Saturday, 15 February 2020

Domorośli "znawcy" kóz

W Polsce istnieje ciekawe zjawisko pseudo specjalisty, który wyggoglał coś tam na Internecie i jest święcie przekonany, że ma absolutną rację a jego wiedza jest niepodważalna.

Innym ciekawym zjawiskiem są osobniki, wciskające innym osobom totalne bzdury.

Oba te przypadki funkcjonują w najlepsze w środowisku krajowych "trzymaczy" (ang. holders) kóz, albowiem hodowcami ich nazwać nie można.

Studium przypadku pierwszego. Dzwoni do mnie potencjalny (teoretyczny!) klient, dowiedzieć się o kozła, który jest aktualnie wystawiony do sprzedaży. Kozioł oczywiście rasowy British Toggenburg z papierami, albowiem innych kóz nie utrzymuję.

Kozioł jest rogaty więc od razu pytanie, a właściwie stwierdzenie, że kozy tej rasy są...bezrożne. Jakie bezrożne? Od kiedy? Pan twierdzi ze czytał opis rasy. Ciekawe gdzie, albowiem żaden rzetelny opis nie poda, ze British Toggenburg to rasa bezrożna, tym bardziej ze w Polsce nie była wogóle znana zanim ja nie sprowadziłam swojego stada w 2014 roku.

Tłumaczę panu, że nie ma kóz stricte bezrożnych, zarówno samce i samice są dekornizowane, a jeśli już rodzą się takie bezrożne osobniki to kozioł NIGDY nie powinien być dopuszczony do rozrodu ponieważ potomstwo może być bezpłodne...
Pytania następne, a ile ma wzrostu, a ile waży - panie, ja na wagę nie stawiam, nawet Anglicy tego nie robią, przecież to nie rasa mięsna...oczywiście o mleczność linii męskiej i żeńskiej pytania nie padły, wystarczy chyba to w ogłoszeniu, że matka w szczycie laktacji dawała niemal 7 litrów dziennie...jakoś dalsza genetyka się nie liczy?...

Dziwne, wszyscy się ustawiali w kolejce kilka lat temu a teraz jakoś cisza, mimo że kozioł wyceniony znacznie poniżej ceny brytyjskiej.

Notabene jesienią zeszłego roku sprowadziłam dwa kozły z Anglii i kosztowało mnie to niemal 14 tys zł.


Studium drugie, czyli wciskacze kitu. Najciekawszy przypadek wciskacza znam z relacji pana, który przyjechał do mnie w celu zakupu pogłowia.

Otóż oddałam kiedyś znajomemu kilka sztuk, wyeliminowanych z dalszej hodowli. Szkoda było przerabiać na kotlety, tak więc w niedalekiej okolice trafiły:
- koza, która w drugiej laktacji dawała zaledwie litr mleka dziennie i której nie wykształciło się wymię;
- koziołek od tej kozy;
- kózka, skarłowaciała półsiostra koziołka z poprzedniego roku.

Znajomy zdaje się że skojarzył rodzeństwo i z tego połączenia uzyskał bodajże dwa koziołki, które zakupiła jakaś pani. Pani owa teraz chwali się podobno na forum kozolin i gdzie popadnie, że kozy po tych koziolkach dają po 10 litrów mleka a wymiona ciągną się po ziemi.

Ech, ci bajkopisarze! Rekordzistka rasy British Toggenburg, Murongovar Jeeniva, w Australii dała 9 KILOGRAMÓW mleka co nijak nie przekłada się na taką samą lub wyższą ilość mleka...to jest jakieś niespełna 8 litrów, przy czym mleko musi być naprawdę tłuste.
Jakoś tego nie widzę odnośnie krzyżówek po osobnikach wyeliminowanych z hodowli...


Jeszcze jedna pani "od kóz" chwali się ze jest moją koleżanką i że powyższy znajomy nas poznał. Ciekawe ze ja nic o tym nie wiem?...


Osobom które nie zetknęły się z moją sylwetką wyjaśniam, iż stado rasy British Toggenburg sprowadzilam w 2014 roku z Wielkiej Brytanii do Polski. Nie wprowadzam obcych kóz do stada i nie oferuję stanowek, w związku z czym stado pozostaje wolne od wszelkich chorób, w tym CAE.

Tuesday, 11 February 2020

I szeptucha nie dała mi rady

Należy jakoś zakończyć całą tę historię.

W końcu mleko się rozlało i wyszło szydło z worka. Miałam dowód czarno na białym, z jakiego to powodu ludzie zaczęli pluć nienawiścią w moim kierunku.

Będzie chronologicznie w czasie, ale zacznijmy od tego:



Wpis na Facebooku. Moja córka udostępniła post jednego z synów Freda, syna który brał udział w pobiciu własnego ojca - zawiadamiajacy o pogrzebie Freda. Serduszko nie wiem komu, pewnie z tego powodu ze udało się wyrwać ciało z Polski - gdzie Fred chciał zostać (vide mój wpis pt "Śmierć nie puka do drzwi - wchodzi razem z nimi").
Wątpliwe ze względów obiektywnych jest, iż serduszko miałoby być przeznaczone dla Freda - ostatecznie jego ukochany kanarek uzyskał wydatną pomoc w zejściu z tego świata.
Również podczas pierwszej wizyty Freda w Polsce, w naszym warszawskim mieszkaniu córka przysiadła się do niego gdy oglądał telewizję - i zaczęła opowiadać różne rzeczy na mój temat. Niekoniecznie zgodne z prawdą. Fred powiedział ze nie chciał jej słuchać i prosił żeby przestała, ale bez rezultatu. Żalił się później mnie i mojej matce, jak bardzo mu było przykro że tak nienawistna jest moja córka w stosunku do mnie.

*****************

Pamiętnego 30 czerwca 2017, gdy już odjechał prokurator, a ja skończyłam rozmowę z proboszczem, odebrałam smsa od córki. "Wieści" ją doszły. Żadnego współczucia, a nawet udawanej empatii - cel tylko jeden: załatwić to, na czym JEJ zależy.



Trudno zebym odpisała w innym duchu, będąc w szoku, zaledwie kilka godzin po śmierci człowieka który w jednej chwili podawał mi z uśmiechem kurtkę a w następnej chwili leżał martwy.

Z tego szoku otrząsałam się dobrych kilka miesięcy. Kto tego nie rozumie - nie życzę mu aby przeżył coś takiego.


Lecz znajomi mojej córki nie współczuli, tylko wylali na mnie wiadro pomyj. Włączając w to solistkę znanego zespołu z okolicy oraz panią pracującą w Komendzie Głównej Policji...
Wypowiedź mojej córki jest zaznaczona na czerwono...




Okazało się ze te smsy wisiały na profilu mojej córki, udostępnione publicznie - zniknęły dopiero po tym, jak wnioslam do sądu sprawę o zniesławienie - przeciwko własnej córce, a było to znacznie później i po odkryciu innych jej "rewelacji"...

Pewnego dnia, na początku maja 2018, zjawiły się u mnie dwie panie żeby"pooglądać koniki". Nie dość że wtargnęły na moją posesję, to w dodatku obsmarowały mnie zdrowo na Facebooku. Ponieważ moja córka miała czynny udział w komentowaniu, oraz dziwnym przypadkiem pojawiło się wiele komentarzy nieprzychylnych, wręcz napastliwych, doszłam do wniosku, że panie z Warszawy wybrały się w te strony za porozumieniem z moją córką.

Tutaj wybór komentarzy pod rzeczonym postem - wypowiedzi mojej córki zaznaczone są na czerwono. Jej interlokutorem jest człowiek spod Drohiczyna, pracujący we Francji, który niegdyś - po śmierci Freda - do mnie cholewki palił. Nawet na komarku chciał przyjeżdżać, albowiem ani samochodu, ani tez prawa jazdy nie posiada. Tak więc ciężko zawiedziony, musiał się zemścić w jakikolwiek sposób.




Wzmianka o szeptuchach które nie dają mi rady była nie bez kozery. Życzliwi informatory donieśli mi, że córka udawała się do znanej szeptuchy, która para się rzucaniem uroków i klątw - których zresztą później odczynić nie umie. Nie będę jej robić ogólnopolskiej reklamy lecz osoby zamieszkałe w naszym regionie wiedzą o kogo chodzi. 
Oczywiście chodziło o zrobienie złorzeczenia, które dotknęło by wszystkich sfer mojego życia, oraz abym postradała zmysły (stąd tak notabene przedwyborcze plotki, że jestem niespełna rozumu). Jak zdesperowana musiała być moja córka, żeby za każdą cenę jak najbardziej mi zaszkodzić...

Czy szeptucha ma moc nade mną? Ci którzy mnie znają, wiedzą że tak nie jest. Układa mi się zarówno w życiu prywatnym jak i w interesach, i jest coraz lepiej. Niedługo otwieram Podlaski Tygiel Smaków - bar ze swojskim jedzeniem.

Przykre jest to, że złe życzenie, zła energia wysyłana w czyimś kierunku, wraca do nadawcy...zawsze wraca.

Bądźmy więc życzliwi dla bliźnich.




Saturday, 8 February 2020

Siewcy nienawiści

"Pani ma duże szanse na wygraną" - skomentował znajomy moje przygotowania do wyborów. "Ale konkurencja nie śpi i będą szukać czegoś na panią" - ostrzegł.
Okazał się być prorokiem.

**************************

Któregoś dnia otrzymałam informację od świadka zdarzenia: osoba X powiedziała osobie Y że wyrzuciłam córkę z domu.
Zdziwiłam się.  Skąd wzięła się taka, wyssana z palca informacja? Doszłam do wniosku że ktoś coś wymyślił i nie przejęłam się wcale.

Nie znałam wówczas siły plotek. Ani też siły nienawiści mojej córki wobec mnie.


Później okazało się że dwie osoby roznoszą po Nurcu Stacji wieści dotyczące mojej osoby lecz całkowicie niezgodne z prawdą. Oczywiście udawało się oszukiwać wiele osób, które nie znały mnie osobiście i były święcie przekonane, iż te rewelacje są prawdziwe.

Mówiono:

- że wyrzuciłam córkę z domu ponieważ była w ciąży (jak było naprawdę, pisałam w poście pt "Dona" i co bylo dalej);

- że głodzę konie (ciekawe, czy miało by sens zaniedbywać zwierzęta, które ściągałam z Wielkiej Brytanii a każdy transport, oprócz ceny zakupu koni, papierów na transport itd kosztował w granicach 20 tys zł?);

- że jestem Cyganką (a tak po prawdzie pochodzę z litewskiej arystokracji...).

Konkurencją bylam tak niebezpieczną, że osoba X pofatygowała się osobiście w okolice mojego gospodarstwa wraz z drugą osobą, która to wysiadła z samochodu i robiła zdjęcia. Osoba X myślała że pozostanie nierozpoznana, lecz monitoring mam całkiem niezłej jakości...


Na facebookowym messengerze młode osoby z terenu gminy przesyłały sobie wzajemnie różne rewelacje na mój temat. Oczywiście wszystkie fałszywe.

Źródłem kłamstw była moja córka. I tutaj zrozumiałam, dlaczego wcześniej parę znajomych - były to luźne znajomości - osób zerwało ze mną kontakt a i moja własna starsza siostra ma jakieś pretensje odnośnie tego jak "potraktowałam własne dziecko."
Okazało się ze moja córka skarżyła się wszystkim ze wyrzucilam ją z domu ponieważ była w ciąży!!!

Przepraszam, ale 30 wrzesnia 2015 kiedy definitywnie uciekła z domu, a 29 lipca 2016 kiedy to urodziła dziecko, to trochę więcej niż 9 miesięcy i nawet mało rozumny człowiek to obliczy...


Oczywiście wybory przegrałam, otrzymując tak niewielką ilość głosów, że wspomniany na początku znajomy bardzo się temu dziwił.

A moja córka? Jeszcze przed śmiercią Freda skonczyla 18 lat, wyprowadzila się z domu dziecka i z ówczesnym narzeczonym i tatusiem dziecka zamieszkała w Białymstoku w wynajętym mieszkaniu. A ze kasy było za mało, wysłała narzeczonego  do pracy za granicę.

W międzyczasie bawiła się w najlepsze za przysyłane euro, a że rozrywkowa z niej dziewczyna, będąc słomianą wdową, szybko znalazła pocieszyciela.
Sprawa się wydała, koleżanka nagrała ich oboje telefonem, nagranie trafiło do narzeczonego, w pocie czoła pracującego na byt swej ukochanej.

W efekcie narzeczony został byłym narzeczonym; córka jeszcze z niego chciała ściągać dość wysokie alimenty. A ze mieszkania tez już nie było, ponieważ euro nie zostało odłożone na czarną godzinę tylko przehulane, córka z dzieckiem musiała znaleźć kąt w domu samotnej matki w Supraślu.

Od dawna już jej tam nie ma, jest za to kolejny narzeczony I Białystok...a że plany miałam pewne odnośnie dalszej drogi córki i po zdaniu przez nią matury mogła być Warszawa i wydział filologii angielskiej Uniwersytetu Warszawskiego, 5 minut spacerkiem z naszego mieszkania; Cambridge - gdzie sama studiowałam - albo Nowy Jork, a właściwie niezły uniwersytet Princeton w stanie New Jersey - niedaleko miejsca zamieszkania mojej mamy, no ale każdy wybiera swoja ścieżkę...



Tuesday, 4 February 2020

Siła modlitwy

Przeglądając stary telefon, natrafiłam przedwczoraj na nie skasowane jeszcze smsy od mojej córki. 10 lipca 2017, w dniu kiedy zabrano ciało Freda z Białegostoku do Anglii, napisała mi, że szkoda że się z nim nie pożegnałam bo on na pewno tego by chciał.
Nie rozumiem, jak można być aż tak złośliwym i dlaczego akurat musi to być moja córka...no cóż.

*******************************

Wiosną 2018, po dłuższym nakłanianiu, poddałam się w końcu namowom i poszłam śpiewać do naszego parafialnego chóru. Chór składał się z psalmisty Jana i 3-4 osób stałych piewczych. Jan miał swoje demony i pił od wielu lat - w zasadzie przez całe swe dorosłe życie.
Chór w naszej parafii prowadził od wielu lat. Po święcie Wniebowstąpienia Pańskiego, które jest jednym z dwóch naszych świąt parafialnych, zaczął pić na umór i tydzień później, w święto Cyryla i Metodego, trafił do szpitala. Po prostu proboszcz, wróciwszy na plebanię, zajrzał do swojego psalmisty. Ów leżał nieprzytomny, więc zawezwano pogotowie.

Już na izbie przyjęć był reanimowany, miał zapaść i trafił na oddział intensywnej opieki medycznej.

Będąc na chórze słyszałam jak ludzie rozmawiają między sobą - "wszystko mu wysiadło" - "on w ogóle nie ma już wątroby i nerek" itp.
Któregoś dnia postanowiłam zajrzeć na OIOM i odwiedzić Janka, który leżał nieprzytomny w śpiączce. Jak to zwyczajne w takich przypadkach, zmówiłam przy nim modlitwy.

Kilka dni później coś kazało mi pojechać na św. Górę Grabarkę (to moja sąsiednia parafia) i tam pomodlić się do Iwierskiej Matki Bożej o zdrowie dla kolegi z chóru. Poprosiłam również znajomych i nieznajomych o modlitewne wspomnienie a jeden z duchownych zaproponował odprawienie molebnia w tej intencji, wręczył mi wówczas akafisty i święcone olejki.

Kilka razy odwiedziłam chorego, czytając owe akafisty nad jego łóżkiem oraz dokonując jelopomazania (namaszczenia znakiem krzyża na czole pędzelkiem maczanym w poświęconym olejku) aż nadszedł czas mego wyjazdu na kilkudniową pielgrzymkę do Poczajowa. Pielęgniarki stwierdziły że już się nie zobaczymy.

W Ławrze Poczajowskiej oraz w innych miejscach zostawiałam karteczki o zdrowie, modląc się także, dwa razy podeszłam o świcie do Poczajowskiej Ikony Matki Bożej, zanosząc swoje intencje.

Po powrocie pojechałam do szpitala jakby nigdy nic. I owszem, Janek żył nadal czym wszyscy byli zdziwieni.
Co ciekawe, podczas mojej nieobecności przechodził wielokrotnie śmierć kliniczną - ale funkcje życiowe wracały w niewytłumaczalny sposób.

Codziennie byłam w szpitalu z modlitwą. Po uzyskaniu akceptacji lekarza przyniosłam też odtwarzacz mp3 z muzyką cerkiewną i słuchawki i słuchał sobie Janek, praktycznie przez cały czas ponieważ baterii starczyło na 24 godziny.

Któregoś dnia zdążyłam wejść do łazienki by umyć i zdezynfekować ręce a tu jedna z pielęgniarek mówi że pacjent się obudził. Szok na oddziale. Przecież on miał nie odzyskać świadomości i umrzeć w ciągu kilku dni od przyjęcia na oddział. Cud. Następnego dnia przysłano fizjoterapeutę, Janek kontaktował mimo ze nie mógł mówić ze względu na respirator. Rozpoznawał znajomych, kiwał głową lub zaprzeczał, pytany. Wykonywał polecenia. "Pański przypadek jest rozpatrywany w szpitalu w kategorii cudu" - powiedział fizjoterapeuta.

Po kilku dniach odłączono Jana od respiratora.

Ponieważ pacjent miał chore płuca - nie chciał się wcześniej leczyć mimo uporczywego kaszlu - odsysano wydzielinę która mogła dosłownie spowodować uduszenie. Po tygodniu wprowadzono więc Jana w śpiączkę farmakologiczną - z której znów się niebawem obudził.

Wkrótce przeniesiono go na oddział wewnętrzny, gdzie odłączono od respiratora kiedy stan się znacznie poprawił.
Przyszła znajoma. I mówi: "Janek a ty wiesz że wiele razy od nas odchodziłeś?" a zapytany na to: "Tak, ale chciałem zostać na tym świecie".
- "A spotkaleś tam kogoś?"
- "Kilku starych znajomych. I moją mamę. Mama mówiła "chodź, chodź".
(Matka Jana zmarła kilka lat wcześniej.)

W sali leżała też pewna starsza pani, Z Drohiczyna, katoliczka. Któregoś dnia jej córki podeszły do mnie i powiedziały "Nasza mama umiera. Czy mogłaby pani namaścić ją tym olejkiem? Może będzie jej lżej..."
Oczywiście nie odmówiłam.

Z dnia na dzień z Janem było coraz gorzej. Coraz ciężej przychodziło mu mówienie, być może przyczyną było nieregularne odsysanie wydzieliny. Pewnego dnia zaczął już majaczyć - "Tam leży moja mama" mówił, patrząc na starszą panią, leżącą na łóżku pod oknem. "Nie Janek, to nie twoja mama, to taka pani z Drohiczyna, katoliczka."
"Po mojej mamie jest 40 dni"
"Nie Janek, już trzy lata".
"Mama mnie woła do siebie."
"Janek a odwiedzał cię ktoś wczoraj oprócz mnie?"
"Tak, moja mama przychodziła."

30 lipca przyszedł do Jana w odwiedziny ksiądz dziekan naszego dekanatu a później pan z naszego chóru.
Odchodząc tego dnia powiedziałam jak zwykle "To do jutra, do zobaczenia" a Janek patrzał na mnie bardzo smutnym wzrokiem. "Dziękuję za wszystko" udało mu się z trudem wyszeptać.

Już nie zobaczyliśmy się, zmarł następnego dnia rano. Właściwie zmarł już przed północą ale utrzymywano jego funkcje życiowe do kolejnego dnia, kiedy zdecydowano o odłączeniu od respiratora.

Starsza pani odeszła niedługo przed nim.

Przed Jana śmiercią było kilka znaków, między innymi cukierek od kaszlu - kiedyś częstowałam wszystkich na klirosie, Janek swój odłożył na półkę anałojczyka. W niedzielę poprzedzającą jego śmierć jedna z chórzystek dała ten cukierek chłopcu, który przyszedł z matką na chór.

Powiadomilam kogo trzeba, biskup z żalem wyraził niemożność uczestnictwa w pogrzebie poniewaz wypadal on w wielkie święto - proroka Eliasza. A nasz proboszcz, mówiąc w cerkwi o śmierci psalmisty, wciąż chyba nie mógł wyjść ze zdziwienia ze sam Metropolita Sawa telefonował z wyrazami współczucia.
A przecież to nikt inny, lecz sam JE Sawa, jeszcze będąc biskupem, wyswięcał Jana na psalmistę...został powiadomiony będąc akurat w Jabłecznej.

Podczas nocnego czuwania przy trumnie, kiedy zaczęłam czytać pierwszy akafist który czytałam w szpitalu, za carskimi wrotami rozległ się męski głos. A oprócz mnie w cerkwi była tylko jedna osoba, kobieta...


W następnej kolejności chronologicznej były wybory samorządowe...i wszelkie wydarzenia z nimi związane.



Sunday, 2 February 2020

Miłość bliźniego

W niedziele woziłam sąsiadki do cerkwi. Fred zostawał w domu, jeszcze w Wyczółkach mimo mojej propozycji nigdy na niedzielne nabożeństwo nie pojechał.

Któregoś dnia kiedy podchodzilam po Liturgii do krzyża, batiuszka daje mi prosforę ze słowami - masz, daj dla męża, niech przyjdzie do cerkwi.
Po powrocie do domu wręczyłam prosforkę Fredowi mówiąc ze proboszcz kazał jemu przyjść na nabożeństwo.

W następną niedzielę nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Fred wyszykowany, w garniturze - jedzie do cerkwi!
Na miejscu przywitał się ze znajomymi, widać było że dobrze się czuje, a atmosfera bardzo mu odpowiada.
Batiuszka był chyba bardziej zaskoczony niż ja - "Przez cały czas na mnie spoglądał" - relacjonował Fred.
Widocznie proboszcz nie mógł uwierzyć własnym oczom.

"Teraz co niedzielę będę jeździł na nabożeństwo" - oznajmił Fred po powrocie do domu. Na takie dictum zdziwiłam się jeszcze bardziej.

25 czerwca przypadała obiednia naszej wioski. Podczas Krestnego Chodu i czytania Ewangelii kobiety zawsze biegły która pierwsza, żeby głowę pod Ewangelię jak najbliżej włożyć.
My trzymaliśmy się nieco na uboczu. Za trzecim razem batiuszka chyba doszedł do wniosku że podchodzą cały czas te same osoby, dwa kroki i doszedł do nas, polozywszy Ewangelię na głowie Freda.

Fred zrelacjonował to po powrocie do domu. "Kiedy proboszcz położył mi Księgę na głowie, natychmiast przeszedł od niej jakby prąd elektryczny, przez cale moje ciało, aż do stóp."

To była niedziela. Kilka dni później, w piątek 30 czerwca Fred już nie żył.


Po śmierci Freda, kiedy już odjechalo pogotowie, policja i prokurator a ciało zostało zabrane do zakłady medycyny sądowej w Białymstoku i ledwo zdążyłam zakończyć rozmowę telefoniczną z proboszczem, nadszedł sms od mojej córki. Żadnego współczucia, żadnych kondolencji, żadnego przynajmniej stworzenia pozorów że jest jej przykro - a tylko żądanie, że chce się z Fredem pożegnać - bo to był jedyny człowiek który był dla niej dobry.

Jak mogłam poczuć się jako matka, która starała się jak tylko mogła, by zapewnić córce jak najlepsze warunki? Samotna matka, bo po rozwodzie - zresztą jak i przed nim - na męża liczyć nie mogłam. Kiedyś oznajmił mi wprost ze nigdy nie pójdzie do legalnej pracy bo nie ma zamiaru płacić alimentów na córkę.
Być może rozwinę kiedyś ten temat, który jest tak obszerny, że wymaga osobnego wpisu.


Już w niedzielę miałam telefon z Anglii, od Polki - koleżanki jednego z synów Freda. Bo syn nie wie czy ze mną się porozumie po angielsku.
Cóż za beznadziejna wymówka. Syn niejeden raz ze mną rozmawiał - jak można się domyślać, na pewno nie po polsku.

Po kilku dniach ta sama pani dzwoniła do proboszcza z pytaniem, jakie tutaj są majątki. Batiuszka odparł jej po prostu, że notariuszem nie jest i nie wie.

Chciałam pochować Freda na cmentarzu parafialnym obok cerkwi - proboszcz wyznaczył nawet miejsce, z przodu, zaraz przy drodze. Honorowe miejsce.
Moja córka, nie znając nawet proboszcza, zatelefonowała do niego ze słowami: "Batiuszka, ale wam nie wolno chować Freda, on nie chodził do cerkwi!!!"

Prawie dwa lata wcześniej zwinęła się panna z domu i uważała ze wszystko wie...I jeszcze może rozkazywać duchownemu.

Podpowiadając synom Freda, starała się moja córka doprowadzić do sytuacji, kiedy zostałabym z niczym.  Synowie postawili na swoim odnośnie pogrzebu i generalnie wbrew woli Freda - który nigdy nie chciał już wracać do Anglii - zabrali ciało do siebie. Być może, gdyby nie motywacja finansowa - nie interesowaloby ich odgrywanie kochających dzieci.
W każdym razie pogrzeb odbył się raczej nieprzypadkowo - dokładnie w moje urodziny, 27 lipca 2017.

Fred zmarł na zawał serca, równo 10 miesięcy po tym, kiedy pobili go synowie...


Nic ciekawego nie działo się u mnie aż do czasu, kiedy oficjalnie było wiadomo, iż wystartuję w wyborach samorządowych w 2018 roku na stanowisko wójta gminy. Ale o tym już następnym razem...




Saturday, 1 February 2020

Śmierć nie puka do drzwi - wchodzi razem z nimi

Po ostatniej już i finalnej ucieczce mojej córki z domu Fred odczuł ulgę. Wielokrotnie powtarzał, że konie nie lubią jej - i boją się.

Jako matka nie zwracałam większej uwagi na ten fakt. I raczej nie zauważałam niczego podejrzanego, lecz wymowna historia małego kanarka należącego do Freda wniosła nowe światło na całą sytuację.

Jeffrey


Ojciec Freda hodował kanarki, darząc je miłością - nawet z tyłu cmentarnego pomnika na jego grobie wyrzeźbiono podobiznę tego małego, śpiewającego ptaka.
Fred również miał sentyment do kanarków i kiedy - praktycznie przypadkiem - nadarzyła się okazja, kupił ptaszka z klatką. Kanarkowi nadał imię Jeffrey i w 2014 przywiózł go na Podlasie. Darzył go niezwykłą sympatią, dbał o niego, a maleńki ptaszek odwdzięczał się śpiewem.

Nadszedł pamiętny dzień 30 września 2015 roku, kiedy to wracaliśmy przez kontynent z wyspy brytyjskiej. Zanim moja córka odeszła na zawsze z domu, wpuściła do pokoju najwredniejszego kota, młodego i całkowicie czarnego. A może przypadkiem wszedł przez drzwi? Może przypadkiem klatka kanarka otworzyła się, mimo iż była solidna z solidnym zamknięciem?
Moja matka usłyszała od swojej wnuczki, ze "coś stało się z kanarkiem".

Gdy Fred już w domu usłyszał, że maleńki przyjaciel odszedł, jego oczy wypełniły się łzami i tylko wyszeptał "Jeffrey, oh Jeffrey..."

     *****************

Minęło kilka miesięcy. W sierpniu 2016 Fred wybrał się do Anglii by pozałatwiać różne sprawy i przy okazji odwiedzić rodzinę i znajomych.
Po kilku dniach, 30 sierpnia 2016 wieczorem, po kolacji, do kuchni w domu matki Freda, kiedy on z matką i wujkiem Johnny właśnie sprzątali po posiłku, wpadło trzech dorosłych synów Freda. Jeden z nich zadał cios i powalił go na ziemię, skopali go a następnie najmłodszy syn, zawodowy bokser z sygnetami na prawie wszystkich palcach obu dłoni - legalne sygnety zastępują nielegalne kastety - wskoczył na klatkę piersiową Freda leżącego na wznak i w szaleńczym zapamietaniu począł boksować go po twarzy i głowie.
Dzięki przytomności wujka, który złapał za swój telefon komórkowy i, nie wybierając numeru zaczął do niego krzyczeć "Police!!! Police!!!", sprawcy uciekli.

Fred zatelefonowal do mnie, przekonalam go żeby zadzwonił na policję - "No ale na własne dzieci?..." Tak Fred, na własne dzieci.

Sprawców szukał helikopter i funkcjonariusze z psami, istniała możliwość ze najstarszy syn ma przy sobie broń - nielegalnego obrzyna (Fred wiedział ze jest on w jego posiadaniu I dosłownie bał się o swoje życie).

W rezultacie po powrocie do Polski, nadal posiniaczony i poobijany, Fred wydobył wszystkie zdjęcia swoich dzieci jakie posiadał, i spalił je. Musiało go to wiele kosztować ponieważ był człowiekiem bardzo rodzinnym i oddanym, o wielkim sercu.
Prawdopodobnie wówczas spalił również swój paszport, co miało znaczenie niespełna rok później...




Pod koniec roku sfinalizowałam zakup gospodarstwa leżącego kilka kilometrów dalej, o kilkunastohektarowej powierzchni (w Wyczółkach był jeden hektar i brak możliwości powiększenia działki). Przeprowadziliśmy się dopiero wiosną ponieważ leżaki idące do komina (podłączenie pieców) były w takim stanie, iż kominiarz odradził użycie pieców aż do czasu gdy zostaną dokonane naprawy - a przy ujemnych temperaturach zimowych nie było mowy o pracach murarskich.

Fred w Wyczółkach zawsze narzekał ze czuje na sobie wzrok ludzi, gdy tylko wyjdzie na podwórko. Tu, na wsi o zabudowie kolonijnej, gdzie podwórko odsunięte jest od publicznej drogi o ponad sto metrów i znajduje się pośrodku dużej działki, czuł się znakomicie - wielokrotnie powtarzał ze tu jest jego miejsce i nie chce stąd wyjeżdżać - nawet do sklepu. Z radością oddał się pracy i widać było że cieszy się życiem - tyle że co działo się w jego wnętrzu, nie wie nikt.

30 czerwca 2017 pod wieczór wybrałam się na pastwisko po kozy. Z zachodu nadciągała ogromna, ciemna chmura. Wyszłam ale jeszcze z sieni Fred podał mi kurtkę, mówiąc z uśmiechem żebym założyła bo zmoknę gdy zacznie padać.

Wracałam z kozami nieśpiesznie, ponieważ deszczu jeszcze nie było widać. Kozy popasły się jeszcze na drzewkach dzikiej śliwki, po czym otworzyłam bramkę i stado weszło na podwórko a ja za nim.
Na wprost bramki stał ford transit i musiałam go obejść.
Obeszłam. Po jego drugiej stronie, na wysokości drzwi kierowcy, na wznak leżał Fred. Miał spokojną, prawie uśmiechniętą twarz, wyglądał jakby spał.
Zaczęłam go reanimować i robiłam to aż do przyjazdu karetki - bezskutecznie. Lekarz stwierdził, że Fred był martwy w momencie gdy go znalazłam.

Tyle ze człowiek nie myśli o tym żeby sprawdzać czynności życiowe w takim wypadku.


Po śmierci Freda doznałam bardzo dużo nieprzyjemności ze strony jego synów i mojej córki. Synowie - działając zresztą w porozumieniu z moją córką - wymyślili sobie ze wszystko mi zabiorą, a córka nawet telefonowała do mojego proboszcza, zabraniając mu pochówku Freda.

Ale o tym co działo się po Freda śmierci - oraz o wydarzeniu na kilka dni przed nią - innym razem...




Thursday, 30 January 2020

"Dona" i co było później

Po ładnych kilku latach zdecydowałam się odkurzyć starego bloga...na domenie nie istnieje już on od dawna, lecz w przestrzeni bloggera nadal zachowały się jego reminiscencje.

Reportaż "Dona" zrealizowany został w czerwcu 2015 roku w naszym dawnym gospodarstwie w Wyczółkach. Od tego czasu nastąpiło wiele zmian.
https://bialystok.tvp.pl/21516702

Pierwsza zmiana nastąpiła w ciągu zaledwie trzech miesięcy.

Od długiego czasu miałam z córką problemy wychowawcze, które zaczęły się jeszcze w polskim przedszkolu, ciągnęły w szkołach w Anglii i zostały przyciągnięte na Podlasie po powrocie do kraju.
Powrót który nastąpił na początku września 2014, dał mi się wkrótce we znaki. Radość z faktu że w końcu jestem po latach spowrotem w Polsce szybko przyćmiło wydarzenie z początków października 2014.

W środku nocy obudziło mnie walenie do drzwi. To była sąsiadka, mieszkająca nieopodal, po drugiej stronie drogi.
"Pani Aldono niech pani wstaje, pani córka jest z moim mężem!"
Sąsiadka wróciła że zmiany i zastała moją córkę, wówczas mającą lat 15, w ich kuchni, pijącą wódkę w sąsiedzkim towarzystwie... To wydarzenie pamiętam jak dziś ponieważ momentalnie podcięło mi skrzydła.

Niedługo później dojechaly z Anglii nasze konie w ilości 16 sztuk oraz inne zwierzęta, a na końcu dołączył do nas Fred.

Jednakże rozhulana młodzież, zasmakowawszy wiejskiej swobody, nie miała zamiaru spasować. Do dziś siatka ogradzająca działki jest wymownie wygięta w jednym miejscu, w miejscu w którym nastoletnia panna pokonywała ją pod osłoną nocy lub w biały dzień. Będąc na podwórku miałam oczy dokoła głowy ale to oczywiście i tak nie przynosiło pożądanego skutku - zawsze zostawałam przechytrzona.

Okres świąt Bożego Narodzenia w grudniu 2014 również zapadł w moją pamięć, 24 grudnia córka poszła "na chwilę" do sąsiadów a rezultat był taki że szukaliśmy jej z Fredem do późnego wieczora - bez rezultatu, i dopiero otrzymawszy "cynk" od sąsiada następnego dnia rano znaleźliśmy ją w sasiedniej wiosce - była "u kolegi"...

Generalnie kolejne miesiące spędziłam na wizytach albo w naszym lokalnym posterunku policji w Nurcu, albo - gdy był zamknięty - w posterunku policji powiatowej w Siemiatyczach, zgłaszając zaginięcie nieletniej. Po minach policjantów widziałam że mieli mnie już powyżej czubka głowy, albowiem gościem bylam częstym i regularnym. "Chciałam zgłosić zaginięcie córki" - tę frazę wypowiadalam co najmniej kilkanaście razy.

We wrześniu 2015, mając niespełna 16 lat, córka rozpoczęła naukę w technikum rolniczym w Bielsku Podlaskim. Już na początku nie podobało jej się, chciała zmienić kierunek nauki - zmieniła, znów jej się nie spodobało, wróciła na rolnictwo.

Pod koniec miesiąca planowaliśmy z Fredem wyjazd do Anglii, by pozałatwiać kilka spraw. Na Podlasie przyjechała moja mama by zostać ze swoją wnuczką.

W dniu powrotu, 30 września rano, kiedy tylko zjechaliśmy z promu w Dunkierce, wiadomość od matki: córki nigdzie nie widać. Zabrała psa Borysa i zniknęła.
Do naszego powrotu na Podlasie - I do wyjazdu mojej matki - nie pojawiła się. Ja już nie mialam siły jej szukać i stwierdziłam że skoro taka jest jej wola, skoro nie chce być w domu - nie będę jej znów ściągać na siłę.

Po upływie kilku dni pojechałam do sądu rejonowego w Bielsku Podlaskim z własnym wnioskiem o założenie sprawy w celu pozbawienia samej siebie praw rodzicielskich. Nie miałam siły do walki i musiałam podjąć kroki aby nie odpowiadać za nieletnią córkę, która jest nie wiadomo gdzie.

Później okazało się, ukrywała się na strychu u sąsiadów, u ówczesnego narzeczonego...nawet do ubikacji nie schodziła. Tak bardzo zależało jej na tym żebym jej nie znalazła.

Na drugiej rozprawie, w październiku 2015, córka oznajmiła sędzinie iż jest w pierwszym miesiącu ciąży. Słabo mi się zrobiło - przecież w wieku lat 11 miała w szkole w Anglii nauczanie o antykoncepcji, nawet uczono jak zakłada się prezerwatywę. Czyżby wyleciało z głowy?...

Sąd zarządził o umieszczeniu córki w domu dziecka w Krasnem. Ostatecznie w domu w Wyczółkach nie było warunków dla niemowlęcia.
Wnuczka urodzila się 29 lipca 2016.

Póżniej była przeprowadzka, śmierć Freda i wybory samorządowe. Ale o tym innym razem...



x

Sunday, 8 June 2014

O pięciu ślepcach i słoniu

Bylo sobie kiedys pięciu ślepców, którzy przez cały dzień przesiadywali pod drzewem. Pewnego upalnego dnia pod drzewem schował sie słoń. Ślepcy usłyszeli że nie są sami, zaczęli więc chodzić i szukac po omacku. Natrafili na różne części ciała słonia.

Pierwszy ślepiec, wyczuwając bok słonia, powiedział: to jest wielka ściana!
Drugi slepiec, trzymając za kły, powiedział: mylisz się, to są dwie wielkie włócznie!
Trzeci ślepiec, pociągając za ogon, powiedział: obaj nie macie racji, to jest gruby sznur!
Czwarty ślepiec, przesuwając dłonie po trąbie, powiedział: jesteście w błędzie, przecież to wąż!
Piąty ślepiec, badając nogę słonia, krzyczał: nie, żaden z was nie ma racji, to jest pień drzewa!

http://blog.practicalsanskrit.com

Czy dostrzegając tylko fragment, mamy pewność odnośnie wyglądu całości, czy może jest to jedynie nasze jej wyobrażenie, niekoniecznie zgodne z rzeczywistością? ;-)

Sunday, 13 April 2014

Ekonomia koziej hodowli

Zaczęłam kozią działalność, jak większość Czytelników wie, ponieważ chciałam mieć mleko na własne potrzeby, a z kozami miałam wcześniej sporo do czynienia, więc wiedziałam niej więcej za co się biorę. Zaczęłam tu w Anglii, od kozy saneńskiej i toggenburskiej, a raczej obie były "w typie", ponieważ rodowodów nie posiadały. Toggenburgów nie znałam wcześniej, jak wiadomo - w Polsce ich nie ma, zaczęłam więc interesować się rasą. Okazało się, że nie dość że jest to najstarsza na świecie zarejestrowana rasa kóz (w Szwajcarii w początkach XVII wieku!), to jest to również najstarsza wogóle zarejestrowana rasa zwierząt.
Od oryginalnych toggenburgów wywodzą się kozy brytyjskie toggenburskie (British Toggenburg), poddane selekcji na mleczność zwierzęta, dużo większe niż ich szwajcarscy protoplaści. Rejestr istnieje od 1925 roku, w hodowli stosuje się dolew krwi oryginalnych toggenburgów.

W zeszłym roku wybrałam się po dwie półtoraroczne kozy które trzymane były jako zwierzęt towarzyszące, i komuś obżerały drzewka w ogrodzie. W zwiąku z tym właściciel postanowił się ich pozbyć. Kupowałam je za cenę zwyczajnych zwierząt, po dokonaniu formalności dotychczasowy właściciel powiedział, że kozy mają rodowody, tylko on zapodział karty rejestracyjne, ale obie mają wyszukane imiona. Odszukałam hodowcę na podstawie numerów z kolczyków - i szczęka mi opadła. Okazało się, że kozy pochodzą z najlepszej hodowli w Wielkiej Brytanii, jedna jest córką, a druga wnuczką czempiona rasy!

Złapałam bakcyla. Postanowiłam zmienić nieco kierunek hodowlany i tym samym pozbyłam się wszystkich nierodowodowych zwierząt - ostatecznie każda koza je mniej więcej tyle samo, więc tyle samo kosztuje jej utrzymanie - po co więc trzymać kozy, które przynajmniej w teorii, mają mniejszą produkcję mleczną? Przy ręcznym dojeniu ma to również znaczenie. Zdecydowanie wolę mieć, powiedzmy, 10 zwierząt wysokomlecznych niż 20 o mleczności przeciętnej.

Bardzo jestem zadowolona, ponieważ mój zamysł hodowlany sprawdza się znakomicie, nawet lepiej niż bym sobie tego życzyła. Dziś "wyrodna matka" Anjo Cressida, w pierwszej laktacji, w drugiej dobie, dała niemal 2 litry mleka.
I jest żywiona wyłącznie owsem, sianem i wysłodkami, trawy niestety nie mam wystarczająco dużo dla wszystkich.

Hodowlę pomału rozwijam, wkrótce dołączą do nas młode brytyjskie alpejki, również wysokomleczne.


Tuesday, 4 March 2014

Moje życie. Część 5: Służewiec, stajnia Widzów

W stajni Jaroszówka przejadło mi się nieco, jak pamiętam za sprawą tłumów amatorów, jakie to zwalały się w soboty na przejażdżki. Chociaż towarzystwo było fajne, zawsze preferowałam mniejszą ilość ludzi dokoła, i, jak już wcześniej wspomniałam, od zawsze byłam trochę odludkiem.

Przeniosłam sie więc do stajni Rzeczna, kierowanej przez niezapomnianego Arkadiusza Goździka. Pracowali w niej wówczas między innymi Andrzej Kowalewski "Johan" i nieżyjący już Janek Patejuk, a dżokejem był Bolek Mazurek. Stajnia była dość kameralna, atmosfera fantastyczna. Pamiętam jak załoga grywała w karty przy śniadaniu, a Bolek zawsze przy tym wołał "zes...ł się goły za róg stodoły!".

Po pewnym czasie musiałam udać się do biura, do działu techniczno-selekcyjnego, aby przepisać się ze stajni Jaroszówka do stajni Rzeczna. Takie były wówczas wymogi, każde przeniesienie musiało być zaaprobowane przez biuro, zapisane w kartotece i wpisane oraz opatrzone pieczątką i podpisem w legitymacji jeźdźca amatora.

Poszłam więc, dział mieścił się na piętrze, zaraz za schodami, w pokoju numer 12 lub 11. W pokoju urzędowali panowie Andrzej Szydlik, zastępca kierownika działu techniczno-selekcyjnego, którego szefem był Tadeusz Milanowski, oraz Krzysztof Wolski, handikaper.
Wtedy to zobaczyłam, a raczej podejrzałam kątem oka z papierach wyciągniętych przez p.Szydlika, że na stajnię Jaroszówka jest zapisanych 96 czy 97 amatorów!... Na moją prośbę o przepisanie do stajni tr.Goździka, p.Szydlik krótko powiedział: nie. A dlaczego? Niech pani się spyta pana Sałagaja.

Tu powinnam dodać, że Andrzej Szydlik za specjalnie lubiany nie był, jako biurowy słuzbista.

Wyjaśniłam sytuację panu Aldkowi Goździkowi i wróciłam do stajni Sałagaja, gdzie usłyszałam: albo jeździsz u mnie, albo nigdzie nie będziesz jeździła.
Tisze jedziesz, dalsze budziesz, nie dyskutowałam, przychodziłam na przejażdżki jakby nigdy nic. Aż do któregoś dnia, w marcu lub kwietniu 1993 roku, kiedy zobaczyłam, że do stajni tr.Bogdana Ziemiańskiego przyjmują się jakieś początkujące amatorki.
B.Ziemiański amatorów nie miał przez jakiś czas, o ile pamiętam chodziło o to, że nieco wczesniej koń złamał nogę na treningu pod pewną dziewczyną i amatorzy zostali pogonieni ze stajni.

Któregoś dnia wybrałam się więc do stajni Widzów, była to sobota. Porozmawiałam z panem Bogdanem, powiedział żebym poszła do biura w tygodniu, przepisać się na jego stajnię.

Znów biuro: panie Szydlik, chciałabym się przenieść do stajni pana Bogdana Ziemiańskiego. - Ależ oczywiście, pani Aldono.
Wpis w papierach został dokonany, w legitymacji "St.Widzów", opatrzony datą, podpisem i pieczątką "Z-ca Działu Techniczno-Selekcyjnego PTWK A.Szydlik".

Pierwszego dnia dostałam konia na kłusa tylko. Wszyscy pojechali na tor, a ja na Mozyrze telepałam się na kółku przed stajnią, na to kółko trener mówił - park. Teraz ma tam stajnię Krzyś Ziemiański.

Przejeżdżała moja była stajnia, i Rumen Ganczew Panczew wołał, jak ci się w głowie zakręci to do nas wrocisz! - Nie wrócę Rumen! - odkrzyknęłam.

Wrócili z toru, ja z kółka, siodłamy kolejna przejażdżkę, dostałam jakiegoś araba, chyba był to siwy Cewar. Wszyscy znów pojechali na tor, a ja zostałam na kółku, na stępo-kłusa. Moze ktoś by sie przejmował, ale nie ja. Jakoś fajnie się tam czułam, na miejscu.

Koniuszym był wówczas niezapomniany, nieżyjący już Jurek "Dżeks" Gabszewicz.

Następnego dnia pan Bogdan spytał mnie: a byłaś w maszynie startowej? Umiesz startować? - Tak.
Dostałam tego dnia cztery przejażdżki, dwa młode folbluty i dwa młode araby na tor wyścigowy, miały one po raz pierwszy w życiu wejść do prawdziwej maszyny starowej. Pamiętam, że miałam folblutkę Szuanę i arabkę Woltyżerkę - później stały się one moimi ulubieńcami.

Stajnia obejmowała trzy połączone budynki. w kształcie litery L (teraz dwa od frontu są połączone w jedną stajnię). Pracował niejaki Kazik Żabka (nazwisko jak najbardziej autentyczne), który, jak to wyścigowcy, lubił sobie chlapnąć, nieraz do przesady. Przychodził rano do stajni i chował się przed trenerem, bo nie chciał jeździć. Trener za Żabką, a Żabka do drugiej stajni, trener do drugiej stajni a Żabka myk, od podwórka, do stajni arabów. I tak się ganiali. A rano jak trener złapał Żabkę dziabniętego, przy podpisywanu listy, słuzbowym tonem mówił: panie Żabka, pan jest pijany, proszę mi natychmiast iść do domu! - I wpisywał czerwone kółko na liście. Zawsze za nieobecność było czerwone kółko, ludzie często nawalali, trener wstawiał kółka, a potem brał listy do domu, przepisywał i kółka znikały. Chociaż potrafił krzyczeć na ludzi, tak naprawdę miał dobre serce.

Pracował u nas "Dziunek" czyli Janek Kołakowski i pamiętam, że ze mną jechał swój pierwszy w życiu galop, na arabskiej, gniadej klaczy Pobudka. Trochę słabo mu to wyszło, jechał zygzakiem i później śmielismy się, że Pobudka Dziunka obudziła.

Jeźdźcem stajennym był praktykant dzokejski Krzysiek Banach, stałego dzokeja nie było. Później był u nas Tomek Rejek, który na arabskim ogierze Esauł wygrał swój setny wyścig i został dzokejem. Zmienił się i koniuszy, Dżeks poszedł pracować do końskiego szpitala a przyszedł do nas Krzyż, za dżokeja był równiez Sylwek Pulc przez jakiś czas i odchodziły cyrki nie z tej ziemi - jak Tomek wspomniał, Sylwek był jajcarzem jakiego swiat nie widział.
Koniuszym do samego końca był później wcześniejszy pracownik stajni, Andrzej Sokólski zwany kiedyś "Dziadkiem" a od iluś tam lat "Lodziarzem", z racji białej czapki.

Moja ulubiona Szuana została sprzedana po aukcji i odeszła. Zmienił barwy równiez Szarlatan, by pod opieką Doroty Kałuby rozwinąć skrzydła.

Również zmieniła się nazwa stajni, po prywatyzacji która nastąpiła 1 stycznia 1994 roku, stajnia przyjęła nazwę Vilnius, od imienia fantastycznego konia, którego p. Bogdan trenował. Pozostały biało-czerwone barwy.

A ja już wiedziałam, że moje miejsce na ziemi jest między grzywą a ogonem.

Andrzej Kowalewski i Janek Patejuk (for. z arch.A.Kowalewskiego)
1993. Z ulubioną dwulatką Szuaną (Five Star Camp-Szuba po Babant)
Ostatnie spotkanie z panem Aldkiem Goździkiem, październik 2010
Na ogierze arabskim MA El Panhos w 2005 roku, w treningu B.Ziemiańskiego
B.Ziemiański jako dzokej, w 1974 roku. Zdjęcie z Warszawskiego Informatora Kulturalnego (WIK)





ciąg dalszy już jest, to saga emigracyjna ;-)