtorek, kiedy będzie lekarz ortopeda.

Wróciłam we wtorek. Lekarz ortopeda powiedział: Tak, to łękotka. Powinnas mieć MRI scan. (rezonans magnetyczny). Ale na MRI scan czeka się pół roku więc najlepiej, jak cię przyjmą w szpitalu to zrobią szybciej. Chcesz tak zrobić, to zadzwonię do szpitala i załatwię łóżko.
Co miałam zrobić? Zgodziłam się, pielęgniarka powiedziała ze jak tylko będa mieli potwierdzenie to do mnie zatelefonują, więc muszę być gotowa.
Zatelefonowali kilka godzin później. Udałam się do szpitala w Sutton Coldfield, szpitala Dobrej Nadziei (Good Hope). Łózko czekało ale musiałam najpierw czekać na wypadkowym. Poczekałam kilka godzin, połozyli mnie, wśród wypadków własnie, w tym jakaś starsza kobieta z zakrwawioną twarzą, masakra.
Tuż po północy zostałam obudzona (spanie to i tak zadne nie było, ze wszystkimi zapalonymi światłami). Przenosili mnie na inny oddział, gdzie było łózko, oddział - jak się później okazało - ginekologiczny, chirurgii jednego dnia (90% wszystkich operacji jest w Anglii chirurgią jednego dnia, tak na marginesie mówiąc...). Pobyłam tam chyba dwa dni, przeniesli mnie na oddział geriatyczny, sala osmioosobowa, średnia wieku (wyłączając mnie) jakieś 80 lat z hakiem. W nocy włączył sie alarm przeciwpozarowy i pamiętam starszą panią która leżała obok, wstała i zaczęła uderzać ręką w moje łózko mówiąc "Tell me what is happening! Tell me what is happening!" ("Powiedz mi co się dzieje!"). Powiedziałam, to fałszywy alarm, cos im sie popsuło, wracaj do łózka spać.
A za godzinę znów to samo.

Chciałam wyjść na weekend na przepustkę, będąc w szpitalu od wtorku wieczorem codziennie męczyłam każdą zmianę pielegniarek, kiedy nareszcie będę miała scan - oczywiście nikt nic nie wiedział! Na przepustkę nie mogłabym wyjść ponieważ straciłabym łózko i cały proces zacząłby się od nowa.
Trudno. Czytałam masę książek Dicka Francisa i Johna Francome, wyścigowe kryminałki, masa tego była w podręcznych biblioteczkach na szpitalnych korytarzach.

W poniedziałek rano trzech Hindusów stanęło nad moim łózkiem i główny, jak się później okazało Mr Ashok (na doktora się mówi - pan...) powiedział z silnym akcentem: "You will not have scan. Tomorrow you will have your operation!" ("Nie będziesz miała skanu. Jutro będziesz miała swoją operację!").


Ciąg dalszy nastąpi... jutro.