Nie sposób nie wspomnieć też o wyścigowym klubie rozrywki
i jego zespołu „Trzy podkowy”. Byla to grupa big-beatowa o tradycyjnym składzie
instrumentalnym: dwie gitary, perkusja i piękna solistka - a była nią Ewunia Szczepaniak,
chyba córka trenera. Jej kluczowym utworem była „Czerwona jarzębina” . Zabawy taneczne odbywały się w klubie dosyć
często. Postanowiliśmy – my, ludzie z bloków, wziąć udział w jednej z nich.
Wprowadził nas Michał Tkacz, pracownik wyścigów. Gdy weszliśmy, dziesiątki
podpitych oczu spoczęły na naszych facjatach: byliśmy obcy i chyba traktowano
nas jako intruzów.
W trakcie imprezy atmosfera wrogości wobec nas narastała.
W pewnym momencie nawalony Tkacz, przecież ich człowiek, zerwał w klubie
firankę - a oni tylko czekali na pretekst. Rozległ się okrzyk: „walimy bloki!” i
zaczęło się. Wyszliśmy na zewnątrz - chyba ze dwadzieścia osób, zakotłowało się
potwornie, ale szanse nasze wobec przewagi liczebnej były niewielkie. Wśród
napastników wyróżniał się prowokator, wredny rudzielec A.Rafałowicz. Szans nie
mieliśmy, ale w którejś chwili nierówny pojedynek musiał się zakończyć. Leżałem
wpółprzytomny pod drzewem, a pomocy udzielił mi nikt inny, jak Józio
Kokosiński.
Byłem obolały i poturbowany, ale poprzysiągłem sobie zemstę. Wtedy Mokotów
stanowił jedną rodzinę i zwołać 200 osób nie było większym problemem.
Nazajutrz zebraliśmy się w dużą grupę, zbrojąc się na Wyścigi.
Rozpoczął się wściekły nasz atak, który nie miał nic wspólnego z zemstą, bo
obrywali niewinni ludzie - główni sprawcy gdzieś zniknęli. W ruch poszły
stajenne grabie i widły, waliliśmy gdzie popadlo. Jak już w sposób zwierzęcy
byliśmy rozładowani, rozeszliśmy się do domów. Wyścigowcy bali się chodzić do
sklepu, który znajdował się na blokach. Wkrótce zachciało nam się powtórki, ale
oni byli przygotowani i dostaliśmy straszliwe smary. Po pewnym czasie sprawa ucichła
i mogliśmy chodzić na konie. W dzisiejszych czasach byłoby to niemożliwe, gdyż
przyjaźnimy się z chłopakami z wyścigów i wspieramy się nawzajem.
Był jeszcze jeden „tuńczyk”, który moim zdaniem zasługuje
na wzmiankę. Byl to Oliwin po Tuny od Olcha, konik piękny, harmonijnej budowy
ciała. Oglądało się go z przyjemnością, ale tak jak Ibisowi Kadyks, to
Oliwinowi znowu stanął na drodze po najwyższe laury, koń z Golejewka, zwycięzca
Mokotowskiej, Dargin. Hegemonia Golejewka trwała i nie sposób było ją przerwać.
Klacze po Tunym odchodzily do Iwna na matki, a w Iwnie stał już cenny nabytek,
ogier czołowy Mehari. W połączeniu z genami Tunyego ...efekt niesamowity, cała
masa świetnych koni. Mieliśmy po nim w stajni konie, które od razu wyróżniały
się wyglądem - poza jedynym mniejszym konikiem, który z linii matki
teoretycznie miał najsłabszy rodowód. Ale jak czas pokazał, była to tylko
teoria.
Mowa oczywiście o koniu od Pytii po Mehari, epokowym Pawimencie. Konik rozwijał się prawidłowo, urósl nieco, ale symptomów klasy jeszcze wtedy widac nie bylo.
Mowa oczywiście o koniu od Pytii po Mehari, epokowym Pawimencie. Konik rozwijał się prawidłowo, urósl nieco, ale symptomów klasy jeszcze wtedy widac nie bylo.
|
Była też piękna kobyłka po Mehari od Synogarlica, ciemna,
mocno zbudowana Smużka.
(Waldi)
Pewnego pięknego listopadowego poranka wyladowałem na
wiedeńskim dworcu kolejowym, na którym już czekała na mnie żona trenera Stefana
Bigusa, pani Tereska. Zapakowaliśmy moje bagaże do audi 80 i pojechalisśmy na
stary tor wyścigowy Freudenau, położony przy samym parku Prater. Tak na oko
wszystko wyglądało dość fajnie, było pełno stajenek z różną ilością boksów.
Przewaznie były to małe stajenki po trzy, cztery, czasem sześć lub osiem koni.
W samym środku było duże kółko (około 250-300 metrów obwodu), slużące do kłusowania.
Mieszkania znajdowały się nad stajniami, niektóre były
dość ładne i funkcjonalne, jak to trenera. Mnie zaś dostało się strasznie
lipne, składające się z dwóch sporych pokoi w kiepskim stanie bez wyposażenia i
wygód. Normalnie nie było tam żadnego ogrzewania, trzeba było samemu ogrzewać
albo grzejnikiem elektrycznym lub takim na olej opałowy, a to generowało duże
koszta. Okna były też w kiepskim stanie i nie wiem, czy nie pamiętały jeszcze
czasów sprzed urodzenia mojego taty. Toaleta taka drewniana jedna wspólna na
korytarzu, i tylko jeden kranik z zimną wodą. Żeby się wykąpać, trzeba było
szukać pomocy u kolegów którzy mieli wyższy standard.
Tor treningowy składał się z dwóch odcinków, jeden na
którym można było jeździć niby w koło, bo kształt miał bardzo nieregularny, był
dość wąski i nie można na nim było mijać koni z innych stajni. Raz, gdy jeszcze
o tym nie wiedziałem, zrobilem taki niedozwolony numer (po polsku, jak to w
naszym zwyczaju, krzyknąłem „Małe!”) i zacząłem wyprzedzać konie trenera
Schweigerta. Później była z tego niezła awantura. Ten tor był wpasowany w
środek toru wyścigowego, a obok często przechodzili ludzie, którzy grali w
golfa.
Drugi tor to odcinek pod lasem, idący trochę łukiem, na
końcu którego trzeba było się zatrzymywać - ten był polożony na zewnątrz
przeciwległej do celownika prostej.
Gdy wyjeżdżałem z kraju, miałem na koncie czterdzieści
wygranych i wydawało mi się, że ze mnie już jest super jeździec. Niestety
bardzo szybciutko zostałem sprowadzony na ziemię, okazało się, że nawet po
robocie to ja prawie jeszcze nic nie umiem. Trener wziąż mnie ostro w obroty,
udzielał wskazówek i non stop korygował błędy, które popełniałem.
W dość szybkim tempie byłem zmuszony załapać, o co naprawdę chodzi w tej jeździe treningowej. Za to później, aż do momentu w którym uszkodziłem sobie więzadła w kolanie (czyli jakieś 11-12 lat później) koń nie był mnie w stanie zrzucić, no chyba że się ze mną wywrócił, tak nauczyłem się dobrze trzymać. Konie były dość trudne do jazdy, zupełnie inne niż na Służewcu, moze dlatego, że nie było maszyn do stępowania koni, które podobno mają na konie działanie uspokajające. Po każdej przejażdżce konia przeważnie odstępowywało się w ręku. W tamtym czasie maszynę miał tylko trener Falewicz, Bigus zaczął ją stawiać dopiero jak ja już wyjeżdżałem spowrotem do kraju.
W dość szybkim tempie byłem zmuszony załapać, o co naprawdę chodzi w tej jeździe treningowej. Za to później, aż do momentu w którym uszkodziłem sobie więzadła w kolanie (czyli jakieś 11-12 lat później) koń nie był mnie w stanie zrzucić, no chyba że się ze mną wywrócił, tak nauczyłem się dobrze trzymać. Konie były dość trudne do jazdy, zupełnie inne niż na Służewcu, moze dlatego, że nie było maszyn do stępowania koni, które podobno mają na konie działanie uspokajające. Po każdej przejażdżce konia przeważnie odstępowywało się w ręku. W tamtym czasie maszynę miał tylko trener Falewicz, Bigus zaczął ją stawiać dopiero jak ja już wyjeżdżałem spowrotem do kraju.
Sama praca była bardzo ciężka. Zima podobna do tej w
Warszawie. Gdy pogoda na to pozwalała, bo w dzień świeciło słońce i robiło się
cieplej, i tor przez to nadawal się do kentrowania, to rano tylko robiliśmy
boksy i przychodziliśmy spowrotem na 11 i dopiero robiliśmy przejażdżki, po
których od razu robiliśmy obrządek i kończyliśmy pracę. Za to latem praca była
kompletnie niepodobna do tej znanej nam ze Służewca. O godzinie 5.30 trzeba juz
było być obrobionym i gotowym na przejażdżki. Aby zdążyć, musialem być w stajni już koło 4. Miałem do roboty siedem
boksów w aż trzech stajniach, a boksy trzeba było robić bardzo dokładnie.
Trener sam ponosił koszty zakupu słomy i siana, dlatego bardzo nas kontrolował.
Boks musiał być zrobiony bardzo dokladnie, podczas
kontroli trener nie mógł znaleźć nawet jednego końskiego bobka, a wszystko
mokre musialo być dokladnie wygrabione i na te mokre miejsca trzeba było
wrzucić pył spod siana. Mnie trener skontrolowal ze dwa razy i dał spokój widząc,
że wszystko jest ok. Ale to dokladne poprawianie zostalo mi do dzisiaj, nie
umiem po prostu zrobić boksu byle jak, przeważnie trwa to trochę dlugo i niektórzy
z tego powodu mnie poganiają. Inaczej miał pan Józio Krzyż (który kiedyś był
koniuszym u trenera Janikowskiego), jemu trener wywalał całą taczkę na ziemię i
jeszcze raz kazał przebierać to, co
Krzyż chciał wyrzucić, bo zawsze było tam dużo suchej słomy.
Przejażdżki często trwały do 13, z jedną krótką przerwą
na śniadanie. Kto nie jechał na ostatnią przejażdżkę miał za zadanie robić
porządki wokół stajni. Na koniec zostawało tylko karmienie, do którego też
trzeba było mieć głowę, tyle różnych preparatów stało na półce. Pan Józio mowił,
że żeby to dobrze zrobić, trzeba mieć w głowie komputer, choć wtedy chyba
jeszcze komputerów nie było. Dlatego przeważnie karmieniem zajmował się trener.
Po południu, normalna robota trwała około dwóch godzin, po czym pracujący
Austriacy szli do domu, a my, często z Józiem Siwonią, chodziliśmy zakladać
koniom różne bandaże i kompresy, bo w ostrym treningu ze zdrowiem koni bylo
sporo problemów. Jeśli tego się nie robilo, to z trenerem szło się kuć. Z
reguly pracę kończyliśmy koło 21 i czlowiek był wykończony, dlatego zawsze się
śmialem, że nawet jakby położyła się koło mnie miss świata, to pewnie
odwrociłbym się na drugą stronę i smacznie bym spał.
Wolnych dni od pracy też nie bylo, w sumie przez 15
miesięcy, przez które tam pracowałem, miałem tylko 2 dni wolnego. Jeden w Nowy
Rok, bo bylem tak pijany, że nie dałbym rady wstać (do 22 malowałem farbą
olejną okna w mieszkaniu, bo miala do mnie przyjechać żona, i przez to w
godzinę, do 23, tak się wstawiłem whisky, że nawet sam moment zmiany roku
przespałem w fotelu), a drugi miałem wolny po zlamaniu ręki. Bo już następnego
dnia przychodzi do mnie trener i mówi, a ty co nie przychodzisz do pracy? Na to
ja pokazuję na lewą rękę w gipsie, a on w śmiech i mówi, ale nogi i prawą rękę
masz zdrowe, to dawaj będziesz bral konie po przejażdżce i pochodzisz z nimi stępa.
To tyle miałem w sumie wolnego.
Co do tego peknięcia ręki, bylo to już niedlugo przed
samym sezonem, nieszczęśliwie stało się na dwa dni, zanim mialem zawrzeć
ubezpieczenie od wypadków. Parę szylingów z tego powodu mi przepadło. W lewej
dłoni pękła mi kosteczka prowadząca do palca serdecznego, na skutek gwaltownego
zahamowania przez młodą kobyłkę, która dopiero uczyła się kentrować. Nawet nie
spadlem, tylko dłonią uderzylem w szyję tej kobyłki. W podobny sposób, tylko na
forkentrze przed wyścigiem zlamałem tę samą kostkę, ale w drugiej dłoni, gdy
pracowałem już u Jerzyka (Jerzego Jednaszewskiego, przyp.A.S.).
Opieka lekarska to dla mnie byl jakiś kosmos, zupelnie
coś innego niż w Polsce. Powiedziano gdzie mam się udać, i przed każdym pokojem
byl monitor, wchodzilo się, gdy wyswietlało się nazwisko. Po zabiegu mówiono,
którą mam iść linią, a przeważnie bylo ich cztery, każda w innym kolorze i
prowadzila gdzie indziej. Tam gdzie ona prowadzila znów byl monitor, i tak bylo
zawsze.
Co do samych wyścigów to początek sezonu, z powodu ręki
mi uciekł a szkoda, bo wiadomo że jak ktoś dobrze pojechal na dobrym koniu to i
jechał następny raz. W ten sposób przepadla mi jazda na Lov Lady, taka malutka
149cm ciemnogniada kobylka, która później została wybrana koniem roku, bo
biegała kapitalnie i to na wszystkich dystansach. Tylko do Derby jej nie zgłoszono,
bo dla austriackich koni był jakiś dziwny przepis, że trzeba bylo je zglaszać
już conajmniej rok wcześniej, a ona poprzez swoje warunki nie wróżyla dobrego
biegania w dystansie.
W sumie co tu gadać, technikę dosiadu jeźdźcy tamtejsi
mieli o wiele lepszą niż polscy dżokeje, którzy mogli przewyższać ich za to
doświadczeniem i jazdą z głową. U nas jeszcze wszyscy jeździli stopy wkladąjac
głęboko w strzemiona, za granicą było to nie do pomyślenia, mogli tak jeszcze
jeździć dżokeje starsi wiekiem, ale cala młodzież trzymala strzemionka na czubkach
palców.
Wtedy poznalem przyszlego championa Niemiec - Andreasa
Suboricsa, który był synem piekarza z Wiednia, zresztą bardzo sympatycznego, w
przeciwieństwie do swojego syna. Piekarz był też właścicielem Dżulio - konia
polskiej hodowli, który w następnym roku, gdy już mnie nie było, wygrał austriackie
Derby.
Młody Suborics wraz z kolegą Peterem Hueglem (któremu
kontuzja stopy nie pozwoliła zrobić dużej kariery), juz gdy jechali pierwsze
wyścigi w życiu technikę mieli taką, że aż zielenialem z zazdrości. No cóż ja,
można powiedzieć samouk, którego nikt tego nie uczyl, ani który nie mial gdzie
podejrzeć świetnych dżokei - wtedy nie było jeszcze internetu - prezentowałem styl, który nie mógł się
podobać. Dlatego kariery w Wiedniu nie zrobiłem, przejechalem w sumie 15
wyścigów, z czego wygrałem raz na Ince von Pachern, co było najwiekszą wypłatą
z góry w sezonie. Bukmacherzy placili za jej zwycięstwo 33 do 1, a totalizator
306 za 10 szylingów. Najbardziej szkoda mi trójki, bo chcialem ją zagrać. Miałem
taki plan, dwa konie z naszej stajni, na drugim jechal Edi Hitsch, który z nami
pracował, i dwóch faworytów zamieszać we wszystkich kombinacjach. Kosztowaloby
to 240 szylingów. Ale Edi mi powiedział że jak biega osiem koni, to muszę być ósmy
- i zrezygnowałem. Tak się zlozylo, że
bity faworyt wypadl z trójki - byl
czwarty, ja wygrałem o leb od drugiego faworyta a Edi byl trzeci, wyplata byla
ponad 15tys 800 szylingów.
Tak jak dzisiaj na to patrzę to podejrzewam, że moja
kobylka mogła dostać jakieś wspomaganie, czy to dozwolone jak na przyklad Hemo
15, które często teraz u nas na Służewcu podaje się koniom, czy może
niedozwolone, tego nie wiem. W każdym bądź razie dużo się wtedy mówilo że
trenerzy sporo tam dopingują, bo w niższych rangą wyścigach kontroli nie było
prawie wcale, a często wygrywały konie nie liczone. Trenerzy też często tam
grali, co było widać, bo nie trzeba było się z tym kryć.
Pierwszy raz tez widzialem taki przypadek, że koń biegał
dwa wyścigi w ciągu jednego dnia. Właścicielem i jednocześnie trenerem tego
konia byl jugosłowiański kowal, który w sumie przygotowywał sobie 2 czy 3
koniki.
W pierwszym wyścigu konik ten zajął czwarte miejsce, a po
trzech godzinach, gdy biegał w szóstym wyścigu, dobrze rozgrzany nie dał
szans przeciwnikom.
Pierwszy raz też w telewizji mogłem obejrzeć amerykanskie
Derby i później Breeders Cup. Derby pamiętam do dziś, bo Winnigs Colors, siwa
kobyłka, wygrała ten wyścig pod Gary Stevensem z miasta do miasta (prowadząc od
startu do celownika, przyp.A.S.).
Sam tor austracki był trudny do jazdy, bo prosta była
jeszcze dłuższa niż w Warszawie, i miał dość ostre zakręty. Później jeszcze
chyba w 1996 lub 1997 roku jechałem na nim w Derby na Tombaku ze stajni Krzysia
Ziemiańskiego. Bylem szósty, choć nie byla to zbyt udana jazda, bo trochę po
prostej za bardzo wyniosło mnie w duże koło, choć o miejsce bliżej byłoby
bardzo ciężko, bo odleglości między końmi były spore. Miałem wtedy przyjemność
jechać z dobrymi dżokejami z Anglii, na pewno jechał brat Pata Ederyego Paul i
jeszcze jeden dzokej z czołówki, ale nazwiska nie kojarzę, musiałbym zajrzeć do
programu, ale mam go w domu w Polsce. Te Derby sponsorował wlasciciel Magna,
który później wybudował tor w Ebeisdorfie, na który przeniosły się austriackie
wyścigi.
Bardzo ciężko też się jeździło wyścigi po prostej 1300
metrów, trzeba mieć dużo doświadczenia aby dobrze rozłozyć siły konia podczas
takiego wyścigu.
Wiedziałem, że dla mnie to nie jest odpowiednie miejsce,
a i bardzo tęskniłem za rodziną, dlatego pod koniec stycznia przyjechał mój
tata, z którym samochodem wróciłem do Warszawy.
PS. Mam prośbę, ponieważ nie wiem, czy ktoś czyta te
moje wspomnienia, bo komentarzy coraz mniej, a zajmuje mi to sporo czasu,
ponieważ komputerowiec ze mnie żaden i przy stukaniu jednym paluszkiem schodzi
mi się co najmniej 2 godziny, a jeszcze w innym czasie trzeba sobie wszystko
ulożyć, dlatego prosiłbym o to, by dać znać czy warto pisać dalej. Jeśli ktoś
nie chce się ujawniać niech pisze jako anonimowy pod odcinkiem, lub daje like
pod opublikowanym artykułem na fejsie. Dzięki.
(Tomek)
![]() |
Jerzy Jednaszewski na og.Dargin (Mehari-Dorada) |
Tomek i Krzysiek Ziemiański |
![]() | |
Tomek na kl.Modelka ze stajni Jerzego Jednaszewskiego |
komentować, lajkować prosimy!... bo nam się Tomek zbuntuje i ciągu dalszego nie będzie...
Dla mnie opisywane historie są dość abstrakcyjne, bo nigdy nawet na wyścigach nie byłam. Ale czytam, czytam. Listę obecności podpisuję zatem ;)
ReplyDeletedzieki przypomnialy mi sie jeszcze dwie smieszne historyjki z Wiednia to moze na poczatku osmego odcinka je dopisze
ReplyDeleteJa tez czytam, takze Tomaszu nie poddawaj sie :) A z ta miss swiata mnie ubawiles :) Dzieki Waszym wpisom uswiadamiam sobie, ze ta praca to ciezki kawalek chleba. Ktos widzi reprezentacyjnego pana na koniku i mysli ale fajnie ma. Fajnie moze jest ale trzeba zapierniczac bardzo ciezko. Pozdrawiam i czekam na smieszne historyjki.
ReplyDeleteCzytam!!! tyle, że nie komentuję:-))
ReplyDeletePozdrawiam
ma
Pisz Tomku pisz,wszystko czytam ;)...Pozdrawiam :)...Andrzej M
ReplyDeletePanie Tomaszu, z wielką przyjemnością czytam pańskie wspomnienia, tak więc proszę nie przestawać. Wielka szkoda, że nikt z obecnych zarządców toru nie pomyślał o tym, by wydać wspomnienia ludzi związanych z torem. Pozdrawiam Pana serdecznie, pozdrawiam również Pana Waldiego. Bardzo dobrze się czyta Wasze historie, Panowie :-)
ReplyDeleteDla mnie bomba, ale bardziej podobają mi się opowieści o Służewcu niż Wiedniu. Na naszych wyścigach bardziej kojarzę miejsca i ludzi. Mieszkałem tu ("nowy blok") 30 lat od małego łebka.
ReplyDeletenie moge sie doczekac nastepnych odcinkow - prosze pisac!
ReplyDeletePanie Tomku - tutaj więcej kobiet czyta,a my jak wiadomo mało gadatliwe jesteśmy :)
ReplyDeleteJa czytam pilnie,bo to egzotyka dla mnie, troszkę "atmosfery końskiej" powąchałam, gdy córka studiowała na AR w Krakowie i w ramach praktyk pracowała pod Krakowem w stadninach i czasem mnie tam zabierała. Bardzo mi się podobało , nawet na konia ogromnego wsiadłam i nie spadłam.
Teraz odwiedzam koniki huculskie, w pobliżu są w Gładyszowie i Regietowie w beskidzie Niskim .Sławne koniki, grały w "Starej baśni","Ogniem i mieczem", galopują w rekonstrukcjach wojskowych bitew itp..
No i na pięknym ślubie i weselu końskim byłam, dwie pary na koniach i ksiądz też konno,a tort weselny cięto szablą.
Proszę pisać ,emerytka prosi :)
Czytamy, oczywiście, że czytamy i nie możemy doczekać się szczegółów o mafii wyścigowej :-)
ReplyDeleteJa równierz czytam kazdy odcinek. Fajnie piszecie.
ReplyDeleteCzytam wszystkie odcinki!
ReplyDeleteMiałam syna Pawimenta (już nie żyje). Niesamowita inteligencja, odwaga i chęć współpracy. Wspaniały koń rajdowy.
Pozdrawiam!
super jest mi bardzo milo i widze sens dalszego pisania,teraz juz przewaznie bedzie Sluzewiec,no o mafii cos tam napisze,choc ja za duzo nie mialem z nia wspolnego,ale mimo to od "Pershinga" z piesci w brzuch za niewinnosc dostalem.
ReplyDeletePozdrawiam Wszystkich!
I widzisz Tomciu, mówiłam że ludzie czytają! ;)
DeleteNic nie kumam, ale czytam! Dla mnie koń to bestia od wozu i pługa, niesamowita i tajemnicza, ale czytam i podziwiam. Może czegoś się nauczę.
ReplyDeleteJa tez czytam od początku i proszę o jeszcze. Dla mnie to jak podróż w inny ciekawy świat. Magia. Naprawdę, Panie Tomku, pozdrawiam bardzo. R
ReplyDeleteczytam bardzo namiętnie opowiadania. Czekam na następne :)
ReplyDeletejak to się publikuje co chcę napisać?
ReplyDeleteMusi do tego byc moja aprobata ;)
Deletepisz Tomku, pisz:) codziennie wieczorem wchodzę na blog Aldony i w ramach dobranocki czytam Wasze wspomnienia. pozdrowienia z północy. Witek
ReplyDeleteOczywiscie, ze wszyscy czytaja! Tylko boją się odezwac, bo jak ktos sie dobrze nie zna, to nie chce wyjsc na idiote:)
ReplyDeletePamiec ludzka jest zawodna i chociaz dla siebie warto pisac. Za jeszcze pare lat mozna juz wielu rzeczy nie pamietac. Tak zachecam, zeby nie przestawac:)
Panowie, wielkie brawa!!!
Pozdrawiam serdecznie,
Milla
Tomku, ja tez czytam z ciekawoscia, ale to juz wiesz...;-)
ReplyDeletePozdrawiam serdecznie :-)
Ania
Gratulacje dla autorki blogu