"Na
wstępie moich wspomnień chciałbym wnieść pewną korektę do wczesniejszego, otóż
po konsultacji z Jankiem (Janusz Kozłowski, przyp.A.S) doszliśmy do wniosku, że
na piwo chodziliśmy w 4 klasie, za co go tutaj przepraszam, pamięć ludzka
zawodzi.
Jak
juz wspomniałem o stawkach, później nastąpiła denominacja złotego i stawki byly
20 zl, 100 i 200zł, 20 -kowy był czarny, 100 zielony a 200 –czerwony. Umieszczone były
w kasach, w bloczkach wielkości paczki papierosów. Kombinacja była wydziurkowana na bilecie. Jak
blok się skonczył była czysta kartka, którą wieszano nad bloczkiem. Po tym
poznawaliśmy, jak mocno jest grana każda kombinacja.
A
teraz do rzeczy. Chodziliśmy już z ojcem regularnie co niedziela, soboty
odpuszczając, gdyz w soboty ojciec
pracował. Grał z różnym skutkiem, a towarzystwo
ekspertów rosło w siłę i zaczęło się moje obstawianie, na początku ukradkiem, w
tajemnicy przed ojcem. Pochodzę z niezbyt sytuowanej robotniczej rodziny, więc
o kasę było trudno. Finansowo wspierała mnie moja babcia Leokadia, która pod
cmentarzem katolickim na Woli handlowala zniczami, które sama produkowala. Co
niedziela jezdźiłem do niej z ojcem. Miała dużo drobnych i zawsze sypnęła ze
cztery rybaki (1 rybak = 5zl),
nieświadomie wspierając hazardzistów.
Dni
wyścigowe i lata szybko mijały. Byłem
już w piątej klasie, miałem pewien stopień wtajemniczenia wyścigowego i
któregos dnia z chłopakami z bloków wybraliśmy się na spacer między stajnie wyścigowe. Było już dobrze po południu, więc koni nie
widzieliśmy, za to zajęliśmy się swoimi wyścigami patyków po Smródce (rzeczka
przepływająca przez teren Wyścigów; Potok Służewiecki, przyp.A.S.). Kazdy patyk
miał końskie imię i puszczaliśmy je z górki, a celownik był przed mostem.
Wrzeszczeliśmy przy tym, dopingując swoje konie. Któregoś dnia, a była to
sobota, zobaczyliśmy konie wracające z
wyścigu. Jednego z nich, siwego Imiesława prowadził Józiek Kokosinski. Widząc
nasze zabawy zapytał mnie, czy chciałbym poprowadzic go do stajni. Tylko na to
czekałem! Dał mi cugle i zaprowadziłem go pod okiem Józka. Zazdroscili mi
chłopaki, też chcieli, więc Józiek im pozwolił. Karuzel (maszyn do stępowania
koni, przyp.A.S.) wtedy nie było, więc
go prowadzaliśmy dumni, na zmianę, wyrywając sobie cugle z rąk. Józiek widząc to
powiedział: chłopaki jak chcecie sobie pojeździć, to zapraszam rano do stajni .
Spać
w nocy nie mogliśmy, czekaliśmy poranka. Umówiliśmy się rano pod klatką i w
towarzystwie dwoch kolesiów udaliśmy się zamiast do szkoły - do stajni, w
której wcześniej prowadzaliśmy Imieslawa. Byliśmy zdeprymowani w drodze, nie
wiedząc czy nie robil sobie z nas żartów i jak się okazało później, trafiliśmy
do stajni Zenona Lipowicza, który później ze Stanów sprowadził karuzelę na wyścigi.
Zastaliśmy wtedy w stajni sporo chłopaków. Byliśmy przejęci, ale przyjęli nas
ciepło poznalem wtedy Józefa Diuwe który był stajennym, Zdzicha Czarneckiego,
Antka Butkiewicza, Bocera, a jeźdźcem w
stajni był świeżo upieczony starszy uczeń
Wojtek Ryniak, dla nas później ogromny autorytet, i oczywiście Zenona Lipowicza,
człowieka sympatycznego, bezpośredniego, który lubił dzieci.
Zaczęliśmy
jeździć po robocie stępa i byliśmy szczęśliwi,
a szkoła zeszła na plan dalszy.
Ktoregos
dnia spostrzegliśmy faceta dosc wysokiego, sympatycznego, na czarnym dużym
koniu: był to, jak sie później dowiedzieliśmy, aspirant Maciej Janikowski, dla nas pan Maciuś, i kon Handzar, który był
po kontuzji i później trafił do sportu, osiągając duże sukcesy.
Zapomniałbym
o czlowieku bardzo ważnym w naszym zyciu który też tam pracował, nasz
nauczyciel i ulubiony człowiek, Tadeusz Dębowski.
Chciałbym
jeszcze nadmienić, iż maszyny startowej wtedy nie bylo, konie startowały spod
gumowych lin napinanych mechanicznie. Sędzia dawał okrzyk: uwaga panowie! Jazda!!!
Liny strzelały w górę i konie startowaly. Sędzią starterem był wtedy nieżyjący dziś Jerzy Eliasz.
Liny strzelały w górę i konie startowaly. Sędzią starterem był wtedy nieżyjący dziś Jerzy Eliasz.
Chodziliśmy
do stajni regularnie, wracąjac do szkoły na trzecią lub czwartą lekcję. Konie
stały się naszym priorytetem. Chodziliśmy już ostatni miesiąc do klasy 4 i
jakież było zdziwienie naszych rodziców gdy okazalo się, że każdy z nas ma
ponad 100 godzin nieobecnych nieusprawiedliwionych! Nauczyciele zaczęli nas obserwować i sprawa
rypła się niebawem. Wytropila nas sekretarka szkolna, ktora mieszkała na wyścigach.
Zrobila Zenkowi wykład, a my obiecaliśmy się uczyć, okazaliśmy skruchę.
Po
dwóch tygodniach sprawa ucichła i zaczęło się wszystko jak dawniej. Początkowo
Zenon wypędzał nas do szkoły, a my jak bumerangi wracaliśmy. W końcu ustąpił.
Wszystko
było jak dawniej, dużo w stajni słyszałem i na trybunie mogłem uchodzić za mini
eksperta. Mądrzyłem się niemiłosiernie, chcąc zdyskredytować szewca Franciszka,
ale on na mój niefart zawsze miał rację! Myślałem wtedy sobie, skąd do diabła
czerpie swoją wiedzę? Ale o tym później.
Ze
stałych bywalców, którzy pojawią się później a już należy o nich wspomnieć, byl
niejaki Kazik Ziemia Kielecka, krzykacz wyścigowy, Wieczorek, zawsze lekko
podpity były pracownik wyscigów, już emeryt w podeszlym wieku Wacław Kokoszko,
mój sobowtór Tomek Studziński, pingpongowy mistrz Marek Matczak i Waldek Lodziarz
spod zoo, wraz ze swoja mamusią, nałogową hazardzistką. Waldek handlowal pod
zoo lodami i takimi zabaweczkami dla dzieci, tkz – tandeta.
Wspomnę
jeszcze Bogdana z Wierzbna, prowadzili tam rodzinny interes, saturator z wodą
sodową przy centralnym wejściu trybuny środkowej.
Mówiło się, że aby napić się slodkiej wody
gazowanej, trzeba było zamowić z poczwórnym sokiem. Na saturatorze na łańcuchy
byla jedna szklanka, w upalne dni kolejka była większa jak do kasy.
W
piątej klasie podstawówki zostalem skarbnikiem klasowym i to zatrzęsło w pewnym
momencie moim życiorysem."
(Waldi)
"Jak już wcześniej pisałem, trener za bardzo za mną
nie przepadal, mało sadzał mnie na konie, to i postepów w nauce jazdy nie było
widać. Po dwóch czy trzech miesiącach mogłem sobie dać radę tylko z czterema
czy pięcioma końmi. Po jednej z przejażdżek trener był na mnie strasznie zły i
powiedział, że posadzi mnie na konia jak się zjawia na Służewcu „drewniane
konie”. Od tej pory cały czas pracowałem tylko na tak zwanej ziemi i ostro
dostawałem w kość. Z reguły jedną maszyną do stępowania koni musiałem zagrabić
sam, a wtedy jeszcze piachu nie wysypywało się na wyasfalowaną powierzchnię,
tylko kółka były bardzo głębokie i byla to strasznie ciężka robota. Nie
chciałem tez prowadzać do wyścigów aż tylu koni, ile kazał mi prowadzić „szeryf”.
Za jedno prowadzenie dostawało się 40 zl, gdy chciałem żeby zrobił to ktoś za
mnie, musiałem zapłacić pięć, a nawet dziesięć razy tyle. Gdy o tym dowiedział
się trener z szeryfem, to kazali mi prowadzać wszystko co mogłem. Przy takiej
ilości nie byłem już w stanie płacić kolegom takich pieniędzy, za które godzili
się prowadzić za mnie, a i im trener zabronil robić tego za mnie. Po tym
wszystkim miałem już trochę dość takiej pracy i dotarlo do mnie to, co
mówił pan Szydlik - że to praca nie dla Warszawiaka.
Na początku roku 1983 zostałem przeniesiony do
stajni pana Jerzego Bieleckiego. Gdy do niej przyszedłem, jeszcze był w niej
pan Gienek Matczak, po którym pan Bielecki miał przejąć stajnię.
Ta stajnia miała stawkę koni sporo gorszej jakości,
niż miał trener Dzięcina. Konie angielskie przeważnie były ze stadniny Iwno.
Gdy przyszedłem, to można powiedzieć, źe
załoga była dosyć zaawansowana wiekiem. Trzech z tych panów nie wylewało za
kolnierz. Pamiętam jak jeden z tych panów, zresztą były dżokej, spadł na torze
z arabskiego kasztanka Drabika, bo zapomniał dobrze podciągnać (popregów, przyp.A.S.) i siodło przekręciło
się pod brzuch. Trener go wtedy zrugal i kazał iść do domu. Poszedł, ale po 50 metrach
odwrócił się, zaczął wymachiwać ręką i krzyczal do trenera: ”poczekaj, ja ci
pokażę, ty czerwony pająku!” Kiedyś Janek Spasowicz znalazł w bucie wyjętym z
szafy flaszkę wódki. Gdy nie widzieli wylał ją, i nalał czystej wody. Gdy ją
otworzyli i stwierdzili, że to nie nadaje się do picia, strasznie się nas
czepiali i dopytywali, kto to zrobił.
Oprócz tych osób w stajni pracował Marek Martowicz,
obecny koniuszy w stajni pani trener Doroty Kałuby, i dzokej Andrzej Pawłowski.
Te dwie osoby bardzo się mną zajęły i dzięki ich pomocy już po miesiącu byłem w
stanie jeździć na wszystkich koniach w stajni. Z czasem zacząłem jeździc galopy
i zblizał się ten czas, gdy trener zapisał mnie pierwszy raz do wyścigu. Wyścig
ten był w pierwszy dzień po derbowej przerwie, koń nazywal sie Oktogon, i
mialem ścigać się od razu z dżokejami. Niestety nie wyglądało to dobrze, nie
potrafiłem zmusić go do większego wysiłku. Do tej pory smieję się z siebie, jak
wtedy biłem go trzcinką, czyli 40 -centymetrowym kawałkiem bambusa. Wtedy
uczniowie mogli jeździć tylko z takim kijkiem, oprocz tego dżokeje jeździli z
trzcinką na dwulatkach, młodych arabach i w gonitwach porównawczych. Teraz
uczniowie, zanim nie wygrają 10 gonitwy mogą jechać tylko w posyle bez żadnych
pomocy, i bardzo dobrze, bo za szybko się nie zmanierują. Ja wtedy nie bardzo
wiedziałem, jak mam używać tej trzcinki i wykonywałem nią tak zwaną ósemkę, co
musiało budzić śmiech. Po wyścigu trenera opisali w gazecie, że zapisał mi
konia nieprzygotowanego do wyścigu, a to nie była prawda. Błąd był innego rodzaju,
byl to kon wymagający bardzo mocnej jazdy, nie nadający się dla początkującego
jeźdźca. Do pierwszego wyścigu jeźdźca w życiu trener powinien zapisywać konia
łatwego do jazdy, który potrzebuje dobrego przeprowadzenia, a nie mocnej jazdy.
W skutek nieudanego wyścigu, w tym roku wiecej juz nie pojechalem.
Gdy zacząłem pracować na wyścigach, ojciec zalatwił
mamie mieszkanie na Urynowie, skąd miałem trochę bliżej na wyścigi niż z Powiśla.
Mieszkaliśmy na Szolc Rogozińskiego 15 w pierwszym z czterech piętnastopietrowców.
W drugim mieszkał pan Jerzy Engel, świetny trener piłkarski i obecnie wlaściciel
koni. Wtedy tylko go widywalem, poznałem już dużo później na wyścigach.
Pod koniec roku 1983 poznałem moją przyszłą żonkę. Z
koleżanką mieszkajacą na wyścigach były u innej kolezanki z klasy w bloku obok.
Ta dziewczyna z „wyścig” namówila ją, by do mnie poszła i zadzwoniła do drzwi. Gdy
podszedłem pod wizjer i zobaczylem nieznaną mi osobę, powiedzialem do mlodszego
brata Michała, że to chyba do niego. On otworzłl i po chwili rozmowy, zawolał
mnie, bo okazało się jednak, że Dorotka przyszła do mnie. W ten sposob zapukała
do mojego serduszka...
Zaraz na początku 1984 roku tata załatwił mi, że
zamiast do wojska miałem iść za strażnika do Polkoloru w Piasecznie.
W styczniu 1985 roku urodził nam się syn Konrad, napisałem
wtedy pismo o zasilek na niego, ale uznano mnie wtedy jedynymżzywicielem
rodziny i puszczono do cywila.
Pracę zacząłem od marca, znów w stajni trenera
Bieleckiego, choć załoga w stajni w tym czasie trochę się zmieniła.
Liczyłem, że może teraz nadejdą dla mnie troche
lepsze dni."
(Tomek)
![]() |
pierwszy Mieczysław Mełnicki |
![]() |
praca na torze roboczym |
![]() |
starter Jerzy Eliasz |
ciąg dalszy nastąpi...
Czy jest sens pisać że świetne? No przecież wiadomo że swietne! :) A jednak napiszę żeby panowie wiedzieli - to jest świetne! Czekam na dalszy ciąg! I oczywiscie na Twoją historię też :)
ReplyDeleteshape_shifter
Pycha, inny swiat, zamkniety dla przecietnego czlowieka. Pierwszy raz na Wyscigach, jako widz, bylam w 2000 roku. Super poczytac wspomnienia ludzi, ktorzy znaja ten swiat od podszewki. Do tego intresujaco oddany klimat Warszawy z tamtych late. Brawo Panowie!
ReplyDeleteMilla
no dzieki to bedzie nas mobilizowac do dalszego pisania,a troche czasu to zabiera.
ReplyDeletePisz Tomuś, pisz :)
DeleteJa też! ja też czytam z zapartym tchem!
ReplyDeleteBardzo interesujące i foto też,a zwłaszcza to z p.Zenkiem na Manilli.
ReplyDeleteCzy te wyścigi Wielkiej Pardubickiej jeszcze są? bo to było straszne dla koni,jak one tam cierpiały,prawie jak na wojnie.
Wielka Pardubicka rozgrywana jest co roku, ostatnie dwie pod rząd wygrał polski trener, Grzesiek "Greg" Wróblewski.
Deletetroszkę nie zaglądałam na bloggera i okazuje się, że mam spore zaległości:-)
ReplyDelete