Ibis zapowiadał się na świetnego trzylatka,
klacze też. Pamiętam taki wyścig, spod lin oczywiście startowały. Było to 2200m,
a więc prawdopodobnie nagroda Iwna .
Udział brały najlepsze konie rocznika: Ibis, Olint, Oltis i chyba Kadyks, lecz
co do udziału Kadyksa mam pustkę w głowie. Sercem byłem z Ibisem Konie
szykowały się do startu, krążyły na oczach kilkutysięcznej widowni nerwowo. Na
Oltisie siedzial wówczas już weteran dżokejski M. Żuber. W pewnym momecie
usłyszeliśmy świst kopyt, któryś wystrzelił z zadu bardzo mocno i trafił
centralnie w kolano dżokeja Żubra.
Zapadła cisza. Pierwszy raz w życiu slyszałem,
jak na oczach tłumu dorosly facet płacze.
Zawiało grozą. Nie było zmiany jeźdźca, Oltis
został wycofany. Żuber schodząc płakał.
Trwała cisza.
Wyniku nie pamiętam, ale najprawdopodobniej
wygrał Kadyks, ktory później zwyciężył w derby, drugi Ibis, trzeci chyba Ochar,
tez z Iwna, od Otyki.
Należałoby teraz chronologicznie udać sie do
okrąglaka, czyli baru na trybunie drugiej, w którym zawsze wrzało jak w ulu.
Niekiedy, jak się człowiek przy kielichu zasiedział, wyścig oglądał z
uchylonych wierzei baru. Bywali tam dosłownie wszyscy, którzy grali bądź nie,
bez względu na zaangażowanie w grę. Specjalnością była golonka z wody, chrzan i
oczywiście pieczywo. Do tego kwaśniak, czyli kwaszony ogórek. Ziemniaki bywały
rzadko, ale kasza gryczana zawsze. Po piątym wyścigu golonki już nie było, były
za to zrazy z kaszą lub pieczeń. Kolejki do żarcia były gigantyczne, bo i ludzi
było mnóstwo. Kto dobrze popił, dobijał się browarem na ławce przed barem pod
tują. Zawsze przyjemnie było wypić po lufce z Wojtkiem, Paluchem lub z Kaziem Banaszakiem.
Przychodził też często Zdzicho Czarnecki
i Józio Kokosiński . W tym barze był klimat, jakiego dziś nigdzie na Służewcu
już nie ma.
Jak kończyły się dania gorące, braliśmy się za
nóżki lub tatar. Wielu graczy, chcących zmniejszyć sobie koszty, przychodziło z
wlasną flaszeczką, a w bufecie brali popitkę, szklankę i szkopki. Chodzily też
babcie z gorzalką, zawsze konspiracyjnie flaszka owinięta była gazetą.
Boże, jak to wszystko smakowało! Kończyło sie tatarkiem
lub jajkiem w majonezie. W międzyczasie badaliśmy grę, chodząc po kasach
stawialiśmy na ostatni gwizdek, czyli tuż przed zamknięciem kas. Wyniki
wywieszane były na tablicy, wielkiej jak ekran w kinie Iluzjon, naprzeciw
schodów wyjściowych z bufetu. Wszystko
bylo na swoim miejscu.
Nie wyrzekłem się gry pomimo wcześniejszych
postanowień. Żaba błota się nie wyrzeka!
Chciałbym jeszcze nadmienić dwa słowa o kamionce.
Otóż kamionki były to betonowe ławy, ustawione wzdluż całej trybuny pod oknami
hali. Służyły one jako ławki dla graczy, ale strasznie ciagnęło w tyłek od nich
zimno, więc słuzyły jako przystanek między bufetem a miejscem zamieszkania
graczy, którzy nadszarpnęli prawa fizyki i uzyskali nadmierne wartości przyciągania
ziemskiego. Aby odzyskać prawa
grawitacji, drzemali po wyjściu z bufetu na owych kamionkach, niektórzy
kilkukrotnie w ciągu jednego dnia wyścigowego. Po drzemce wracali do bufetu i
wtedy dostawali od znajomych pytanie: ile kamionek dziś zaliczyłeś? Ci co
zaliczali trzy, byli twardzielami.
Niech ktoś z ówczesnych bywalców bufetu z ręką
na sercu oświadczy, że nigdy takowej nie zaliczył.
Nikt w
to nie uwierzy.
(Waldi)
U trenera
Sałagaja spędzilem półtora roku, ale prawie całe dwa sezony. Trochę już miałem
dość tego przenoszenia się z jednego pustostanu do następnego, i dlatego wróciliśmy
do mieszkania z moją mamą na Ursynowie.
Kolejna
stajnia i kolejne, zupełnie inne doświadczenia. Wszystko bylo całkowicie inne i
do wszystkiego trzeba było sie przyzwyczajać od nowa. O ile u Bieleckiego paru
piło, ale po kryjomu, aby trener się nie dowiedział, tak tu piła cała męska załoga.
Często do godziny siódmej dwie flaszki były już obalone. Czasami i ja musiałem
się napić dla towarzystwa, bo ciągłe odmawianie wyglądalo dosyć dziwnie. Teraz
nie piję prawie wcale, kiedyś tak między 25 a 35 rokiem życia zdarzało to
sie trochę częściej, choć nigdy nie piłem dużo bo po prostu sie do tego nie
nadawałem. Raz że głowy nie miałem zbyt mocnej, a dwa - po ostrzejszym piciu
chorowałem przynajmiej dwa dni i w tym czasie do niczego się nie nadawałem. Do
picia trzeba mieć zdrowie.
Znałem
dwie osoby, akurat to byli trenerzy wyścigowi, którym po ostrym piciu
wystarczyła godzina snu i wstawali, jakby nic przed godziną nie pili, i mogli
walić od początku. Pamiętam po jakieś imprezce, która skończyła się koło wagi
Henia Łątki (waga towarowa, przyp.A.S.), trochę wstawieni wsiadliśmy w
trenerowego kremowego poloneza, żeby jechać do domu na Ursynów, bo mieszkaliśmy
niedaleko od siebie. Jechaliśmy od strony "Baniochy" (sklep przy
ul.Bartłomieja, odchodzącej z ul.Bokserskiej, przyp.A.S.) w stronę stacji
benzynowej przy ulicy Puławskiej. Jadąc Aleją Wyścigową, mijając bramę wjazdową
na wyścigi, trener nie wyrobił się na zakręcie i prawym reflektorem przywalił w
latarnię. Wytrzeźwieliśmy w jednej chwili, dobrze że nic nikomu się nie stało.
Ci
wszyscy starsi pracownicy to byli dobrzy jeźdźcy, ale po wypiciu często się
chowali i migali od roboty. Często zły musiałem sam zasuwac i grabić maszyny.
Iwan czyli Nochal również znany jako "Kościelny"(a także „Kwinta”,
przyp.A.S.), bo miał taki dlugi nos, że w kościele mógłby świeczki nim gasić, w
stajni pod płotem tylko się czaił i wyglądał zza drzewa, skończyli już tam
robotę czy nie, i wychodził jak wiedział, że do niczego go już nie zagonią.
Konie
były super i bardzo dużo wygrywały, a po wygranych wyścigach nagrodowych z tej
okazji były organizowane ogniska za stajnią obok dawnej wieży ciśnień, lub gdy
nie było pogody - w ostatnim pokoju w stajni pod płotem.
Pewnego
razu dżokej, który wygrał nagrodę bawi sie z nami w najlepsze, a tu przychodzi
jego małżonka, zresztą dość pokaźnej postury, i mówi: "Ju...ku proszę do
domu." Na co on biedny tylko odpowiedzial "Tak kochanie, juz
idę". Mieliśmy niezły ubaw.
No teraz
może trochę przyjemniejszych rzeczy.
Trener
Sałagaj byl świetnym fachowcem, jeśli chodziło o przygotowanie koni, i przede
wszystkim mial oko. Widział w koniu każdą najmniejszą zmianę, on nie musiałby
stawiać koni na wagę, a i tak by wiedział, czy i o ile zmieniła się waga konia.
Sam mówił, że sukcesy swoich koni zawdzięcza po części temu, że daje sie koniom
wyhasać na padoku, i daje im wysianą przez siebie niebieską lucernę. Sam
trening był dosyc mocny, koń musiał być porządnie wygalopowany, a dzień przed
wyścigiem nigdy nie dawał odpoczynku, tylko robił 400 metrów.
Konie,
przeważnie z Jaroszówki, miał super, prawie wszystko leciało. Pierwszego roku,
gdy bylem w tej stajni, z pięciu młodych ogierów to nawet najsłabszy Terror
wygrał dwa wyscigi, pozostale to już była sama klasa: Omen, Dietmar, Dyktator i
Chyszów. Klacze też były super i sporo wygrywały. Jako uczeń to i tak
dwulatkami na nich nie jeździlem, chyba wtedy dżokejem w stajni byl Marek
Nowakowski ale moge sie mylić, pamiętam że na niektórych z tych koni jeździł.
W drugim
sezonie za dżokeja przyszedł Sylwek Pulc.
Na tym
Wiarusie, na którym wygrałem trzeci wyścig w karierze, wygrałem później jeszcze
jeden wyścig, ale w przerwie po derbach, trener dał mu odpocząć i puszczał go
tylko na padok. Pierwszego dnia po tej przerwie, tak siadłem na niego i chyba
czułem się zbyt pewnie, bo nawet porządnie nie podciagnąłem popregów. On
wypoczęty, gdy obok końskiego szpitala wjechaliśmy na drogę prowadzacą na tor,
skoczyl i przyjął mi gwałtownie (ruszył z miejsca galopem, przyp.A.S.). Nie
podciągnięte siodło zsunęło mu się na szyję i w tym jego pędzie już nie
wiedziałem co mam robić, bałem się tylko, zeby mijając mostek nie zrzucil mnie
gdzieś na barierki lub stajnię. Na szczęście zatrzymał się sto metrow dalej
przy samym rondzie.
Na
Wiarusa trener zapisał mnie znów do wyscigu dla uczniów i amatorów. Traf
chciał, że trafiłem numer pierwszy i jechałem z samymi dziewczynami, na pewno
jechała Kaja Pinińska i Fredka Tokarska. Wiarus był bardzo ostry, wiec mówię do
dziewczyn: słuchajcie, ja poprowadzę solidnym tempem, a wy mnie nie
podpierajcie (podpierać-siedzieć tuz za koniem, przyp.A.S.). Jak ruszyliśmy
według numerów, tak dojechaliśmy do celownika po kolei:1,2,3,4,5. Dziewczyny
były wniebowzięte, po wyścigu mówily, że w takim fajnym wyścigu jeszcze nie
jechały, że nikt nikomu nie przeszkadzał.
Przewaznie
na anglikach trener dawał jedną dyspozycje, jesli to nie byly wyścigi
sprinterskie. Mówił: siadasz z tyłu, na prostej bierzesz w pole i liczysz
przeciwników.
I tak
przeważnie było. Konie były takie dobre, że gdyby im zamiast jeźdźca wrzucić
worek ziemniaków na plecy, to tez by wygrały.
Jesli
chodzi o mnie, to przez te 4-5 lat trochę zmężniałem i przytyłem na żonki
jedzeniu. Gdy się przyjmowałem na wyścigi to ważyłem 51-52kg, a w 86r wazylem
już koło 56kg. Czasem wiązało się to ze strasznym duszeniem, czyli zrzucaniem
wagi. Miałem w sobotć jechac na Bielance pod 52kg, a ja w piątek ważę 55kg,
czyli muszę zrzucić prawie 6kg, bo wtedy nie było tak lekkich siodełek jak
teraz. Żeby sie wyważyć na 52kg, na golasa nie mogłem ważyć więcej niż 49,5kg.
No cóż, ubrałem się bardzo grubo, biegałem po torze, później do łaźni, trzeba
było się wspomóc prochem, czyli furosemidem na odwodnienie i w sobotę to
wszystko jeszcze raz.
Wyważyc
sie wyważyłem, wyścig przejechałem, ale jak tylko położyłem siodło po zważeniu, to zemdlałem. Trener Goździk rozebrał mnie do
naga i szybko zaciągnęli mnie pod prysznic, pod zimną wodę. Zaraz do siebie
doszedłem i tego dnia jeszcze pojechałem w ostatnim wyścigu.
Później
oglądałem ten wyścig Bielanki i moja jazda wyglądała tragicznie, wydawało się, że
jadę w zwolnionym tempie, tak brakowało mi wtedy sił. Bylem 4 czy 5, a
przegrałem tylko 2,5 dlugości.
Ona z
pewnością ten wyścig mogła wygrać.
W
następnym odcinku dokończenie pracy u Sałagaja i praca w Wiedniu.
(Tomek)
![]() |
1988 Nagr.Moskwy. Dż.J.Ochocki, Dietmar i tr.St.Sałagaj |
![]() |
1987. Omen pod J.Ochockim w USA |
![]() |
Pracownicy toru, Marek i Janek, na kamionce :-) |
![]() |
Sylwek Pulc na Jarząbku ze stajni Rzeczna, tr.A.Goździka |
ciąg dalszy nastąpi...
No comments:
Post a Comment
Note: only a member of this blog may post a comment.