Showing posts with label praca. Show all posts
Showing posts with label praca. Show all posts

Monday, 23 June 2014

Opowieści różnej treści

Dziś zaprzęgłam do Księżniczki i pojechałam na wycieczkę. Księżniczka jest na zdjęciu po prawej stronie:






Czemu akurat Księżniczka? Ano, na samej górze, powyżej podkowy, tuż pod wlotem wentylacyjnym ma naklejkę z napisem PRINCESS którą stanowczo zażądałam by zostawic podczas renowacji - oryginalnie przyczepa była niebieska, ale teraz jest w barwach narodowych i pasuje do mojego pickupa :)

Wycieczka była zaplanowana od dawna, całkiem niedaleka bo tylko jakies 50 minut w jedną stronę. Wróciliśmy z ładunkiem:




Dwie roczne kremowe owce Greyface Dartmoor (ciekawe jak wyjda jagnięta z połączenia z naszym białym Timmym?) oraz trzy cztermiesięczne jagnięta rasy Llanwenog.
Zdjęcia z komórki, więc marne, tym bardziej że zbierało się na burzę (z gradobiciem, jak sie wkrótce okazało).

Zgłasza się coraz więcej osób chętnych do przewiezienia koni z Polski do UK, tak więc mamy nadzieję zapełnić koniowozy, co dla każdego wyjdzie duzo taniej, niz indywidualny transport.
Jednocześnie przypominam, że miejsca mamy TYLKO w jedną stronę: z Polski do Anglii więc proszę mnie nie pytać o możliwość transportu z wyspy do Polski. Fula mamy!

Rozgryzłam równiez jak to zrobić, żeby moje drogie "śledziki" czyli śledzący bloga, zostali razem z blogiem przeniesieni na platformę wordpressa! Tak więc teraz tylko instalacja wordpressa na domenie i będziemy się eksportować ;-). Cały blog jest juz u mnie w plikach na kompie i zajmuje niebagatelne 9,5mb!
Notabene zauważyłam, że blogger dziś znów figle płata, nie tylko mnie, bo nie pokazują się blogi na liście w czytelni. Kolejna przesłanka za przeprowadzką!

Sekretne projekty są już właściwie na ukończeniu i niebawem uchylę rąbka tajemnicy :))

Monday, 21 April 2014

Koniec przerwy!

Z okazji Wielkanocy odpoczęłam. Szczególnie od myślenia, które ostatnio jest niebywale zintensyfikowane - czas przeprowadzki zbliża się wielkimi krokami i trzeba planować, załatwiać, aż zwoje mózgowe zaczynają się rozgrzewać do czerwoności. Czuję się zapewne jak generał przygotowujący się do ostatecznej rozgrywki - zapewne, albowiem generałem nie byłam nigdy, choć w dzieciństwie marzyłam, by zostać żołnierzem a następnie marszałkiem wojska.
Decyzje również trzeba podejmować rozmaite, a jak podobno mawiał sam Napoleon, dobra decyzja to szybka decyzja. Nie ma się co zastanawiać, bo inaczej ucieknie okazja sprzed nosa.

Szybką decyzją był zakup stodoły z bala, do rozebrania i przeniesienia. Mój wykonawca remontowy pojechał ją obejrzeć, a tu o wykonawcy muszę słówko wtrącić, albowiem znalazłam go niby przypadkiem, kiedy odwiedzał kogoś dobry kawałek od swojego miejsca zamieszkania. (Jak wiadomo przypadki nie istnieją, wszystko jest w górze zapisane.) Szukałam kogoś, co mi strzechę położy.
Okazało się później, że fachowiec to jeden z najlepszych w okolicy, w jednym z okolicznych miasteczek postawił ponad 100 tradycyjnych kaflowych piecy, występował nawet w TV Białystok a jego praca to równocześnie jego pasja, w którą wciągnął syna. Jak panowie remontowali mi dom, bez niczyjego nadzoru, to sołtys później dziwował się że panowie ani nie zrobią sobie przerwy na pogawędkę, tylko pracują i pracują, ani majster nie zapyta gdzie tu flaszkę kupić - co to za majster taki? No cóż, trafił mi się naprawdę znakomity, mogę mu powierzyć remont i wiem że będzie w 101% wykonany dokładnie tak, jak sobie tego życzę. Współpracuje nam się bardzo dobrze - na telefon i maila!

Tak więc poprosiłam wykonawcę, by pojechał zobaczyć stodołę, okazało się że jest w idealnym stanie, sucho pod dachem, żadne bale ani krokwie nie wymagają wymiany. W dodatku całkiem niedaleko od naszej wioski, z dobrym dojazdem do siedliska.

Stodoła została więc zaklepana jeszcze przed Świętami, tak więc o dach nad głową dla zwierzaków juz się nie muszę martwić, będzie odpowiednia ilość budynków - jeszcze tylko boksy dla tryków, ogrodzenie i można się wprowadzać!

Zaklepałam też już jagnięta rasy Herdwick, te "uśmiechnięte chmurki" o nieprzemakalnej wełnie. W drugim tygodniu maja jadę zobaczyć jagnięta rasy Llanwenog, które właśnie się rodzą. Jeszcze wypada znaleźć owce rasy Suffolk, dla baranka, którego podaruje mi mój weterynarz ze swojej hodowli.

I na zakończenie pochwała dla kozy, Becky - Anjo Cressida - która odrzuciła swojego malucha, dzisiaj w dziewiątym dniu swojej pierwszej laktacji, dała juz ponad cztery litry mleka! Nie pasie się na trawie wogóle, żywiona jest owsem z dodatkiem sieczki i suchych wysłodek, sianem i odrobiną marchwi i pietruszki. W przyszłym roku sprawdzimy jej pełną mleczność, kiedy wyjdzie na pastwisko. Bardzo się cieszę, że podjęłam decyzję by hodować rodowodowe, rasowe kozy.


Friday, 18 April 2014

Zbaraniałam!

Pojechaliśmy dziś oglądać owce kolejnej rasy którą zamierzam hodować, rasy również nie znanej w Polsce - jest to pochodząca z Walii rasa Llanwenog, zarejestrowana po raz pierwszy w 1867. Są to bardzo przyjacielskie owce, podobnie jak Greyface Dartmoor, które hoduję od niedawna.

Llanwenogi są hodowane - znów podobnie jak Greyface Dartmoor - przeważnie na mięso, ale ich wełna nadaje się wręcz idealnie do ręcznego przędzenia, mając lekkie właściwości angory, więc brytyjskie prządki bardzo cenią te owieczki.

Stado dziś oglądane nalezy do pani weterynarz, specjalistki w końskiej kardiologii, więc od razy znalazłyśmy wspólne, wyścigowe tematy. Ponieważ wszystkie jagnięta mają jednego ojca, zdecydowałam się na zamówienie baranka - do wyboru są dwa - który będzie do odebrania pod koniec lipca.


Kolejną rasą owiec, do której hodowli się przymierzam, jest Suffolk - rasa również utrzymywana ze względu na mięso, a zupełnie niedoceniona pod względem wełny, która jest gęsta, miękka i ma znakomite właściwości izolacyjne - wręcz idealna na sweterki.
Mam już obiecanego barana tej rasy, wyhodowanego przez mojego weterynarza - ojciec barana jest trykiem ze stada Darley, należącego do samego szejka Mohammeda (znanego bardziej z koni wyścigowych i barw Godolphin).

zdjęcie z internetu

I będzie jeszcze jedna, czwarta rasa: Herdwick. Wczoraj zamówiłam jagnięta w sporej hodowli, cztery owce i tryka, nie spokrewnione. Będę mogła wybrać owieczki w kilku kolorach.

Rasa jest rzadka, pochodzi z Cumbrii, i została odnotowana już w XI wieku, pochodzenie jest nieznane ale uważa się że owce oryginalnie wywodzą się od Wikingów. Wełna jest dość ostra, nadaje się raczej do wierzchnich okryć i skarpet, i ma jedną, zasadniczą, niebywałą zaletę: jest nieprzemakalna!

zdjęcie z internetu

I wraz z tymi baranimi wieściami, pragnę wszystkim Czytelnikom złozyć najserdeczniejsze życzenia zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych!

Хрістос воскрес!

Sunday, 13 April 2014

Ekonomia koziej hodowli

Zaczęłam kozią działalność, jak większość Czytelników wie, ponieważ chciałam mieć mleko na własne potrzeby, a z kozami miałam wcześniej sporo do czynienia, więc wiedziałam niej więcej za co się biorę. Zaczęłam tu w Anglii, od kozy saneńskiej i toggenburskiej, a raczej obie były "w typie", ponieważ rodowodów nie posiadały. Toggenburgów nie znałam wcześniej, jak wiadomo - w Polsce ich nie ma, zaczęłam więc interesować się rasą. Okazało się, że nie dość że jest to najstarsza na świecie zarejestrowana rasa kóz (w Szwajcarii w początkach XVII wieku!), to jest to również najstarsza wogóle zarejestrowana rasa zwierząt.
Od oryginalnych toggenburgów wywodzą się kozy brytyjskie toggenburskie (British Toggenburg), poddane selekcji na mleczność zwierzęta, dużo większe niż ich szwajcarscy protoplaści. Rejestr istnieje od 1925 roku, w hodowli stosuje się dolew krwi oryginalnych toggenburgów.

W zeszłym roku wybrałam się po dwie półtoraroczne kozy które trzymane były jako zwierzęt towarzyszące, i komuś obżerały drzewka w ogrodzie. W zwiąku z tym właściciel postanowił się ich pozbyć. Kupowałam je za cenę zwyczajnych zwierząt, po dokonaniu formalności dotychczasowy właściciel powiedział, że kozy mają rodowody, tylko on zapodział karty rejestracyjne, ale obie mają wyszukane imiona. Odszukałam hodowcę na podstawie numerów z kolczyków - i szczęka mi opadła. Okazało się, że kozy pochodzą z najlepszej hodowli w Wielkiej Brytanii, jedna jest córką, a druga wnuczką czempiona rasy!

Złapałam bakcyla. Postanowiłam zmienić nieco kierunek hodowlany i tym samym pozbyłam się wszystkich nierodowodowych zwierząt - ostatecznie każda koza je mniej więcej tyle samo, więc tyle samo kosztuje jej utrzymanie - po co więc trzymać kozy, które przynajmniej w teorii, mają mniejszą produkcję mleczną? Przy ręcznym dojeniu ma to również znaczenie. Zdecydowanie wolę mieć, powiedzmy, 10 zwierząt wysokomlecznych niż 20 o mleczności przeciętnej.

Bardzo jestem zadowolona, ponieważ mój zamysł hodowlany sprawdza się znakomicie, nawet lepiej niż bym sobie tego życzyła. Dziś "wyrodna matka" Anjo Cressida, w pierwszej laktacji, w drugiej dobie, dała niemal 2 litry mleka.
I jest żywiona wyłącznie owsem, sianem i wysłodkami, trawy niestety nie mam wystarczająco dużo dla wszystkich.

Hodowlę pomału rozwijam, wkrótce dołączą do nas młode brytyjskie alpejki, również wysokomleczne.


Thursday, 10 April 2014

Pierwsze maluchy

Dziś rano powiększyło nam się stadko po raz pierwszy w tym roku, o parkę kozich maluszków. Spodziewałam się ich w tym czasie, ale miłą niespodzianką był fakt, iż bliźniaki są dziewczynkami :) Jedna jest brązowa, o lekkim dymnym umaszczeniu, podobna do mamy, a druga ciemnobrązowa, prawie czarna. Na zdjęciach jakoś tego nie widać niestety.







Rosie kocha wszytkie maluchy, nie ważne czy to kocięta, koźlęta czy źrebięta!

Monday, 31 March 2014

Komu zależy na zakazie sprzedaży nasion?

Wiosna przyszła, a wraz z nią czas wysiewów. Nie wszyscy wiedzą, że przepisy Unii Europejskiej dotyczące obrotu nasionami będą niebawem bardzo ścisłe (propozycja z 6 maja 2013), istnieje specjalna lista a ilość odmian jest ograniczona. Oczywiście stare, tradycyjne odmiany oraz odmiany które nie są hybrydami (F1), na tej liście nie istnieja, lub istnieją w ograniczonym zakresie.

Zlikwidowano również dział "amatorskich upraw", a nowe prawo wręcz zabrania rozmnażania roślin spoza listy i zabrania handlu nimi. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać: http://ec.europa.eu/dgs/health_consumer/pressroom/docs/proposal_aphp_en.pdf  oraz proponowane zmiany http://www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//NONSGML+COMPARL+PE-514.766+01+DOC+PDF+V0//EN&language=EN

Tak więc niebawem uprawa starych odmian może okazać się łamaniem prawa. Podobnie jak wędzenie kiełbasy.

Pszenica płaskurka (Triticum dicoccum)

PS Osobiście miałam już problemy ze znalezieniem nasion starych odmian, jak własnie pszenica płaskurka, na terenie UE. Pszenica tej oraz innych odmian przyjedzie do mnie aż z USA...

Sunday, 23 March 2014

Wiosna nadal tylko w kalendarzu, a ja uzbrajam się w pszenicę...

Na Podlasie już bociany zaczęły przylatywać, oraz inne dzikie ptactwo. Kwiatki kwitną, wiosna unosi sie w powietrzu. A tutaj? Tutaj mieliśmy w nocy przymrozek, zapowiada się kolejny na dziś, w ciagu nia nieprzyjemne zimno i deszcz, chyba się pory roku pozamieniały ze sobą, wszystko stanęło do góry nogami na wyspie JKM i mamy zimę?...

Nic szczególnie interesującego się nie dzieje, pierwsze wykoty nastapią za jakieś dwa tygodnie, pierwsze wyźrebienie za nieco ponad dwa miesiące. Czas bardzo szybko pędzi, przyspiesza, a planowanie przeciągnięcia majdanu przez Europę jest już w fazie bardzo zaawansowanej.

Dziś dokupiłam trochę nasion, heirloom, co się po polsku trochę głupio tłumaczy jako dziedziczone nasiona, chodzi o rzadkie, bardzo stare odmiany, w tym lnicznik siewny (Camelina sativa) i pszenica płaskurka (Triticum turgidum), które w "normalnych" warunkach nie są juz uprawiane.
Pszenica starych odmian zawiera jedynie 28 chromosomów w porównaniu do nowoczesnej - zawierającej ich nieraz ponad 200! W związku z tym poziom glutenu jest bardzo niski i nie uczula. Nasionka przybędą z Irlandii, Kanady i USA, ponieważ tylko tam udało mi się znaleźć poszukiwane odmiany! Będziemy siać i testować.

to są "zeszłoroczne" bociany, które marzły w kwietniu na gnieździe w Klukowiczach

Wednesday, 19 March 2014

Wiosna, panie sierżancie!

Tak jakby trawka wschodzi i wszystko rośnie, chociaż znów chłodnowato się zrobiło. Z Podlasia dochodzą mnie wieści również wiosenne, trochę niezwykłe jak na tę porę roku, no ale cóż - Kilmuszko powiedział swoje trzydziesci lat temu, więc nie ma się co dziwić ;-).

Z wiosną odkurzyłam warsztat i powstaje ikona za ikoną, akryl na płótnie - taka technika najbardziej mi odpowiada, a poza tym nie lubię być "kopistą" i tworzyć podobnie, jak inni - zawsze byłam indywidualistką, co przejawia się również tutaj.









Kwiatki sobie posadziłam, zeby czuć się chociaż trochę wiosennie:


Posadziłam też trochę krzewów, na razie w pojemnikach, ponieważ krzewy pojadą na Podlasie oczywiście. Będę je musiała jednak wcześniej porozsadzać, ponieważ na organicznym kompoście wyprodukowanym przez nasze konie, rosną jak wściekłe. Oto część z nich:

maliny i czerwona porzeczka, oraz lawenda

agrest, maliny, żurawina, czarna porzeczka, borówka

Jesienią też zbieraliśmy jabłka, które rosną na drzewkach na miedzy obok, są to półdzikie jabłonki o pysznych, niewielkich, słodko-kwaśnych owocach, które konie wręcz uwielbiają, a oprócz tego jabłka te nadają się świetnie na cydr i przetwory. Zasiałam w zeszłym roku kilka nasionek i mam efekty:

  

W sumie sześć roślinek, które będę niebawem rozsadzać i mam nadzieję, że przetrwają i zadomowią się na Podlasiu, by za kilka lat wydać owoce :-).

Poza tym "zdalnie" kieruję pierwszym tegorocznym remontem który niebawem się rozpocznie, remont dotyczy drewnianego chlewka, który zamieni się w stajnię dla ogierów pod strzechą!

Narcyzy i żonkile, posadzone przeze mnie we wrześniu na froncie domu, mają już wedle relacji, około 15 centymetrów wysokości! Przy okazji znów usłyszałam, ze mam bardzo dobrą ziemię, "zupełnie nie jak na Podlasiu", bo u znajomych te same kwiatki dopiero wyłażą na światło dzienne!

Oprócz tego, korzystając z kontuzji pleców i młodej mającej zastępstwo w stajni, mogę planować dalsze remonty i przeprowadzkę. Nie ma nic bez przyczyny, widocznie przerwa była konieczna ;-)

Monday, 17 March 2014

No i się przerobiłam

A jak, od machania widłami zapewne! Wczoraj mnie kręgosłup pobolewał, zasnęłam z bólem, obudziłam się takoż, a w stajni czekało mnie słanie.
Słanie, czyli gruntowne czyszczenie boksów i ścielenie nowej słomy - jakoś mi poniedziałkowo w krew weszło, zwyczajem jeszcze służewieckim.
Pomachałam widłami, w stajni i przy górze gnojowej, a góra wysoka prawie na dwa metry więc zarzucać tez trzeba z rozmachem, później świeżą słomę napchać do wielkiego wora i zarzucić na plecy - i w związku z tym później był efekt, czyli ja w domu rozłożona na płask na podłodze, dwa ostatnie boksy zrobiła już latorośl.
I znów ból karku, ze nie mozna prawie głowy przekręcić, ból w biodrze no i ciągnący ból w kręgosłupie, od szyi do połowy pleców.
Oj, dorobiłam się a na tych konikach wyścigowych przez lata bycia kamikadze! Teraz wszystko zaczyna wyłazić..

na pocieszenie dla siebie samej wrzucam obrazek z Podlasia ;-)


A jeszcze odnośnie przeprowadzki, osiądziemy owszem przed samą zimą zapewne, ale juz wcześniej zaczną przyjeżdżać konie, tylko ogrodzenie musi stanąć, tak więc we wrześniu myślę Leo już będzie brykał na Podlasiu ;-)

Sunday, 19 January 2014

Część 12. Kamphora obala kolejny mit

Tak więc rypałam w stadninie, będąc człowiekiem-orkiestrą lub też kobietą co żadnej pracy sie nie boi, nieraz pierwsze transporty koni w tranzycie przyjeżdżały od 5 rano a do roboty było tyle że kończyłam o 10, 11 wieczorem rypiąc często sama albowiem boss, mimo iz londyński multimilioner, oszczędzał na wszystkim.

Nieraz to wyglądało tak, że jeden konie wyjechały, ja szybko leciałam sprzątać boksy, wymienić wodę (poidła automatyczne są w Anglii dość rzadkim widokiem), wrzucić siano do boksów i juz kolejny transport był na horyzoncie, a raczej przekraczał bramę.

takie ciężarówki były częstymi gośćmi - tutaj 5 Star Bloodstock z Irlandii

Do tego trening, bronowanie padoków i tak dalej. Lubię pracować i uwielbiam byc w ruchu cały dzień, padając wieczorem na przysłowiowy ryj, jednakże cały czas wyścigi odpychały mnie bardziej i bardziej - na zasadzie im dalej w las, tym więcej drzew.

Jakoś tak na porządku dziennym ludzi z miasta był nie tylko alkohol ale i narkotyki, że przypomnę tym co się wyścigami interesują, dwie afery z najsłynniejszymi dzokejami w rolach głównych, przyłapanych na jeżdżeniu wyścigów pod wpływem pewnego proszku.

Nigdy też nie miałam tylu znajomych, którzy w tak krótkim czasie popełniliby samobójstwa, począwszy od zwykłych stajennych, na byłych trenerach skończywszy (Mick Quinlan również zakończył życie śmiercią samobójczą).

Zrozumiałam dokładnie, dlaczego Newmarket cieszy się tak złą sławą.
Usłyszałam wiele historii o ludziach, którzy w tym mieście stoczyli się na samo dno.

Wiele złej energii panuje w Newmarket, zbudowanym zresztą na łzach i tragediach.

Kiedy budowano bloki z mieszkaniami komunalnymi w centrum miasta w latach sześćdziesiątych, wysiedlano ludzi mieszkających tam w domkach.

Dwie starsze siostry, mieszkające razem, po otrzymaniu nakazu wysiedlenia pojechały nad morze i weszły do niego, trzymając się za ręce.
Utonęły.

widok na Long Hill; wspomniane bloki w tle
W owych blokach mieszka obecnie wielu narkomanów i alkoholików.
Przypadek?...


Jedną z najwcześniejszych ofiar śmierci z własnych rąk jaką zarejestrowała historia, był słynny dzokej Fred Archer, który zastrzelił się w 1886 roku.
Jedna wersja mówi o tym, ze był w depresji po śmierci żony która zmarła w połogu, lecz druga sugeruje fakt, iż 29-letni jeździec nie był w stanie unieść ciężaru sławy.

Ducha Freda Archera, który dosiada białego konia, można podobno spotkać w Newmarket.

Fred Archer


Oprócz pracy ciągnęłam studia, chociaż okazało się że wiele się niestety nie nauczę, mit angielskiej edukacji w Cambridge również został obalony.

Trochę to dziwne, jak studentka na wykładzie o wyścigach, poprawia wykładowcę, albowiem ten robi ewidentne błędy.
Notabene wykładowczyni to była.

Po angielsku najważniejszy wyścig dla koni pełnej krwi, Derby, wymiawia się - "darbi", podobnie przynajmniej, w każdym razie pani wykładowczyni na slajdach napisała nie Derby a Darby...
To taki jeden z wielu kwiatków.

Na pierwszym roku mielismy też ogólne wykłady biologiczno-chemiczne, spęd studentów końskich, ogólnych zwierzęcych i medyków, na jednej auli, Mumford Theatre, i co poniedziałek dwie godziny dokładnie tego samego, czego ja uczyłam się w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego.
Czyli molekuły, wiązania, pantofelki i podobne pierdółki.

...na studiach wsiadłam na coś nie wyścigowego po raz pierwszy od 17 lat...;-)

I żeby było weselej, oprócz studiów stacjonarnych w Cambridge, dorzuciłam studia na odległość, studiowałam - a jakże - wyścigi konne, bo jeszcze miałam szalony pomysł uzyskania licencji trenerskiej (chociaż pomysł zaczynał odchodzić wraz stygnącycm szybko uczuciem w stronę wyścigów!).

Zaliczywszy studia nie musiałabym podchodzić do serii kursów dla kandydatów na trenerów w szkole wyścigowej (British Racing School) w Newmarket, dużo droższych choć nie zakończonych egzaminami, jak licencjat.


Ależ mnie wzięło na naukę po latach.

ciąg dalszy nastapi...


PS jeśli ktoś jeszcze nie wierzy w moje zdolności to muszę te wątpliwości rozwiać, dziś w bardzo zdolny sposób przypadkowo spaliłam swój telefon... ;-)))

Saturday, 18 January 2014

Część 11. Kamphora obejmuje pozycję


Wyzwolona od wiecznie smutnego mogłam nareszcie odetchnąć, nikt mi się w nic nie wtrącał i miałam święty spokój.
Okazało się że Kamphora ma ropę w kłębie, kłąb musiał być odgnieciony łękiem siodła, bo smutny uparcie pchał to siodło do przodu mówiąc że tak lubi a ja próbowałam wytłumaczyć idiocie, że akurat TO siodło jest tak zbudowane, że ma leżeć niżej, w zagłębieniu grzbietu, bo łęk ma specjalnie zrobiony.
Nie, siodło ma byc na kłębie bo on tak lubi. Przecież ja mądrzejsza nie mogę być, no jakim prawem niby.

Tak więc Kamphora miała nabrany kłąb w którym w końcu zrobiło się ujście i popłynęła rzeka ropy!  Przez jakieś dwa tygodnie myłam jej to środkiem antyseptycznym, nie dopuszczając by się zamknęło, masowałam gąbką żeby ropa wyszła, w końcu wszystko doszło do normy i wróciłyśmy do pracy.

na torze Long Hill w centrum Newmarket

Niedługo później jedna z lokalnych stadnin przeszła w nowe ręce, znajomy objął zarządzanie, a mnie została zaproponowana praca na stanowisku koniuszego.

Dzięki Kamphorze miałam juz sporo znajomości w wyścigowym światku w Newmarket.

Po pewnym czasie decyzją szefa zarządzający odszedł, ponieważ stadnina trochę wiała pustkami i jakos nie było widać nowych klientów.
Szef miał kilka koni wyścigowych w stajni po sąsiedzku oraz dwa na miejscu, niezłego wałacha z kontuzją ścięgna oraz trzyletniego wałacha wielkoluda (wielkokonia w tym przypadku raczej!).

I tak zostałam managerem stadniny.

Kamphora robi za modelkę do zdjęcia na stronę internetową


Ściągnęłam firmy przewożące konie, oferując stajnię tranzytową i częstymi gośćmi byli u nas Niemcy, wożący klacze do Irlandii i UK na krycie najlepszymi ogierami, oraz Irlandczycy, przywożący konie na aukcje.

z Elle Danzig, niemiecką sławą która wygrała ponad milion euro w swojej karierze a obecnie jest cenną matką

Mielismy równiez konie w treningu przygotowawczym (pre-training) - w Wielkiej Brytanii przepisy wymagają, aby koń w ciagu dwóch tygodni poprzedzających wyścig w którym będzie biegał, stał w licencjonowanej stajni wyścigowej.

Poza tym trener może mieć dodatkową stajnię oprócz bazowej, jeśli nie jest ona w znacznym oddaleniu, co otwierało furtkę do treningu pod nazwisko sąsiada - a w tym czasie jeszcze nosiłam się z myślą uzyskania licencji trenerskiej w Newmarket, poczyniłam juz nawet pewne kroki w tym celu.

Udało mi się więc w pewnym momencie uzyskać kilku właścicieli, chętnych do współpracy.

Dzięki niemal trzydziestu hektarom, jakimi dysponowała stadnina, przyjmowałam także konie wyścigowe na odpoczynek, i tak zaprzyjaźniłam się z, nieżyjącym juz niestety, byłym trenerem, Mickiem Quinlanem.

odpoczywające konie wyścigowe

Kamphory juz nawet nie miałam czasu trenować, skupiałam się na koniach powierzonych mi w trening ponieważ to był priorytet. Nie mając stałych "jeżdżących" pracowników nie zawsze miałam z kim jeździć i często zdarzało się, że jeździłam po siedem, osiem koni dziennie - jak za dawnych dobrych czasów na Służewcu.
Nawet miałam do dyspozycji maszynę stępową, więc mogłam trening prowadzić "po polsku", czyli zamiast odstępować konia pod siodłem, "wrzucałam" go do karuzeli, co znacznie ułatwiało sprawę.

przed wejściem na tor Warren Hill w centrum Newmarket


Traktorem też jeździłam, a jakże, pielęgnujac padoki, nieraz do 11 wieczorem. Mała moja jack russelka Rosie, wówczas szczeniak, miała specjalną "psią" półeczkę w Massey Fergusonie i jeździa razem ze mną :).

pies traktorowy ;-)


I teraz zaczęłam widzieć naprawdę wyścigi angielskie od kuchni, z perspektywy z której ich nie znałam, bo mimo iż wiedziałam chociażby o koniach pracujących na środkach przeciwbólowych (żeby nie kulały) czy o celowym obnizaniu formy konia poprzez zapisywanie go do wyścigów których nie by w stanie wygrać, teraz zetknęłam się z całą prawdą.

Wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.

Koń, wysoko zagrany w wyścigu, na wygraną lub płatne miejsce, jeden z faworytów z absolutną szansą - nie miał prawa wygrać.
To zadanie należało już do dżokeja.
Właściciele grali przeciwko swoim koniom i zgarniali fortuny.

Były też środki zapisywane przez lekarza weterynarii, renomowanego lekarza z renomowanej kliniki w mieście.
Jeśli środki zapisał lekarz, trener był czysty, prawda? Nie groziło mu odebranie licencji.


Jakoś tak pomału moja wielka pasja życiowa, wielka miłość do wyścigów zaczęła słabnąć...

ciąg dalszy nastąpi...

Wednesday, 15 January 2014

Część 8. Żadna praca nie hańbi

Na początek ogromna do Was prośba: nie wymagajcie dłuższych odcinków, bo to jest po prostu niemozliwe. Jak zaczynam od porannego obrządku, tak kończę po ośmiu-dziewięciu godzinach pracy niemalże bez przerwy, nawet nie mam czasu żeby coś w międzyczasie jeść, więc jest tylko śniadanie i kolacja, a że dzień się wydłuża to wydłuża się również czas pracy i w związku z tym publikuję posty coraz później.
Również zebranie myśli i wytężenie pamięci by sięgnąć kilka lat wstecz, nie jest takie proste. Prawdopodobnie pominęłam, chcąc-niechcąc, kilka interesujących wydarzeń.

Niezmiernie jest mi miło, że czekacie na nowe części historii i bardzo doceniam Wasze zainteresowanie oraz wszelkie komentarze, jednakże proszę o zrozumienie - praca hodowcy-rolnika nie jest pracą na etacie, od 9 do 17. Nieraz jest to praca całodobowa, o czym zdarzało mi się pisać ;-).

                                                                                *   *   *

Zwolnili mnie więc. Wcześniej poleciał M., pod byle jakim pretekstem ale powodem było oczywiście przychodzenie do pracy po poprawieniu sobie humoru - bo on jakoś wiecznie smutny był.
Zdałam firmowe ciuchy w sekretariacie, dostałam ostatni odcinek wypłaty i papiery, wsiadłam w samochód i z ulgą po raz ostatni wyjechałam z La Grange Stables.

Następnym zadaniem było wykonanie telefonu do Job Centre, na specjalną infolinię, aby złożyć wniosek o zasiłek dla bezrobotnych. Rozmowa taka jest darmowa z telefonu stacjonarnego lub budki, natomiast z komórki zżera kredyt we wściekłym tempie. No i czas, na połączenie można czekać godzinę, półtorej, następnie kolejne 45 minut rozmowy z konsultantem, który musi wypełnić wniosek na komputerze.
Nie pytają chyba tylko o numer buta.

Drugą rozmowę musiałam załatwić za M., który jakoś do tej pory angielskiego się nie nauczył, nie na tyle żeby dogadać się poza stajnią, z lenistwa bo przecież łatwiej żebym ja wszystko tłumaczyła...

Po kilku tygodniach oboje dostalismy odpowiedzi że niestety, ale nie należy nam się zasiłek dla bezrobotnych ponieważ nie mamy prawa rezydencji w tym kraju.
Zapaliła mi się czerowna żarówka i mówię, ej no, przecież prawo rezydencji mamy, oboje przepracowaliśmy po ponad 12 miesięcy w pierwszej pracy, papiery na to są, rejestracja w Home Office oraz P45!
P45 to papier, jaki dostaje się odchodząc z pracy, ze wszystkimi danymi.

Złozyłam odwołania, które rozpatrywane są w Szkocji.Wysłałam draniom kserokopie papierów, które wysłałam wcześniej do Job Centre - gdzie zapewne "zaginęły".
Rozpatrzenie odwołania trawło chyba trzy miesiące i nagle okazało się, że prawo do rezydencji oczywiście że mamy, nalezy nam się zasiłek dla bezrobotnych jak najbardziej!
Załatwiłam więc również zasiłek na dom, by mieć z czego płacić za wynajem - landlord (właściciel domu) czekał cierpliwie na pieniądze ponieważ był uprzedzony o sytuacji, ale czułam przez skórę że zaczyna się niecierpliwić.

Później dowiedziałam się, że w tym okresie Wielką Brytanię opuścił milion Polaków. Akuat to był czas początków recesji, kiedy zaczęły się masowe zwolnienia.
Przypadek?

M. niby rozglądał się za pracą, ale za bardzo mu się nie chciało, i szukanie jakoś mu nie szło, wyścigów nie chciał no a ciekawe gdzie chciał znaleźć pracę, jak nigdy nic innego w życiu nie robił, a i gadać nie umiał, poza stajennymi zagadnieniami...

Ja natomiast znalazłam pracę sprzątkaczki w pubie hotelowym w Newmarket, zostałam nawet mianowana supervisorem czyli nadzorcą, dostałam klucze do hotelu i poszłam szorować stoliki i kible. Ze mną pracowała Polka i Brazylijczyk, od 5 do 7 rano, przez 7 dni w tygodniu.
Jak poszłam na zastępstwo sprzątać inny znany pub na High Street, ponieważ Brazylijczycy pracujący tam dostali urlop to poprzysięgłam sobie, że w tym pubie nigdy w życiu nic nie zjem!... Wszystko aż lepiło się od brudu, który grubą warstwą zalegał dołownie wszędzie.

Firma która miała umowę z hotelem, nie dostarczała wystarczającej ilości środków do czyszczenia od pewnego czasu więc powiadomiłam o tym managera hotelu, żeby później nie było powiedziane że to my źle sprzątamy.
Niedługo później firma zaczęła miec problemy z wypłacalnością więc oddałam klucze managerowi, wyjaśniając w czym jest problem.
Wkrótce manager umowę z moim pracodawcą rozwiązał, znalazł kolejną firmę i otrzymałam od niego telefon żebym rozpoczęła pracę z nimi, jednakże o nich akurat słyszałam same niepochlebne opinie na temat wypłacalności itd więc nie zdecydowałam się.

Załatwiłam więc sobie przejażdżki w stajni wyścigowej, za gotówkę czyli bez umowy.
To jest bardzo częsta praktyka na wyścigach, ponieważ podatki są niebywale wysokie, trenerzy są więcej niż chętni aby zatrudnić kogoś na czarno.

I znów miałam niezbyt przyjemne konie. Pamiętam karą dwulatkę, córkę słynnego Singspiela, która po jakiejś kontuzji zaczęła pracę.Pode mną wyszła po raz pierwszy od jakiegoś czasu pod siodło, ledwo lazła, jak krowa, musiałam ją jechać "na kopach" w kłusie, czyli poganiać bez przerwy.

Następnego dnia to był zupełnie inny koń. Bystra i dzika w oczach.

Łachudry nie powiedzieli mi, że poprzedniego dnia władowali jej kilka tabletek i ona po prostu była na głupim jasiu.
Jak juz pisałam wcześniej, to częsta praktyka w Anglii. Nie tyle żeby jeźdźcowi zrobić dobrze tylko by koń sobie nie zrobił krzywdy, szczególnie jak pieprznięty (większość..).

Jak się zgarbiła i wyskoczyła w powietrze z czterech nóg, jak koń na rodeo, to ja pofrunęłam dobre półtora metra z siodła w powietrze i spadłam z hukiem, dobrze że na miękką nawierzchnię.
I dobrze że miałam na sobie kamizelkę.

Bardzo odpowiedzialnie mnie stary posadził wiedząc znakomicie że przecież ubezpieczenia wypadkowego nie mam.
Ale juz jej więcej na szczęście nie dostałam.

W międzyczasie udało mi się prawie cudem załatwić mieszkanie komunalne w mieście, na to konkretne było tylko pięć osób chętnych poza mną, osoba której zaproponowano wynajem zrezygnowała, więc skontaktowano się ze mną, jako że byłam następna w kolejce, a że darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy - podpisałam umowę najmu.

Remont robiony własnym sumptem potrwał trochę, trzeba było zerwać kilka warstw tapet w pokojach, po czym połozyć nowe gdyż ściany średnio się nadawały do malowania, tapetowałam ja praktycznie bez żadnej pomocy gdyż M. stwierdził że on tego nie będzie robił bo się nie zna i już.
Ja też się nie znałam, ale wytapetowałam prawie całe mieszkanie, własnoręcznie.

W któryms momencie przyjechał do Anglii syn M., który właśnie skończył 18 lat więc sama zaproponowałam, że mozna by mu pomóc, załatwiłam po znajomości pracę w lokalnej fabryce mrożonek gdzie zatrudnionych jest wielu rodaków (Anglik do takiej roboty przecież nie pójdzie...) i przyjechał. Manager wiedział że chłopak nie zna języka (teoretycznie wymaganego podczas przyjęcia do pracy) ale powiedział: młody, to szybko się nauczy.
Skończyło się tak, że ów młody "zapomniał" dowodu na rozmowę kwalifikacyjną, nie dostał pracy i był bardzo zadowolony, bo do Anglii bynajmniej nie przyjechał pracować - ciotka mu powiedziała że w Anglii "dają" i robic nie trzeba.

Niezłe nastawienie do życia w samych jego właściwie początkach... Wrócił "pierwszym transportem" do kraju, w którym "nie dają".

W międzyczasie Kamphora zaczęła pracować jak na konia wyścigowego przystało. Szkoliłam ją sama, pod nazwisko jednego z trenerów.

Kamphora & Kamphora na torze Hamilton Hill w Newmarket. Fotograf był do niczego :P


Poszłam również na studia, jako mature student, czyli dojrzały student, z racji wieku ;-). Wybrałam Equine Science - czyli hipologię, kierunek na Anglia Ruskin University w Cambridge.


UWAGA

jeśli ktoś ma słabe nerwy albo je kolację to proszę nie oglądać zdjęcia poniżej!!!


...i nie mówić później, że nie ostrzegałam... ;-)))) 

*
*
*


nóżka dla studentki ;-)


ciąg dalszy nastąpi...

Tuesday, 14 January 2014

Część 7. Kamphora wplata wątek kryminalny i odchodzi z uśmiechem na ustach

Dziś z opóźnieniem, albowiem był u nas weterynarz, który jednocześnie jest hodowcą koni pełnej krwi oraz byłym trenerem z Newmarket, więc przy okazji ucięliśmy sobie jak zwykle zdrową pogawędkę na wspólne tematy.

W związku z życzeniem PT Czytelników, w historii pojawi się wątek kryminalny.
Wątek co prawda odgrzewany, ponieważ miał miejsce kilkanaście lat wcześniej, jednakże bezpośrednio wiążący się z "naszym" trenerem z Newmarket...

Był sobie trener, Alex Scott, który w 1988 roku otrzymał ofertę pracy dla szejka Maktouma Al-Maktouma, właściciela stajni Oak Stables w Newmarket, ponieważ poprzednik, Francuz, powracał do swojego kraju ze względu na chorobę.
Scott okazał się być znakomitym trenerem, ponieważ już w kolejnym roku Cadeaux Genereux wygrał dwa duże wyscigi.

W 1992 roku Scott wraz z żoną zakupili stadninę w Cheveley koło Newmarket i rozpoczęli hodowlę, przy czym Scott nadal prowadził stajnię szejka.
Jako asystent, dołączył do niego absolwent Eton, czyli "nasz" późniejszy trener.

30 września 1994 roku trzydziestoczteroletni Alex Scott zostaje zastrzelony we własnym domu w Cheveley. Zabija go stajenny, William O'Brien, który poprzedniego dnia dostał wypowiedzenie, a teraz przyszedł powiedzieć szefowi, że może się wypachać swoją pracą.
To wersja oficjalna, wersja nieoficjalna mówi natomiast, że Scotta zastrzelił kochanek jego żony.

Prawda zawsze leży po środku.

Po śmierci Scotta "nasz" trener dostaje posadę u szejka i zmienia nazwę stajni na Gainsborough Stables.
Był on jedyną osobą która skorzystała, i to znacznie, na śmierci Scotta.

Duch Alexa Scotta nawiedzał Gainsborough Stables aż do ich wyburzenia kilka lat temu.
Najczęściej włączało się światło, radio i słychać było kroki.


My juz nie bylismy w Gainsborough, ponieważ po śmierci starego szejka trener musiał pójść na swoje.

Jak wieść gminna niesie, stary szejk zakończył żywot podczas igraszek z duzo młodszą od siebie panią...


Szlag mnie trafiał pracując pod presją, trzeba się było ze wszystkim wyrabiać w minutach, rano trzydzieści kilka koni wychodziło ze stajni na przejażdżkę i nie mozna było się spóźnić, bo za to był opieprz, ani broń Boże nie można było mieć trocinki na bucie bo za to też mozna było oberwać.
Stary jeden paskuda, oprócz niego asystent, garbatym o przezwaliśmy bo tak jakby nie miał wogóle szyi i żeby się obejrzeć, musiał się obracać do tyłu.
Garbaty wstrętny był, lizus i małpa starego.

A stary był jeszcze paskudniejszy.
Jeżdził na starym koniu na tor, żeby popatrzeć jak pracują wyścigowce.
Koń był stareńkim, emerytowanym skoczkiem, miał ponad dwadzieścia lat, kiedyś dawno, dawno temu całkiem nieźle biegał a u nas w stajni wylądował niejako na emeryturze.
Ja nie wiem, czy noszenie na grzbiecie wielkiego i ciężkiego faceta należy do wymarzonej emerytury końskiej?...

Podjeżdża więc stary do jeźdźców wracających z toru, zrównuje się z Hindusem Madhu, patrzy mu w oczy i cedzi przez zęby: "Wiesz co Madhu? Ty się nie nadajesz. Yardmani lepiej od ciebie jeżdżą".
Yardman to człowiek naziemny, do poprawiania boksów i zamiatania, który wogóle nie jeździ.

Może Madhu nie był jakimś technicznie dobrym jeźdźcem ale się starał i wsiadał na wariaty nie okazując strachu.

Madhu nie wytrzymał i przyniósł wypowiedzenie wieczorem.

Po jakimś czasie trener zabił tego starego konia. Jechał pod górę nie patrząc przed siebie, a koń, prawdopodobnie ślepnący, wpadł wprost na tablicę ostrzegawczą i nadział się na nią.
Takie tablice stoją przy torze, zabraniając wstępu osobom postronnym.

Trener złamał przy tym rękę i od swiadków wiem, że krzyczał strasznie i przeklinał jeszcze bardziej.
Klasa i elegancja okazała swe oblicze.



Żona trenera jeździła na obiecującej trzylatce która - nie biegana - przyszła z jednej z najlepszych stajni.
Kiedyś żona nie mogła przyjść, klacz czekała dla niej osiodłana w boksie, szybko zmieniono mi konia i dostałam ją ja.
Ona nie kentrowała, ona płynęła pod górę na torze. Klasa aż biła od niej, w dodatku była spokojna i przyjemna do jazdy.
I zostawili mi ją. Jak się później dowiedziałam, klacz była nieco za silna dla żony starego, która ledwo dawała sobie z nią radę.

Jeździłam, jeździłam, stary dowalał koniom roboty, klacz zaczęła iść nierównomiernie, delikatnie wyczuwałam kulawiznę z prawej strony, prawdopodobnie zupełnie niewidoczną dla obserwatora.
Koń wyścigowy i jego jeździec to jedno ciało, jeden organizm, znając konia i wczuwając się w niego mozna wiele wyczytać.

Powiedziałam staremu, a jakże, jeszcze wtedy nie wiedząc że jestem u niego na celowniku za szczerość, ale z drugiej strony i tak by mnie to wiele nie obchodziło, więc tak czy inaczej bym powiedziała.

W ciągu następnych dwóch tygodni sytaucja się nie zmieniła, więc klacz dostał kto inny, powiedział trenerowi że "OK, all right" ("W porządku"), później klacz poleciała wyścig, była dość wysoko zagrana, chyba druga gra w totalizatorze a może nawet faworytka, i skończyła gdzieś z tyłu.
Pobiegła drugi wyścig i zakulała.

A później ja dostałam wypowiedzenie z pracy, oficjalnie dlatego że za ciężka byłam - ganiali mnie na wagę 2, 3 razy w tygodniu, po złośliwości, bo było wielu chłopaków cięższych ode mnie, i jakoś jeździli.
Chodziłam jak skowronek, nie myślałam ze kiedykolwiek będę tak bardzo się cieszyć że ktoś mnie z pracy wyrzuca! Wolność, będę nareszcie wolna od tego kieratu!
Nawet przejażdżek prawie nie miałam na koniec, przydzielili mnie do czegoś innego - ale jak zobaczyli że mi się humor poprawił to od razu dostałam jakieś łachy na kłusa.
Żeby mi przypadkiem za wesoło nie było, ale mnie już nikt humoru popsuć nie był w stanie!

Kamphora w Newmarket

ciąg dalszy nastąpi...

Monday, 13 January 2014

Część 6. Kamphora pojawia się w mieście koni

Znalazłam więc pracę w Newmarket, umówiliśmy się więc na jazdę próbną czyli "rozmowę kwalifikacyjną". Staremu nie było w smak, ale wolne dać musiał.
Zima, w dodatku zima niemalże stulecia, duże opady sniegu jak rzadko, ale na szczęście dojechaliśmy na umówioną godzinę, chyba to była 6 rano, ciemno ze oko wykol (ponad dwie godziny jazdy samochodem zaliczylismy).
Żeby było zabawniej to była to ta sama stajnia, z której mieliśmy ofertę pracy kilka lat wstecz, kiedy decydowalismy się na emigrację. Jak widać była przeznaczeniem!

Podczas siodłania spotkałam znajome małżeństwo jeszcze ze Służewca, które pracowało w owej stajni (niegdyś zresztą firmowanej przez szejka, i niegdyś jednej z najlepszych w mieście).

Przejechałam pierwszą przejażdżkę, drugiego konia mi zmieniono, na, jak się okazało, dużo bardziej ambitniejszą jazdę, dwuletnią klacz należącą do szejka Ahmeda.
Kiedy myłam jej nogi po powrocie z toru podszedł do mnie koniuszy i spytał, kiedy możemy zaczynać. Moglismy dac tygodniowe wypowiedzenie, więc umówiłam się na konkretny dzień.

Jeszcze na szybko znaleźlismy coś do wynajęcia w agencji nieruchomości i mozna było wracać do Gloucestershire.

Dom mieliśmy poza miastem, jakies 15 minut jazdy do pracy, Kamphorze znalazłam stajnię właściwie w Newmarket, więc zaraz po rannej robocie jechałam ja oporządzić i objechać.

Praca jak praca, trzeba było wieczorami pucować koniki na super połysk bo trener robił nieraz przeglądy (jak za dawnych lat, i przed wojną w Polsce), więc kazdy tylko latał ze ścierką żeby konia obetrzeć zanim boss wejdzie, trocinowa ściółka musiała być równiuteńka jak spod linijki niemalże, grzywa konia zaczesana na prawą stronę bez jednego wystającego włoska - bo inaczej był ochrzan! Konia odpinało się z uwiązem i prezentowało staremu.
Pół biedy jak oglądał tylko starsze konie lub tylko dwulatki - gorzej jak oglądał wszystkie. A jak oglądał konie szejka w towarzystwie szejka - to wiadomo było z góry że do domu wróci się godzinę później.

W poniedziałek nieraz przyjeżdżał weterynarz i po rannej pracy musieliśmy zostawać na zmiany, żeby prezentować konie w kłusie przed trenerem i weterynarzem. Tak ze dwie godzinki to trwało. Nadgodziny jakieś płacone? A skąd!

Wiele osób donosiło na siebie wzajemnie co jest całkiem normalne w większych stajniach. Zazdrość i zawiść są na porządku dziennym.
Chociaż palenie rzuciłam wiele lat wcześniej, zaczęłam popalać w pracy, mieliśmy miejsce do tego wyznaczone, a ja sobie jakoś musiałam rozładować nerwy.

Przejażdżki - po każdej trener pytał jeźdźców o konie na których właśnie przejechali po torze. Byłam nauczona że trenerowi mówi się szczerze jak koń idzie, zreszta dlatego trenerzy pytają się jeźdźców, szczególnie tych bardziej doswiadczonych. Oko nie wyłapie wszystkich niuansów; więc mówiłam: dobrze idzie - nie idzie za dobrze - nie ma siły pod górkę - nie wyciąga akcji itp itd
Nie o to chodziło!!! Panu trenerowi należało mówić zawsze, że koń dobrze idzie, nawet jakby leciał na trzech nogach, najlepiej metodą Pakistańczyków i Hindusów "OK, boss" - "Yes, boss" - "Good, boss" ("W porządku szefie - Tak, szefie - Dobrze, szefie"). Pan trener nie znosił kiedy ktoś mówił że koń nie idzie cudownie!!!
No i w ten sposób, nie wiedząc o tym, dałam się wziąć na celownik.

Robiło się równiez inne rzeczy, na przykład przerywanie grzywy koniom. Konie wyścigowe mają mieć grzywy krótkie, na jakieś 10 cm długości.
Przyjechała raz nowa klacz, dwulatka, zakupiona w Irlandii za jakieś grosze, bodajże 1800 euro. Wraz z drugim kierowcą (koniowozu) zostałam wysłana by doprowadzić kobyłę do porządku.
Nie było to najłatwiejsze zadanie, klacz wściekała się, wyrywała, stawała dęba, kopała przednimi nogami. Zawiesliliśmy więc derkę na jej szyi, w ten sposób żeby zwisała z przodu na ziemię i tym samym zasłaniała nas od kopniaków. Dutka nic nie wskórała więc załozylismy lip chain - pasek na górne dziąsło (notabene jedyna metoda jaka działa na Kamphorę) i jakoś, z wielkim trudem, przerwaliśmy jej tę grzywę.
Następnego dnia ktoś, chyba koniuszy, powiedział mi jak klacz ma na imię, podzieliłam się tą wiadomością z kierowcą - reakcją był wybuch śmiechu -  "Jak? Ona ma na imię Snow Fairy?! Hahahaha!!!..." (Snow Fairy - śniegowa wróżka).

Snow Fairy była później jednym z najbardziej znanych koni wyścigowych, wygrywając dla swoich właścicieli ponad cztery miliony funtów szterlingów w ciagu trzech sezonów, podczas któych biegała...

Metody treningowe przyprawiały czasem o ból głowy. Pamiętam pewien piątek, kiedy część koni poszła pracować na... pięciu lub sześciu torach, jeden po drugim. W sumie przejażdżka trwała jakies trzy godziny.
Następnego dnia konie te robiły robotę, czyli galopy (praca w tempie wyścigu, na codzień jeździ się wolniej).
W poniedziałek wszystkie oczywiście były kulawe.

Dostałam na kłusowanie kasztanowatą dwulatkę, była z jakiegoś - juz nie pamiętam, jakiego - powodu odstawiona na jakiś czas od pracy (zapewne była... kulawa...).
Kłusowaliśmy na kółku pod dachem, "szkoła" to się nazywało (school) - Anglicy na wszystko mają dziwne nazwy, w tym wypadku chodzi o szkolenie koni.
Dach nad nami, po bokach ściany, szerokośc jakieś 2 - 2,5 metra. Trener stał wewnątrz (dobrze go było widać bo ma za 190 wzrostu) a myśmy go kłusem mijali.
Ja przynajmniej próbowałam. Konie nienawidziły starego, nienawidziły tez jego głosu, najprawdopodobniej za ten wycisk ponad siły, jaki im dawał. Kasztanka też nienawidziła, do tego stopnia że zbliżając się do niego robiła się twarda w pysku (nieczuła na działanie wędzidła) i szła wprost na niego z błyskiem w oku i stulonymi uszami.
Zatrzymałam się prawie na trenerze, w końcu się odsunął, zły, mało powiedziane, wściekły (nawiasem mówiąc to on się chyba nigdy nie usmiecha). Znów dookoła i kasztanka znów na niego idzie, a ja nie jestem w stanie wykierować jej w bok.
Stary zaczyna machać rękami jak wiatrakiem i wrzeszczy "F**k off!!! F**k off!!!" ("Spier...!!! Spier...!!!").

Do tej pory zastanawiam się czy to było skierowane do kasztanki, czy do mnie...


W międzyczasie otrzymałam wiadomość o śmierci Bogdana Ziemiańskiego.Przepłakałam chyba dwa czy trzy wieczory; jeszcze kilka dni wcześniej rozmawiałam z Nim, telefonowałam w miarę regularnie, raz w tygodniu, cieszył się że przeprowadzamy się do Newmarket, jak zwykle opowiadał mi co tam słychać w stajni, co się dzieje na Służewcu...
Nie byłam w stanie pojechać na pogrzeb ponieważ dopiero niedawno rozpoczęłam nową pracę.

Żegnaj Trenerze, na zawsze pozostaniesz w mojej pamięci...



ciąg dalszy nastąpi...

Sunday, 12 January 2014

Część 5. Kamphora jedzie na szalonej kobyle, i to nie jednej

Najpierw część informacyjna ;). Doszłam do wniosku iż muszę ponumerować kolejne odcinki, ponieważ sama zaczynam się w nich gubić! Plan był na jeden, jedyny wpis... "krótka historia".. a tu zaczyna się robić całkiem długa historia... Dla Czytelników zaglądających tu po raz pierwszy, kolejne części, chronologicznie:
Część pierwsza, Część druga, Część trzecia, Część czwarta.
Za chwilę też zmodyfikuję troszkę tytuły postów, numerując je.

Zwrócono mi uwagę na konieczność słowniczka, więc wyjaśniam zwroty poddane w wątpliwość - stajnia płotowa to stajnia wyścigowa w której trenuje się głównie konie do wyścigów płotowych i przeszkodowych, stajnia płaska natomiast jest nastawiona prawie wyłącznie na gonitwy...płaskie ;-).

Jakby były jakieś inne wątpliwości, to pytajcie śmiało w komentarzach, ponieważ coś co jest dla mnie oczywiste, nie musi być oczywiste dla wszystkich, a mnie czasem zdarza się o tym zapominać! ;-)

No i oczywiście, mimo bardzo łaskawego traktowania mnie przez pracodawców, wszędzie byłam zatrudniona na papierach... Poza tym w czasie kiedy wyemigrowałam, nie można było dostać zasiłków "z automatu" jak obecnie, lecz należało przepracować co najmniej 12 miesięcy z dopuszczalną przerwą nie więcej niż 30 dni, w ciagu owego roku.
A o tym że mogę pobierać dodatek na dziecko, oraz dodatek do pensji tax credit, ze względu na niskie zarobki, dowiedziałam się dopiero po grubo ponad roku od czasu przyjazdu do UK...

                                                                      *   *   *


Wylądowałam więc w mrocznym i wilgotnym hrabstwie Gloucestershire. Stajnia mieściła się w dawnej oborze, na terenie dawnej farmy mlecznej. Myśmy mieścili się w przyczepie (mobile home) z tyłu tej oborostajni, z jednej strony była kamienna szopa, z drugie kamienny piętrowy budynek, wszystko cholernie stare i wilgotne.
W przyczepie było nie za ciepło i równiez wilgotno.
Praca, jak w typowej wiejskiej stajni wyścigowej, była raczej podobna do typowej pracy przy koniach szkółkowych, albo w jakiejś marnej prywatnej stadnince. Na rozgrzanie koni jeździło się na drogę, kłusować po asfalcie, tor miał długi zakręt i bardzo krótką prostą, więc nieraz konie ponosiły wprost do lasku.

W zimie większość koni wychodziła na cały dzień na padoki, czego za specjalnie nie lubiły - stać w zamarzającym błocie z pewnością nie jest szczytem końskich marzeń... Były też dwie czy trzy źrebne klacze, albowiem trenerostwo bawiło się również w hodowlę koni pełnej krwi. Wątpliwej jakości matki, kryte słabymi ogierami - dla mnie to kompletny bezsens, no ale cóż...

Boss wywodził się z amatorskich wyścigów płotowych czyli point-to-point a jego żona jechała kiedyś kilka płaskich wyścigów, jak większość dziewczyn pracujących w stajniach wyścigowych.
Kolekcję końskich zdjęć bossa mozna było podziwiać w stajennej... toalecie. Najlepszy widok był z pozycji siedzącej :-).

Znów zostałam doceniona, znów równo z M. mieliśmy najgorsze konie do jazdy. Zresztą czego mozna było się spodziewać, jeśli oprócz nas pracowała dwudziestoparoletnia dziewczyna która na wyścigach nie pracowała nigdy wcześniej, tylko w jakichś szkółkach itp, na koniach wyśigowych nie znała się kompletnie, oraz młody chłopak, marny, bez ręki do koni.
Dziewczyna piastowała wysoką funkcję, albowiem była koniuszym. I ja musiałam jej słuchać we wszystkim, jeśli chodzi o sprawy stajenne.
Trener miał podobne pojęcie o treningu, jak ta dziewczyna o zarządzaniu stajnią.

Któregoś dnia marnie przebiegły w wyścigach konie, zdecydowanie poniżej oczekiwań. Przed kolejnym wyjazdem boss kazał mi porządnie wyszorować i zdezynfekować koniowóz a klaczy, która miała pobiec, dzień przed wyścigiwm pobrał krew i wysłał ją kurierem do analizy mówiąc, że konia z wyścigu wycofa jeśli wyniki będą złe.
Pomiędzy liniami można było jasno wyczytać, Polaczki, ja was podejrzewam że wy mi czymś konie szprycujecie.
Wyniki były dobre, klacz pobiegła i finiszowała znów poniżej oczekiwań. Ale przynajmniej nie było już dane do zrozumienia, że ktoś w tym maczał palce.

Jeżdziłam na durnowatej sprinterce, rozbałowanej (czyli rozpuszczonej jak dziadowski bicz) do granic niemożliwości, po drodze tańczyła od burty do burty i robiła co chciała. Stępa też nie chciała iść tylko caplowała (podbieganie w stępie, ale żaden to kłus tylko męka dla jeźdźca!).
Wcześniej jeździła na niej szanowna pani koniuszy.

Któregoś dnia nie wytrzymałam, odwinęłam bat i przyłożyłam jej kilka razy. Zaczęła się jakby uspokajać, ale tylko na chwilę, więc trzepnęłam ją po tyłku raz jeszcze na co podskoczyła, wyskoczyła z drogi, wskakując na dwumetrową skarpę i na skarpie zatrzymała się tuż przed ogrodzeniem z drutu kolczastego. Za drutem pasły się krowy.
Co miałam zrobić? Instynkt wyćwiczony przez lata kazał mi w ułamku sekundy po zatrzymaniu się na skarpie zeskakiwać w błyskawicznym tempie. Drut był na wysokości około metra dwudziestu, a siedzenie na koniu skaczącym z miejsca taką przezkodę to proszenie sie o kłopoty.

Zeskoczyłam, odwrotnie niz normalnie, na prawą stronę ponieważ tylko tam mogłam bezpiecznie wylądować, z drugiej strony groziło mi stoczenie się po skarpie - albo wpadnięcie na ogrodzenie.

Nieraz trzeba podejmować szybkie decyzje, jak mówił Napoleon Bonaparte, dobra decyzja to szybka decyzja.

Klacz skoczyła bo nie miała innego wyjścia, na całe szczęście bez pasażera; w rezultacie miała tylko lekkie zaharatanie na tylnej nodze. Już jej więcej do jazdy nie dostałam! Wróciła do pani koniuszy, na dalsze rozpuszczanie.

Inna klacz, też niezbyt przyjemna do jazdy, w wygranym wyścigu złamała nogę, było to właściwie pęknięcie więc stała w stajni w gipsie, trener bardzo rozważnie postawił ja w największym boksie gdzie w dodatku miała widok na drogę, którą prowadzało się konie na padoki - oraz na kawałek padoków - więc dzień w dzień szalała po tym boksie z gipsem na przedniej nodze.

A jak już przyszło ten gips jej zdjąć, to trzeba było wdrażać klacz spowrotem do pracy. Żeby to zrobić, ktoś musiał na nią wsiąść.
O dziwo, tym kimś byłam ja.

Na początku wpakowali jej tabletki uspokajające, częsta praktyka w Wielkiej Brytanii, koń dostaje głupiego jasia i idzie pod siodło.
Na Służewcu najlepszą tabletką był dobry jeździec który nie dawał się wysadzić z siodła.

Na tabletkach klacz pochodziła może dzień albo dwa. Później jak zwykle chcieli mnie na nią podsadzić w stajni ale uparłam się że wsiądę na zewnątrz - i bardzo dobrze wyczułam że to będzie bezpieczniejsze  -  od razu próbowała ze mnie zrobić wiatrak, ledwo zdążyłam włożyć stopy w strzemiona. Na szczęście zawsze dobrze trzymałam się nogami (podstawa! ręce służą do czego innego!), więc dzikie wyskoki zdały się na nic.
A jak już zaczęła chodzić na tor i uspokoiła się, to dostał ją do jazdy Anglik.

Puściły mrozy, a wraz z mrozami puściła rura od wody u nas w przyczepie. Zwyczajnie wstałam rano, a tu powódź.
Zdarza się to czasami, szczególnie jeśli rury nie są zabezpieczone.
Oczywiście wina była nasza, chociaż nie my bylismy za rury odpowiedzialni.
Dostalismy kilkustronicowy kontrakt dotyczący warunków zakwaterowania. Rzecz jasna były to warunki nam stawiane.

Z wielu powodów nigdy nie chciałam zamieszkać w słynnym mieście Newmarket, kolebce wyścigów konnych, ale w końcu miałam juz dosyć szwendania się po kraju po dziwacznych i bylejakich stajenkach.
Złamałam się więc i szybko znalazłam pracę w jednej z lepszych stajni.

nie mam żadnych zdjęc z tego okresu, więc niech będzie tor wyścigowy w Leicester... z czasu pierwszej pracy

ciag dalszy nastąpi...

Saturday, 11 January 2014

Część 4. Kamphora ma dosyć zimnej chałupy i noszenia gnoju na plecach

W pracy, oprócz fajnych Czechów i panikujących Anglików mielismy też Brazylijczyka, akurat z tych białych.
Niezły z niego był jajcarz. Jechalismy raz do pracy w niedzielę rano (wyspac się mozna, bo pracę zaczyna się dopiero o ósmej!), a drogą jeździli rowerzyści ponieważ to akurat była bardzo mało uczęszczana okolica, pagórkowata, w dodatku z punktami widokowymi. Rowerzyści tacy poubierani w lycry i inne takie, jak to się tam zwie u tych na kolarzówkach.
Jechalismy naszym samochodem, ponieważ w weekendy zawsze zabieralismy się razem (praca zmianowa). Roger, ów Brazylijczyk, otworzył okno o krzyczał do mijanych rowerzystów: "Ludzie!!! Czy jesteście szaleni??!! Ludzie!!! Idźcie do domu!!! Wyśpijcie się!!!". Ledwo trzymałam kierownicę ze śmiechu. Nie wiem czy ktoś spadł z roweru z wrażenia, nie patrzałam w lusterko...

Roger właził tez na dziesięciometrowej wysokości słup popierający dach szopy w której stały traktory, właził pod sam dach, jak małpa.

Miał przyjechać do nas do pracy znajomy Polak ze Służewca, nie jeżdżący, na ziemię. Na imię miał on Mirek, a przezywany był Flufa, czego bardzo nie lubił, czemu trudno się dziwić. Podpuścilismy więc Rogera, aby, jak tylko zobaczy nowego kolegę, wykrzyknął na jego widok "Flufa, how are you!!!" ("Flufa, jak się masz!"). Wersja była taka, że zna Flufę ze służewieckiego międzynarodowego czempionatu dżokei w którym rzekomo brał udział, a Flufa rzekomo prowadził jego konia do wyścigu.
M. jakimś cudem tego dnia nie był smutny od rana, więc mógł prowadzić, został zwolniony z przejażdżek i pojechał odebrać kolegę na Heathrow, albowiem Flufa jak pan hrabia, podrózował LOTem a nie jakimiś tam tanimi liniami.

Mirek miał zamieszkać u nas jako że mieliśmy wolną sypialnię. Rozpakował się, rozejrzał, pogadaliśmy a wieczorem przyjechał z nami do stajni zapoznać się z pracą i ludźmi.
Roger już tylko czekał. Wyskoczył ze stajni, złapał Mirka w objęcia i woła: "Flufa, my friend good to see you! Flufa, how are you!" ("Flufa, mój przyjacielu, jak dobrze cię widzieć! Flufa, jak się masz!").
Mirek zgłupiał kompletnie, zamurowało go. Angielskiego to on ani be ani me, ale załapał i mówi kompletnie zdziwiony po polsku "On mnie zna!". Zdziwiony ale i zadowolony całkiem. A Roger zaczął nawijać nagraną bajeczkę, która przybyszowi "tłumaczylismy" - numer godny dawnych czasów na Słuzewcu!

Ogrzewanie gazowe domu kosztowało piekielnie duzo, dogrzewalismy sie więc marnym kominkiem w pokoju na dole, który to pokój był zawilgocony od strony ściany szczytowej. Do tego marne, stareńkie okna z pojedynczymi szybami, na pewno pamiętające czasy królowej Wiktorii.
Sypialnie były więc wogóle nieogrzane, poza tym jak usiadłam i policzyłam ile pieniędzy idzie na wynajem + opłaty + podatek + paiwo na dojazdy do pracy, to złapałam się za głowę. Na samo paliwo wychodziło miesięcznie prawie 200 funtów, a to w czasie kiedy ceny benzyny nie były tak wyśrubowane jak obecnie.
Trochę dosyc też miałam wiecznego dźwigania płacht z gnojem, musiałam uzywać dwóch kurtek, jedną do gnoju a drugą do innej pracy, bo przecież jak płachtę rozkłada się na ziemi w boksie, to trudno żeby była nieskazitelnie czysta, mimo codziennego mycia pod szlauchem.

Kolejną, może nie aż tak istotną sprawą, lecz faktem było, iz M. jest na wylocie z pracy, dostał już dwa ostrzeżenia, ustne i pisemne, a trzecie kończy się wywałką.
Bo jakoś tak mu zawsze smutno było, że lubił się nawalić i nawalony przyjść do wieczornej pracy, bo do rannej jakoś się nie odważył (w porównaniu do poprzedniej pracy, gdzie zresztą inny kolega z Polski przyjechał, no i taki był smutny że razem z siodłem zjechał pod koński brzuch bo zapomniał sobie popręgów podciągnąć, a dojść już do stajni nie był w stanie).

Zdecydowałam się więc szukać pracy, znalazłam szybko, nastąpiła kolejna przeprowadzka.

Trening koni był dziwaczny, tor roboczy idiotyczny, długa prosta i zakręt, to jak galopy robić jak się przecież jedzie na końcówkę - ale nie, tutaj ruszało się z przyjęcia z asfaltu aż iskry spod kopyt szły, zasuwało po prostej i potem brało na siebie (czyli wstrzymywało konia). Konie ledwo mozna byo trzymać jak skręcało się w stronę toru, wyrywały się jak głupie.
Po zimie do galopów uzywany był tor zielony, trawiasty. Wyglądało to następująco: najpierw trzeba było konie zmusić do przejścia przez rzeczkę, o szerokości jakichs 4 metrów, gdzie woda koniom sięgała po brzuchy.
Konie wyścigowe to nie pokorne szkółkowe szkapy.
Jak już pierwsza część przeprawy była załatwiona (uczestniczyli w niej stajenni oraz trener i jego żona trzymająca długi bat, uderzająca gdzie popadnie - mozna było dostac po plecach, i krzycząca na konie, wraz z mężem, "Go on! Go on!" - "Dalej! Dalej!") - trzeba było przejechać jezcze strumyk i zarosla - i juz bylismy na torze.
Na "torze" pasły się owce. Przez ruszeniem koni trener jechał swoim autem i trąbił, owce uciekały a z tyłu szły konie.

Takiego cyrku nie widziałam jak zyję. Nie dość że to było kompletnie dziwaczne, to w dodatku niebezpieczne.
Nie wspomnę o rozpadającym się sprzęcie, pękło mi kiedys puślisko, popręg pękł mi dwa razy i na całe szczęście że popręgi były dwa jak nalezy, a nie pojedynczy, sportowy jak w wielu stajniach wyścigowych w UK (co za cholerny brak profesjonalizmu).
Popręgi były stare, powyciagane, i ciężko było dopasować cos na konia, a jak skręciłam zewnętrzny, tak jak za dawnych lat robiło się na Służewcu, to dostałam straszliwy opieprz! A przeciez ja to robiłam ze wzgledu na bezpieczeństwo!

Wjeżdżalismy kiedyś na tor od asfaltu, który opisałam wcześniej. Ruszalismy w odpowiednich odległosciach, jeden odskoczył, dopiero się dugi szykował itd. Miałam młodego, nie bieganego ogiera, oczywiście nieprzyjemnego do jazdy jak większość koni z tej stajni, ciagnął strasznie, wyrywał ręce.
M. ruszył, za nim był Angielka, za Angielką ja. Wjechała na tor, ruszyła tylko po to żeby za sekundę wziąć na siebie, ja ruszyłam i już nie mogłam wyhamować, zobaczyłam tylko kopyto przed oczami i za chwilę wszystko zasłoniła krew.
Przejechałam, szefostwo widziało (i słyszało ode mnie) co się stało ale jakoś wogóle jakos się nie przejęło, byli razem z właścicielami tego konia który mnie kopnął. Pojechali do domu trenera na herbatkę.
A ja sobie tylko obcierałam rękawem krew z twarzy.

Powiedziałam koniuszemu że muszę pojechac do szpitala żeby sprawdzić co jest, dobra tylko idź do trenera im powiedz, poszłam więc zapukać do trenerostwa, otworzyła mi stara, z miną typu "czego tu", mówię że M. mnie zabierze do szpitala, możemy się spóźnić na wieczorną pracę. "Dobrze" usłyszałam, i drzwi się zamknęły.

W szpitalu oczywiście kolejka kilkugodzinna na oddziale wypadkowym, czy coś pęknięte nie mogli ustalić z powodu opuchlizny (jakby mnie przyjęli wcześniej, to by ustalili...), więc miałam wrócić za tydzień.

W pracy na nastepny dzień miałam przydzielone konie do jazdy, jakby nic sie nie wydarzyło. Powiedziałam że nie czuję się na tyle dobrze by jeździć, miałam zresztą najprawdopodobniej lekki wstrząs mózgu (objawy znam aż za dobrze, z autopsji oczywiście). Do pracy chyba nie poszłam przez dwa czy trzy dni, jak wróciłam to trener uparcie ustawiał mi przejażdzki ale ja autentycznie obawiałam się wsiadać na konia, jeszcze pół biedy jakby konie były w miarę spokojne i w miarę normalne... tak więc wywalałam gnój z boksów, wróciłam do jazdy dopiero po powtórnej wizycie w szpitalu i przeswietleniu, miałam niesamowicie duzo szczęścia bo skończyło się tylko blizną pomiędzy brwiami...

Jakoś w międzyczasie, wczesniej czy później, jechałam na wyścigi z końmi i przykazałam M. że jesli będzie znów smutny to żeby broń Boże nie wsiadał na Kamphorę (trenowałam ja pomału), no i oczywiscie że wsiadł, nawalony jak szpak, poniosła go, zleciał (bardzo mu tak dobrze!) no ale od tej pory Kamphora już nigdy nie dawała na siebie wsiadac po strzemieniu.

Jakiś czas później - już nie pamiętam z jakiego powodu, czy sam się zwolnił, czy jego wywalili - ta druga opcja jest dużo bardziej prawdopodobna - M. musiał znaleźć nowa pracę, gdzie ja po miesiącu zmuszona byłam się równiez przenieść ponieważ dostałam wypowiedzenie, "W świetle obecnej krajowej sytuacji ekonomicznej..." zaczynało się: musieli na coś zwalić, a sytuacja musiała byc na tyle zła, że nie dostałam ani grosza za ostatni przepracowany tam miesiąc...

(PS pan trener nadal jeździł kilkoma autami, w tym lexusem ;-))
Kamphora wśród owiec

ciąg dalszy nastąpi...

Friday, 10 January 2014

Część 3. Kamphora bierze rozwód i spada z konia

Przy wczorajszym poście zapomniałam dodać, że na moim wniosku o zasiłek wypadkowy żona trenera zmieniła datę, jaką wpisałam - podejrzewam że z powodu, iż w księdze wypadków, obowiązkowej w każdej stajni, była czysta, niezapisana kartka... Tak samo później dowiedziałam się, jak to jeden z (byłych wówczas) pracowników miał wywrotkę z koniem, który podczas galopu wpadł kopytem w jamę króliczą, w wyniku czego stracił przytomność.
Co zrobiłby pracodawca w takiej sytuacji? Odpowiedź sama się nasuwa, oczywiście że wezwałby karetkę pogotowia.
Ale nie mój drogi boss. Podjechali na tor vanem, wrzucili nieprzytomnego na pakę i zawieźli do kantyny - tej samej, gdzie ja parę miesięcy później zwijałam się z bólu.

Człowiek miał dużo, dużo szczęścia, wyszedł cało bez połamanego kręgosłupa i paraliżu. Później pracował jako taksówkarz, dał sobie spokój z końmi.

W międzyczasie też zdążyłam być w Polsce i sfinalizować rozwód, który ciągnął się już siedem lat. Też tam szopki odchodziły niezłe, na przykład sędzinie zaczęła komórka dzwonić w torebce i ona tę komórkę wyciagała dość długo, wyciągnęła w końcu, a to była taka cegła przedpotopowa, samsung przeogromny, to ona pewnie w celu samoobrony nosiła, zeby komus nią w łeb przywalić w ciemnej uliczce - a może to tylko owej sędziny życzenie było pobożne, bo tylko jakiś desperat chciałby się na nią rzucić jeśli wziąć pod uwagę urodę... Uroda raczej pod Łysą Górę podchodziła, a i włoski pani sędzina czarne miała, i nos nieco haczykowaty...
W każdym razie rozwód dostałam, po wieloletnich utarczkach, musiałam najpierw kilka lat wstecz dostać sądowną separację bo idiota pan małżonek, pijak i damski bokser, twierdził że mnie kocha nad życie i rozwodu nigdy mi nie da.
No ale to już inna historia, też całkiem długa, więc na razie ograniczę się do tasiemca emigracyjnego, albowiem jak zauważyłam jestem dopiero w marnych początkach, więc saga z tego może jeszcze powstać...


Tak więc oddałam mieszkanie (moi sąsiedzi na pewno byli szczęśliwi, że Polacy się wynieśli) i ruszyliśmy na południe, pracować w stajni płotowej, która była w krajowej czołówce.

Z domu, który wynajęlismy, było jakieś 10-15 minut samochodem do stajni. Dom, stary szeregowy wiktoriański cottage, skrajny, i jak się okazało z racji tej skrajności, piekielnie zawilgocony. Obok mieszkali Czesi, z którymi przyszło nam pracować, bardzo fajni ludzie z którymi kontakt mam do dzisiaj.
W pracy do gnoju taczek nie było, lecz płachty, czyli mucksacks (dosłownie: worki na gnój). Rozkładało się taką płachtę w boksie, nakładało widłami gnój, zarzucało na plecy i szło do przyczepy, po schodkach, pozbyć się zawartości.
Co prawda z tym zarzucaniem to różnie było, na ogół prosiło się sąsiada obok żeby pomógł, bo płachty ciężkie były. Ganiało się rano w pocie czoła, biegiem prawie, dobrze jak ktoś miał konie w lepszej stajni które stały na papierze, ale konie z gorszej stajni (rekonwalescenci, młodzież) stały na słomie. W sumie mieliśmy po 3,4 konie przydzielone do roboty.
Pamiętam jedną Czeszkę, młodą, niską i chudą dziewczynę, jak niosła na plecach taką płachtę wypełnioną po brzegi gnojem to aż ja rzucało na boki, a spod płachty widać było tylko chude nogi, od kolan w dół.

W stajniach płotowych jest generalnie lepsza atmosfera niż w płaskich, nie ma zawiści, konkurencji i wbijania noza w plecy.
Mielismy durnego (i wrednego donosiciela) koniuszego, to wszyscy robiliśmy sobie z niego żarty i podpuszczalismy przy wieczornej robocie, a on latał jak głupi.
Trener przychodził rano do hali gdzie kłusowalismy i każdemu z osobna mówił "dzień dobry", po imieniu. Szanował ludzi. Co prawda potrafił zdrowo opierniczyć, "w locie", jak stał na górce pod która kentrowalismy, widział wszystko jak na dłoni i nieraz wydarł się na kogoś, a głos miał donośny, prawie tak donosny jak ja (przyznaję, że lepiej umiem ryknąć...). Ale jak ja raz jedyny dostałam opieprz to nie krzykiem i nie od bossa, ale juz po pracy asystent do mnie podszedł, poprosił mnie na bok i przepraszającym głosem powiedział że trener prosi, zebym nie odwijała bata pod samą górką tylko pukała konia po łopatce.

Jeszcze na początku, pierwszego dnia, dostałam do jazdy siwą, sześcioletnią klacz, która dopiero niedawno zaczęła pracować (konie stricte płotowe są zajeżdżane dopiero w wieku 4,5,6 lat). Po przejażdżce asystent powiedział do mnie, boss zdecydował że zostawimy cię na niej bo ona pod tobą idzie.
Później dowiedziałam się, że klacz ledwo co człapała się pod górkę wcześniej i nic a nic nie poprawiała.

Bardzo siwą lubiłam, pięknie kentrowała na górce, wyfitowała się i zaczęlismy robić co sobota galopy łeb w łeb z innymi końmi, "on the mile" ("na mili"), na trawiastym torze na szczycie pagórka.
Nie wiem co jest z wieloma Anglikami, oni się boją jeździć blisko siebie a ja nauczona na Służewcu przysuwałam się tak do drugiego konia, że brzęczały strzemiona, moje i jeźdźca obok, uderzając o siebie. A oni krzyczeli w panice, odsuń się!

W jakimś momencie trener kazał mi załozyć bungee, czyli gumowe wypinacze idące od popręgu do kółek wędzidła. Siwa nigdy nie zadzierała głowy i nie uważałam że sa jej potrzebne, ale z bosem się nie dyskutuje. Ostatecznie trener ma zawsze rację... nawet gdy jej nie ma.

Kiedys w sobotę robiliśmy galop, była gesta mgła. Ja na siwej od zewnętrznej, z prawej strony dwa konie (jeździlismy nie tylko dwójkami, ale trójkami i czwórkami). Szła pięknie, wyciagała się, nie musiałam ani jej wysyłac, ani dotknąć batem, złozyłam się, przytrzymywałam lekko cugle, a ona płynęła jak marzenie.
Tuz po minięciu celownika poczułam że coś się stało. Zdałam sobie sprawę że bungee pękły i wiszą gdzieś, ciągnąc się od popręgu. Zaczęłam zatrzymywać, delikatnie, żeby nie spłoszyć konia a pusliska miałam - oczywiście - zaledwie 20 centymatrów długosci, więc kazdy koński wyskok w bok mógł mnie wyekspediować w powietrze jak torpedę.
Kolega jadący obok, jeden z tych panikarzy Anglików, zauważył co się stało i wrzasnął: "Aldona, your bungee is broken!!!" ("Aldona twoje bungee jest pęknięte!!!"). Wrzasku przestraszyła się klacz, dała w lewo, mnie wytorpedowało w ułamku sekundy, no i mam nadzieję że Anglik był z siebie zadowolony.

Jako że była gesta mgła a koń siwy, duzo krzaków i zarosli a teren w sumie 500 hektarów, to znalezienie klaczy zabrało bossowi chyba dwie godziny, najpierw pojechałam z nim landroverem ale nie było szansy dojrzeć czegokolwiek a ja zaraz musiałam siodłać kolejnego konia, boss w końcu znalazł ją w lasku, wlazła gdzieś w krzaki i wyjść nie mogła, cała pokaleczona i zakrwawiona.
Po wyleczeniu chodziła jakis czas "pod dziewczynkami", czyli pod lekkimi, delikatnymi jeźdźcami, a po tygodniu wróciła do mnie.
Zapisana do bumpera, czyli wyścigu płaskiego dla koni płotowych, na debiut, podczas wielkiego festiwalu w Cheltenham.
Pobiegła w stawce chyba 25 koni, była dziewiąta. Boss przyszedł do nas na rampę kiedy ładowaliśmy konie na powrót do domu, nie robił tego normalnie, i do mnie kilka razy powiedział "I am very pleased, I am very pleased, good job Aldona" ("Jestem bardzo zadowolony, dobra robota, Aldona").
Ależ boss, mówię, gdyby dżokej bliżej siedział to może by się na piąte załapał! Nieważne, odparł trener, ona bardzo dobrze przebiegła.

Później okazało się, że siwej pękła przednia noga w tym wyścigu - i odeszła do domu.

pożegnanie z siwą

W międzyczasie, między pracą a pracą zaczęłam zajeżdżać Kamphorę, do której zabrałam się z pewną rezerwą znając jej charakterek (bardzo dominująca wobec innych koni), najpewniej odziedziczony po tatusiu i po dziadku, Green Desert. Ale zajeździć się dała bez żadnych wyskoków, co wróżyło juz na przyszłość: konie trudne do zajażdżki sa później bardzo dobre do jazdy, konie łatwe do zajażdżki - wręcz odwrotnie...

trzyletnia Kamphora



ciąg dalszy nastąpi...