W pracy, oprócz fajnych Czechów i panikujących Anglików mielismy też Brazylijczyka, akurat z tych białych.
Niezły z niego był jajcarz. Jechalismy raz do pracy w niedzielę rano (wyspac się mozna, bo pracę zaczyna się dopiero o ósmej!), a drogą jeździli rowerzyści ponieważ to akurat była bardzo mało uczęszczana okolica, pagórkowata, w dodatku z punktami widokowymi. Rowerzyści tacy poubierani w lycry i inne takie, jak to się tam zwie u tych na kolarzówkach.
Jechalismy naszym samochodem, ponieważ w weekendy zawsze zabieralismy się razem (praca zmianowa). Roger, ów Brazylijczyk, otworzył okno o krzyczał do mijanych rowerzystów: "Ludzie!!! Czy jesteście szaleni??!! Ludzie!!! Idźcie do domu!!! Wyśpijcie się!!!". Ledwo trzymałam kierownicę ze śmiechu. Nie wiem czy ktoś spadł z roweru z wrażenia, nie patrzałam w lusterko...
Roger właził tez na dziesięciometrowej wysokości słup popierający dach szopy w której stały traktory, właził pod sam dach, jak małpa.
Miał przyjechać do nas do pracy znajomy Polak ze Służewca, nie jeżdżący, na ziemię. Na imię miał on Mirek, a przezywany był Flufa, czego bardzo nie lubił, czemu trudno się dziwić. Podpuścilismy więc Rogera, aby, jak tylko zobaczy nowego kolegę, wykrzyknął na jego widok "Flufa, how are you!!!" ("Flufa, jak się masz!"). Wersja była taka, że zna Flufę ze służewieckiego międzynarodowego czempionatu dżokei w którym rzekomo brał udział, a Flufa rzekomo prowadził jego konia do wyścigu.
M. jakimś cudem tego dnia nie był smutny od rana, więc mógł prowadzić, został zwolniony z przejażdżek i pojechał odebrać kolegę na Heathrow, albowiem Flufa jak pan hrabia, podrózował LOTem a nie jakimiś tam tanimi liniami.
Mirek miał zamieszkać u nas jako że mieliśmy wolną sypialnię. Rozpakował się, rozejrzał, pogadaliśmy a wieczorem przyjechał z nami do stajni zapoznać się z pracą i ludźmi.
Roger już tylko czekał. Wyskoczył ze stajni, złapał Mirka w objęcia i woła: "Flufa, my friend good to see you! Flufa, how are you!" ("Flufa, mój przyjacielu, jak dobrze cię widzieć! Flufa, jak się masz!").
Mirek zgłupiał kompletnie, zamurowało go. Angielskiego to on ani be ani me, ale załapał i mówi kompletnie zdziwiony po polsku "On mnie zna!". Zdziwiony ale i zadowolony całkiem. A Roger zaczął nawijać nagraną bajeczkę, która przybyszowi "tłumaczylismy" - numer godny dawnych czasów na Słuzewcu!
Ogrzewanie gazowe domu kosztowało piekielnie duzo, dogrzewalismy sie więc marnym kominkiem w pokoju na dole, który to pokój był zawilgocony od strony ściany szczytowej. Do tego marne, stareńkie okna z pojedynczymi szybami, na pewno pamiętające czasy królowej Wiktorii.
Sypialnie były więc wogóle nieogrzane, poza tym jak usiadłam i policzyłam ile pieniędzy idzie na wynajem + opłaty + podatek + paiwo na dojazdy do pracy, to złapałam się za głowę. Na samo paliwo wychodziło miesięcznie prawie 200 funtów, a to w czasie kiedy ceny benzyny nie były tak wyśrubowane jak obecnie.
Trochę dosyc też miałam wiecznego dźwigania płacht z gnojem, musiałam uzywać dwóch kurtek, jedną do gnoju a drugą do innej pracy, bo przecież jak płachtę rozkłada się na ziemi w boksie, to trudno żeby była nieskazitelnie czysta, mimo codziennego mycia pod szlauchem.
Kolejną, może nie aż tak istotną sprawą, lecz faktem było, iz M. jest na wylocie z pracy, dostał już dwa ostrzeżenia, ustne i pisemne, a trzecie kończy się wywałką.
Bo jakoś tak mu zawsze smutno było, że lubił się nawalić i nawalony przyjść do wieczornej pracy, bo do rannej jakoś się nie odważył (w porównaniu do poprzedniej pracy, gdzie zresztą inny kolega z Polski przyjechał, no i taki był smutny że razem z siodłem zjechał pod koński brzuch bo zapomniał sobie popręgów podciągnąć, a dojść już do stajni nie był w stanie).
Zdecydowałam się więc szukać pracy, znalazłam szybko, nastąpiła kolejna przeprowadzka.
Trening koni był dziwaczny, tor roboczy idiotyczny, długa prosta i zakręt, to jak galopy robić jak się przecież jedzie na końcówkę - ale nie, tutaj ruszało się z przyjęcia z asfaltu aż iskry spod kopyt szły, zasuwało po prostej i potem brało na siebie (czyli wstrzymywało konia). Konie ledwo mozna byo trzymać jak skręcało się w stronę toru, wyrywały się jak głupie.
Po zimie do galopów uzywany był tor zielony, trawiasty. Wyglądało to następująco: najpierw trzeba było konie zmusić do przejścia przez rzeczkę, o szerokości jakichs 4 metrów, gdzie woda koniom sięgała po brzuchy.
Konie wyścigowe to nie pokorne szkółkowe szkapy.
Jak już pierwsza część przeprawy była załatwiona (uczestniczyli w niej stajenni oraz trener i jego żona trzymająca długi bat, uderzająca gdzie popadnie - mozna było dostac po plecach, i krzycząca na konie, wraz z mężem, "Go on! Go on!" - "Dalej! Dalej!") - trzeba było przejechać jezcze strumyk i zarosla - i juz bylismy na torze.
Na "torze" pasły się owce. Przez ruszeniem koni trener jechał swoim autem i trąbił, owce uciekały a z tyłu szły konie.
Takiego cyrku nie widziałam jak zyję. Nie dość że to było kompletnie dziwaczne, to w dodatku niebezpieczne.
Nie wspomnę o rozpadającym się sprzęcie, pękło mi kiedys puślisko, popręg pękł mi dwa razy i na całe szczęście że popręgi były dwa jak nalezy, a nie pojedynczy, sportowy jak w wielu stajniach wyścigowych w UK (co za cholerny brak profesjonalizmu).
Popręgi były stare, powyciagane, i ciężko było dopasować cos na konia, a jak skręciłam zewnętrzny, tak jak za dawnych lat robiło się na Służewcu, to dostałam straszliwy opieprz! A przeciez ja to robiłam ze wzgledu na bezpieczeństwo!
Wjeżdżalismy kiedyś na tor od asfaltu, który opisałam wcześniej. Ruszalismy w odpowiednich odległosciach, jeden odskoczył, dopiero się dugi szykował itd. Miałam młodego, nie bieganego ogiera, oczywiście nieprzyjemnego do jazdy jak większość koni z tej stajni, ciagnął strasznie, wyrywał ręce.
M. ruszył, za nim był Angielka, za Angielką ja. Wjechała na tor, ruszyła tylko po to żeby za sekundę wziąć na siebie, ja ruszyłam i już nie mogłam wyhamować, zobaczyłam tylko kopyto przed oczami i za chwilę wszystko zasłoniła krew.
Przejechałam, szefostwo widziało (i słyszało ode mnie) co się stało ale jakoś wogóle jakos się nie przejęło, byli razem z właścicielami tego konia który mnie kopnął. Pojechali do domu trenera na herbatkę.
A ja sobie tylko obcierałam rękawem krew z twarzy.
Powiedziałam koniuszemu że muszę pojechac do szpitala żeby sprawdzić co jest, dobra tylko idź do trenera im powiedz, poszłam więc zapukać do trenerostwa, otworzyła mi stara, z miną typu "czego tu", mówię że M. mnie zabierze do szpitala, możemy się spóźnić na wieczorną pracę. "Dobrze" usłyszałam, i drzwi się zamknęły.
W szpitalu oczywiście kolejka kilkugodzinna na oddziale wypadkowym, czy coś pęknięte nie mogli ustalić z powodu opuchlizny (jakby mnie przyjęli wcześniej, to by ustalili...), więc miałam wrócić za tydzień.
W pracy na nastepny dzień miałam przydzielone konie do jazdy, jakby nic sie nie wydarzyło. Powiedziałam że nie czuję się na tyle dobrze by jeździć, miałam zresztą najprawdopodobniej lekki wstrząs mózgu (objawy znam aż za dobrze, z autopsji oczywiście). Do pracy chyba nie poszłam przez dwa czy trzy dni, jak wróciłam to trener uparcie ustawiał mi przejażdzki ale ja autentycznie obawiałam się wsiadać na konia, jeszcze pół biedy jakby konie były w miarę spokojne i w miarę normalne... tak więc wywalałam gnój z boksów, wróciłam do jazdy dopiero po powtórnej wizycie w szpitalu i przeswietleniu, miałam niesamowicie duzo szczęścia bo skończyło się tylko blizną pomiędzy brwiami...
Jakoś w międzyczasie, wczesniej czy później, jechałam na wyścigi z końmi i przykazałam M. że jesli będzie znów smutny to żeby broń Boże nie wsiadał na Kamphorę (trenowałam ja pomału), no i oczywiscie że wsiadł, nawalony jak szpak, poniosła go, zleciał (bardzo mu tak dobrze!) no ale od tej pory Kamphora już nigdy nie dawała na siebie wsiadac po strzemieniu.
Jakiś czas później - już nie pamiętam z jakiego powodu, czy sam się zwolnił, czy jego wywalili - ta druga opcja jest dużo bardziej prawdopodobna - M. musiał znaleźć nowa pracę, gdzie ja po miesiącu zmuszona byłam się równiez przenieść ponieważ dostałam wypowiedzenie, "W świetle obecnej krajowej sytuacji ekonomicznej..." zaczynało się: musieli na coś zwalić, a sytuacja musiała byc na tyle zła, że nie dostałam ani grosza za ostatni przepracowany tam miesiąc...
(PS pan trener nadal jeździł kilkoma autami, w tym lexusem ;-))
Niezły z niego był jajcarz. Jechalismy raz do pracy w niedzielę rano (wyspac się mozna, bo pracę zaczyna się dopiero o ósmej!), a drogą jeździli rowerzyści ponieważ to akurat była bardzo mało uczęszczana okolica, pagórkowata, w dodatku z punktami widokowymi. Rowerzyści tacy poubierani w lycry i inne takie, jak to się tam zwie u tych na kolarzówkach.
Jechalismy naszym samochodem, ponieważ w weekendy zawsze zabieralismy się razem (praca zmianowa). Roger, ów Brazylijczyk, otworzył okno o krzyczał do mijanych rowerzystów: "Ludzie!!! Czy jesteście szaleni??!! Ludzie!!! Idźcie do domu!!! Wyśpijcie się!!!". Ledwo trzymałam kierownicę ze śmiechu. Nie wiem czy ktoś spadł z roweru z wrażenia, nie patrzałam w lusterko...
Roger właził tez na dziesięciometrowej wysokości słup popierający dach szopy w której stały traktory, właził pod sam dach, jak małpa.
Miał przyjechać do nas do pracy znajomy Polak ze Służewca, nie jeżdżący, na ziemię. Na imię miał on Mirek, a przezywany był Flufa, czego bardzo nie lubił, czemu trudno się dziwić. Podpuścilismy więc Rogera, aby, jak tylko zobaczy nowego kolegę, wykrzyknął na jego widok "Flufa, how are you!!!" ("Flufa, jak się masz!"). Wersja była taka, że zna Flufę ze służewieckiego międzynarodowego czempionatu dżokei w którym rzekomo brał udział, a Flufa rzekomo prowadził jego konia do wyścigu.
M. jakimś cudem tego dnia nie był smutny od rana, więc mógł prowadzić, został zwolniony z przejażdżek i pojechał odebrać kolegę na Heathrow, albowiem Flufa jak pan hrabia, podrózował LOTem a nie jakimiś tam tanimi liniami.
Mirek miał zamieszkać u nas jako że mieliśmy wolną sypialnię. Rozpakował się, rozejrzał, pogadaliśmy a wieczorem przyjechał z nami do stajni zapoznać się z pracą i ludźmi.
Roger już tylko czekał. Wyskoczył ze stajni, złapał Mirka w objęcia i woła: "Flufa, my friend good to see you! Flufa, how are you!" ("Flufa, mój przyjacielu, jak dobrze cię widzieć! Flufa, jak się masz!").
Mirek zgłupiał kompletnie, zamurowało go. Angielskiego to on ani be ani me, ale załapał i mówi kompletnie zdziwiony po polsku "On mnie zna!". Zdziwiony ale i zadowolony całkiem. A Roger zaczął nawijać nagraną bajeczkę, która przybyszowi "tłumaczylismy" - numer godny dawnych czasów na Słuzewcu!
Ogrzewanie gazowe domu kosztowało piekielnie duzo, dogrzewalismy sie więc marnym kominkiem w pokoju na dole, który to pokój był zawilgocony od strony ściany szczytowej. Do tego marne, stareńkie okna z pojedynczymi szybami, na pewno pamiętające czasy królowej Wiktorii.
Sypialnie były więc wogóle nieogrzane, poza tym jak usiadłam i policzyłam ile pieniędzy idzie na wynajem + opłaty + podatek + paiwo na dojazdy do pracy, to złapałam się za głowę. Na samo paliwo wychodziło miesięcznie prawie 200 funtów, a to w czasie kiedy ceny benzyny nie były tak wyśrubowane jak obecnie.
Trochę dosyc też miałam wiecznego dźwigania płacht z gnojem, musiałam uzywać dwóch kurtek, jedną do gnoju a drugą do innej pracy, bo przecież jak płachtę rozkłada się na ziemi w boksie, to trudno żeby była nieskazitelnie czysta, mimo codziennego mycia pod szlauchem.
Kolejną, może nie aż tak istotną sprawą, lecz faktem było, iz M. jest na wylocie z pracy, dostał już dwa ostrzeżenia, ustne i pisemne, a trzecie kończy się wywałką.
Bo jakoś tak mu zawsze smutno było, że lubił się nawalić i nawalony przyjść do wieczornej pracy, bo do rannej jakoś się nie odważył (w porównaniu do poprzedniej pracy, gdzie zresztą inny kolega z Polski przyjechał, no i taki był smutny że razem z siodłem zjechał pod koński brzuch bo zapomniał sobie popręgów podciągnąć, a dojść już do stajni nie był w stanie).
Zdecydowałam się więc szukać pracy, znalazłam szybko, nastąpiła kolejna przeprowadzka.
Trening koni był dziwaczny, tor roboczy idiotyczny, długa prosta i zakręt, to jak galopy robić jak się przecież jedzie na końcówkę - ale nie, tutaj ruszało się z przyjęcia z asfaltu aż iskry spod kopyt szły, zasuwało po prostej i potem brało na siebie (czyli wstrzymywało konia). Konie ledwo mozna byo trzymać jak skręcało się w stronę toru, wyrywały się jak głupie.
Po zimie do galopów uzywany był tor zielony, trawiasty. Wyglądało to następująco: najpierw trzeba było konie zmusić do przejścia przez rzeczkę, o szerokości jakichs 4 metrów, gdzie woda koniom sięgała po brzuchy.
Konie wyścigowe to nie pokorne szkółkowe szkapy.
Jak już pierwsza część przeprawy była załatwiona (uczestniczyli w niej stajenni oraz trener i jego żona trzymająca długi bat, uderzająca gdzie popadnie - mozna było dostac po plecach, i krzycząca na konie, wraz z mężem, "Go on! Go on!" - "Dalej! Dalej!") - trzeba było przejechać jezcze strumyk i zarosla - i juz bylismy na torze.
Na "torze" pasły się owce. Przez ruszeniem koni trener jechał swoim autem i trąbił, owce uciekały a z tyłu szły konie.
Takiego cyrku nie widziałam jak zyję. Nie dość że to było kompletnie dziwaczne, to w dodatku niebezpieczne.
Nie wspomnę o rozpadającym się sprzęcie, pękło mi kiedys puślisko, popręg pękł mi dwa razy i na całe szczęście że popręgi były dwa jak nalezy, a nie pojedynczy, sportowy jak w wielu stajniach wyścigowych w UK (co za cholerny brak profesjonalizmu).
Popręgi były stare, powyciagane, i ciężko było dopasować cos na konia, a jak skręciłam zewnętrzny, tak jak za dawnych lat robiło się na Służewcu, to dostałam straszliwy opieprz! A przeciez ja to robiłam ze wzgledu na bezpieczeństwo!
Wjeżdżalismy kiedyś na tor od asfaltu, który opisałam wcześniej. Ruszalismy w odpowiednich odległosciach, jeden odskoczył, dopiero się dugi szykował itd. Miałam młodego, nie bieganego ogiera, oczywiście nieprzyjemnego do jazdy jak większość koni z tej stajni, ciagnął strasznie, wyrywał ręce.
M. ruszył, za nim był Angielka, za Angielką ja. Wjechała na tor, ruszyła tylko po to żeby za sekundę wziąć na siebie, ja ruszyłam i już nie mogłam wyhamować, zobaczyłam tylko kopyto przed oczami i za chwilę wszystko zasłoniła krew.
Przejechałam, szefostwo widziało (i słyszało ode mnie) co się stało ale jakoś wogóle jakos się nie przejęło, byli razem z właścicielami tego konia który mnie kopnął. Pojechali do domu trenera na herbatkę.
A ja sobie tylko obcierałam rękawem krew z twarzy.
Powiedziałam koniuszemu że muszę pojechac do szpitala żeby sprawdzić co jest, dobra tylko idź do trenera im powiedz, poszłam więc zapukać do trenerostwa, otworzyła mi stara, z miną typu "czego tu", mówię że M. mnie zabierze do szpitala, możemy się spóźnić na wieczorną pracę. "Dobrze" usłyszałam, i drzwi się zamknęły.
W szpitalu oczywiście kolejka kilkugodzinna na oddziale wypadkowym, czy coś pęknięte nie mogli ustalić z powodu opuchlizny (jakby mnie przyjęli wcześniej, to by ustalili...), więc miałam wrócić za tydzień.
W pracy na nastepny dzień miałam przydzielone konie do jazdy, jakby nic sie nie wydarzyło. Powiedziałam że nie czuję się na tyle dobrze by jeździć, miałam zresztą najprawdopodobniej lekki wstrząs mózgu (objawy znam aż za dobrze, z autopsji oczywiście). Do pracy chyba nie poszłam przez dwa czy trzy dni, jak wróciłam to trener uparcie ustawiał mi przejażdzki ale ja autentycznie obawiałam się wsiadać na konia, jeszcze pół biedy jakby konie były w miarę spokojne i w miarę normalne... tak więc wywalałam gnój z boksów, wróciłam do jazdy dopiero po powtórnej wizycie w szpitalu i przeswietleniu, miałam niesamowicie duzo szczęścia bo skończyło się tylko blizną pomiędzy brwiami...
Jakoś w międzyczasie, wczesniej czy później, jechałam na wyścigi z końmi i przykazałam M. że jesli będzie znów smutny to żeby broń Boże nie wsiadał na Kamphorę (trenowałam ja pomału), no i oczywiscie że wsiadł, nawalony jak szpak, poniosła go, zleciał (bardzo mu tak dobrze!) no ale od tej pory Kamphora już nigdy nie dawała na siebie wsiadac po strzemieniu.
Jakiś czas później - już nie pamiętam z jakiego powodu, czy sam się zwolnił, czy jego wywalili - ta druga opcja jest dużo bardziej prawdopodobna - M. musiał znaleźć nowa pracę, gdzie ja po miesiącu zmuszona byłam się równiez przenieść ponieważ dostałam wypowiedzenie, "W świetle obecnej krajowej sytuacji ekonomicznej..." zaczynało się: musieli na coś zwalić, a sytuacja musiała byc na tyle zła, że nie dostałam ani grosza za ostatni przepracowany tam miesiąc...
(PS pan trener nadal jeździł kilkoma autami, w tym lexusem ;-))
![]() |
Kamphora wśród owiec |
ciąg dalszy nastąpi...
Fruwające konie - lubię!
ReplyDeleteA ja nie znoszę... Mozna się nabawic kalectwa w ten sposób, zreszta jedna dwuletnia klacz zabiła się pod kolega na tym torze, i jego prawie też zabiła...
DeleteE, a ty o zdjęciu Kamphory przeciez ;-)
DeleteCzytam i czytam, i myślę, że Ty bardzo musisz kochać konie.
ReplyDeletePo tym wszystkim...
W Polsce miałam nie gorsze przypadki :)
Deletenigdy, przenigdy nie sadzilam, ze praca przy koniach moze byc az tak brutalna i nie mam tu naturalnie na mysli tych pieknych zwierzat ale opisywana przez Ciebie ludzka glupote... :(
ReplyDeletePieniądz rządzi swiatem przecież ;)
DeleteBardzo interesująca historia życia, chociaż niektóre momenty przerażające... Mam trochę osobiste pytanie: miałaś już wtedy córcię? Tułaliście się we trójkę?
ReplyDeleteWe czwórkę, bo z Kamphorą ;-)
DeleteMojej latorośli juz niewiele brakuje do pełnoletności.
Fajną ma mamę!
DeleteKocham konie, są piękne, a jednocześnie boję się ich.
ReplyDeleteWyścigowe to co innego, niz "normalne" ;-)
DeleteKamphoro, Twoje zycie to wielkie pasmo doswiadczen. Widac Twoja pasje, kochasz to co robisz, mimo tylu nieprzyjemnych sytuacji. Podziwiam :)
ReplyDeleteDo czasu ;) Ale o tym później ;)
DeleteKażdych się boję. Chyba uraz mam z dzieciństwa. Tam, gdzie mieszkałam, luzem pałętał się źrebak. Nigdy nie było wiadomo, skąd wyskoczy. On chyba jakiś patologiczny był. Gryzł wszystko, co się rusza, dzieciaki zwłaszcza. Może też miał traumę? W każdym razie parę razy mnie szczypnął znienacka. Może dlatego się boję. Nie wiem. Próbowałam się przełamać (córka jeździ), ale nie...
ReplyDeletePewnie młody ogierek, też mam takiego jednego zbója, tylko patrzy kiedy capnąc zębami znienacka. Idzie na sprzedaż, bo ja takie konie eliminuję u siebie.
DeleteKamphoro, moze Ty mi to wytlumaczysz. Dlaczego niektore konie maja czerwone pompony ? Ktos mi kiedys powiedzial, ze te co maja czerwone pompony gryza. O co tutaj chodzi ?
DeleteZawiesza się zapewne, jako znak ostrzegawczy że koń gryzie. Za dawnych lat koniom wplatało się czerwoną wstążkę w grzywę jesli gryzł, a w ogon - jeśli kopał.
DeleteNie pamiętam, czy to ogierek był, czy krewka klaczka? W każdym razie był. Dorósł. Mój Tata jeździł tzw. dokartem. Nie raz go ten zbój poniósł. Raz wrócił sam, z bryczką jeno i zaparkował z nią w stajni. Z dokartu zostały strzępy, a Tata wrócił piechotą.
ReplyDeleteJa bym się w szybkim tempie pozbyła. Konia. Mało brakowało zebym pozbyła sie Kaphory bo juz wyczeprywała moja cierpliwość kompletne, ale generalnie będzie się nadawać do jazdy na Podlasiu ponieważ właściwie to ona tylko nie lubi samochodów i lubi rządzic innymi końmi. A tak jednego jak i drugiego na mojej wiosce i sąsiednich jest niewiele.
DeleteHana, na dobranoc sie usmialam z tego zaparkowania :) Charakterny kon Wam sie trafil ;) i porzadny, bo do chalupy wrocil i jeszcze zaparkowal :)
DeleteTacie wtedy do śmichu nie było.
DeleteKazdy koń umie wrócić sam do domu, znajduje drogę bez problemu.
DeleteHana, wyobrażam sobie, bo to zupełnie jak śmierć zobaczyć, takie przygody...
Do dzisiaj się dziwię, że Tata z tych przygód wychodził cało. Z jakiegoś powodu lubił tego konia. Może właśnie za brak pokory i charakter?
DeleteMnie Kamphora też próbowała zabić ;)
DeleteJa odważna babka jestem ale jednego jestem pewna że nigdy bym nie byłabym wstanie pracować z końmi. Jak się człowiek boi to lepiej się za to nie brać. Podziwiam bo to ciężka i ryzykowna praca, ja w swoim życiu miałam kontakt tylko z Konikami Polskimi i bez siodła na takim koniu jeździłam po lasach. Ale to stary koń był ułożony przez wuja więc nie bałam się, co innego uczyć. Czekam na dalszy ciąg :)
ReplyDeleteCiekawa historia. Podziwiam Twoja sile (i nie tylko te fizyczna mam na mysli) Ja na koniach sie nie znam nic a nic, a nurtuje mnie pytanie: czy nie mozna bylo zamiast tej plachty uzywac taczek, tak jak piszesz, ze w Polsce sie uzywa???? Przeciez Anglicy tez (np w ogrodnictwie) korzystaja z 'wheelbarrow' wiec nie byloby problemu ze zdobyciem tego sprzetu (moze nawet byliby wdzieczni za pomysl racjonalizatorski ;-)
ReplyDeletePozdrawiam
A
To nie chodzi o zdobycie sprzętu, ale o to że taczka byłaby mało poręczna jako że z gnojem wchodziło się po schodach do przyczepy (pisałam wcześniej).
DeleteKamphoro, ja w życiu przeszłam wiele i też byłam nieugięta, ale w porównaniu z Tobą???!!!
ReplyDeleteLudzie pojęcia nie mają jak trzeba zap-------ć na obczyźnie na marny kawałek chleba!
No własnie nie mają, bo ci co na emigracji nie byli myślą że jest lekko łatwo i przyjemnie.
DeleteJeszcze dłuższą i ciekawszą historię mogłaby opisać moja mama, na emigracji w USA od 1997 roku. Też tam niezłe momenty przechodziła, na scenariusz filmowy to się nadaje.
Ja pracowałam we Włoszech, na legalnym etacie, takim z ubezpieczeniem i tak dalej....przeszłam swoje....nie mogąc znieść strasznego wykorzystywana zerwałam kontrakt i wróciłam do kraju po około 7-miu miesiącach
DeletePraca była bardzo odpowiedzialna, wymagająca dużej koncentracji, dlatego Włosi mieli tylko dwie dwunastki w ciągu miesiąca, a my stranierzy skolko godno, czyli dzień w dzień po 12 godz, aż nogi w dupę wchodziły...oczywiście za połowę stawki
Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma!
Ja też pracowałam jak najbardziej legalnie, cały czas na kontrakcie, nawet jeszcze mam papiery z kazdej pracy i odcinki z wypłat, no ale cóż z tego ;-)
DeleteWydawało by się, że jak na legalu to niby normalniej...ale niestety! Nie ważne czy na legalu, czy na czarno, jesteś z obcego kraju, więc zapier papier!
DeleteOtóż to. Nigdy we własnym kraju nie dostaniesz tyle kopniaków w tyłek...
DeleteOj, dostanie się, dostanie :( niestety wiem :(
DeleteWątpię żeby w takiej serii i z taką siłą
DeleteŚwietne obie Kamphory!
ReplyDeleteMyśmy mieli kobyłkę,która trasznie bała się samochodów ciężarowych,a już jak jakiś dźwig jechał,to "lądowaliśmy" z całą
furą(jeżdziliśmy na targ,bo mieliśmy ogród) w burcie (czyli takim wysokim rowie).
A jak bywali goście to Ojciec odwoził ich na pociąg ok.5 km,a potem ona sama wracała do domu (bo przecież po imieninach Tata był w stanie "nieważkości") i tak trafnie wjechała w bramę,że nic a nic nie zawadziła.Długo by o niej opowiadać.Zawsze sobie z braciakiem wspominamy tamte dzieje i mamy z tego jakby" terapię".
Ale dodam,że Ojciec nigdy jej nie uderzył,nawet bata nie miał,w zimie wodę jej podgrzewał,żeby sobie gardła nie przeziębiła.
To tak mnie na wspominki wzięło jak czytam tutaj o konikach.Ale widzę,że ciężkie jest życie na obczyźnie.Życzę Ci
Kamphoro żebyś jak najszybciej wróciła na swój kawałek ziemi i cieszyła się tym powrotem do "korzeni".
Pozdrawiam M
Konie sa niebywale inteligentne, ale niektóre mają swoje własne widzimisię, szczególnie klacze!
DeleteTa cała Anglia jawi mi się jako "Trzeci Świat" ... ;)
ReplyDelete